Zaginięcie Iwony. I nigdy nie przestanę cię szukać

Roman Daszczyński, Marek Sterlingow
08.08.2010 aktualizacja: 2010-08-09 11:20
A A A Drukuj
29 lipca 2010 r., godz. 21.49. Mama Iwony Wieczorek i znajomi dziewczyny w Jelitkowie, w miejscu, gdzie kamera zarejestrowała ją po raz ostatni. Fot. Dominik Werner / Agencja Ga
Niewysoka, drobna, cicha i wydawałoby się krucha. Ale gdy zaginęła jej córka, poruszyła ziemię i niebo w całej Polsce
Na pewno wolałaby, żeby wszystko było po staremu - nadal byłaby mało znaną właścicielką salonu fryzjerskiego u zbiegu Monciaka i Grunwaldzkiej. Jedna, druga klientka - dwudziesta, pięćdziesiąta. "Dzień dobry. Czy jest pani zadowolona z nowej fryzury? Do widzenia, zapraszamy ponownie". Po pracy zakupy, dom. I do połowy lipca tego roku do głowy by jej nie przyszło, że może być inaczej.

Dziś o Iwonie Kinda, mamie Iwony Wieczorek, jest pełno komentarzy w internecie: "ma układy", "musi być forsiasta", "zna kogoś w Agorze", "nikogo w Polsce tak nie szukano", "kim ona jest?".

Jest przeciętną, ciężką pracującą kobietą. Zarabia dobrze tylko w sezonie. - Oszczędności? - uśmiecha się blado. - Mieszkanie na kredyt. Fakt, dobre osiedle, ale kredyt trzeba spłacić. Żyjemy z dnia na dzień, tak jak każdy. Teraz wiosną, przed maturą Iwony, zadłużaliśmy się na jej korepetycje. Na angielski chodziła 4 razy w tygodniu. Zdała.

Pierwszy dzień. Gdzie są moje buty

O zaginięciu Iwony dowiedziała się 17 lipca po południu. Była w swoim salonie, gdy wszedł chłopak z towarzystwa, z którym córka spędzała poprzedni, piątkowy wieczór. Rozglądał się badawczo.

- Czy mógłbym zapisać na wizytę moją mamę? - zapytał. Zdziwiła się, ale ustalili termin.

Wyszedł i wrócił po dwóch godzinach, gdy znajomi Iwony ustalili już, że musiało się stać z nią coś złego. Do tej pory matka była przekonana, że jej córka spędziła noc w sąsiednim domu, u przyjaciółki. Do Iwony dzwoniła rano, ale jej telefon był wyłączony.

- Wtedy byłam na nią zła, bo bez pytania wzięła moje buty - mówi. - Nowiutkie, nawet jeszcze sama nie zdążyłam ich ubrać.

Jak usłyszałam, że jej nie ma, od razu się przestraszyłam. Wiedziałam, że Iwonka nie mogła nigdzie uciec. Zaczęła wakacje, czekała na wiadomość, czy dostała się na studia. Chciała studiować stosunki międzynarodowe. Niedługo miała jechać ze swoją siostrą do Hiszpanii, chcieliśmy, żeby dalej szlifowała ten swój angielski.

Tego dnia matka ostatni raz była w pracy. Odłożyła na bok normalne życie. - Co można w takiej chwili zrobić? Poszłam na policję. Dyżurny mnie wysłuchał, wszystko spisał i zapytał: to już pani zgłasza zaginięcie, czy czekamy do 22? Może się zaraz znajdzie?

Poczuła nadzieję. Faktycznie, pewnie Iwonka zaraz przyjdzie i wszystko minie jak zły sen. Nawet obiecała sobie, że nie zrobi awantury o te buty.

Czwarty dzień. Mamo, ratuj!

Punkt 22 zgłosiła zaginięcie. Co jeszcze można zrobić? - Przez całą noc drukowaliśmy plakaty, rano zaczęliśmy je wieszać. Najpierw w Sopocie, potem we Wrzeszczu, Śródmieściu - opowiada kobieta. W ciągu kilku dni tysiącami zdjęć Iwony obwiesiła całe miasto. Pomagała jej rodzina i znajomi. Na każdym plakacie był numer telefonu komórkowego matki: 692 569 160. Z tym telefonem już się nie rozstaje, pilnuje tylko, żeby był naładowany. Pierwsze sygnały, pierwsze zawiedzione nadzieje: Iwonę widziano na Stogach, w Gdyni, w Sopocie. Informacje są niejasne, nieprecyzyjne, często nic z nich nie wynika. Na przykład: Iwona była na Górkach zachodnich. Skąd to wiem? Moja sąsiadka usłyszała u fryzjera rozmowę dwóch kobiet na ten temat. Nie wiem, czy to ważne, ale musiałam zadzwonić.

Takich sygnałów nie ma nawet jak sprawdzić. Czwartego dnia w nocy, telefon znów zadzwonił. Słychać było zgiełk imprezy, muzykę. I dziewczęcy, rozpaczliwy krzyk: mamo, ratuj! - To było przerażające, ale się ucieszyłam. Bo to znaczyło, że Iwonka żyje! - wspomina kobieta.

Policja namierzyła ten telefon. Ustalono adres. Ekipa antyterrorystów wkroczyła tam następnej nocy. W środku kilkoro nastolatków. Na widok policjantów w kominiarkach prawie się popłakali. Głupie, bezmyślne dzieciaki - dla nich ten telefon to był tylko żart.

Matka znów się popłakała. Kolejne dwa dni nie przyniosły kompletnie nic.

Siódmy dzień. Rutkowski ma podejrzanych

Jeden ze znajomych Iwony wpada na pomysł, żeby zatrudnić Krzysztofa Rutkowskiego. Detektyw przyjechał wypasionym kabrioletem bmw, pachniał dobrą wodą kolońską. Od razu przeszedł ze wszystkimi na "ty". Wziął 15 tys. zł, zaznaczył, że to rachunek końcowy i że będzie szukał Iwony do skutku. W końcu coś zaczęło się dziać. Choć między Bogiem a prawdą, głównie w mediach.

Po dwóch dniach, tydzień po zaginięciu Iwony, Rutkowski zadzwonił do matki. - Mamy ją na monitoringu, jest tam dwóch podejrzanych facetów, robię konferencję prasową. Iwonka, musisz tam ze mną być.

Przed konferencją matka poszła jeszcze do sklepu z butami. Zrobiła zdjęcie tych samych pantofli na wysokim obcasie, które kupiła parę tygodni wcześniej i które Iwona wzięła bez pozwolenia. Może ktoś je gdzieś znajdzie? Może to będzie jakiś ślad?

Podziel się

  • 52 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    64 głosy

  • Zaginięcie Iwony. I nigdy nie przestanę cię szukać ze_verde 09.08.10, 11:17

    Rutkowski i ten jasnowidz to dwie pijawki działające razem."pan wielki największy polski detektyw" to zwykły burak i złodziej, sprawa zrobiła się medialna to zainkasował 15 tys. złotych i »