Kempingi na Półwyspie Helskim zostały nielegalnie powiększone
14.08.2010
aktualizacja: 2010-08-18 12:24
Właściciele kempingów na Półwyspie Helskim nielegalnie powiększyli ich powierzchnie zasypując Zatokę Pucką. Jeżeli akwen nie zostanie przywrócony do poprzedniego stanu, Polsce grożą milionowe kary Komisji Europejskiej
ZOBACZ TAKŻE
- Kempingi wdzierające się w morze kpią z państwa prawa (18-08-10, 06:00)
- Z pomocą dla Helu. Dzikich kempingów nie będzie (21-08-10, 06:00)
Półwysep i zatoka leżą w granicach Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Dodatkowo chronione są przez to, że w 2004 roku weszły na unijną listę obszarów Natura 2000.
- To unikalne nie tylko turystycznie, ale i przyrodniczo miejsce, dlatego jego zniszczenie może się skończyć wszczęciem przez Komisję Europejską procedury, która nałoży na nas kary. To nie są żarty, mówimy o milionach euro. Zapłaci skarb państwa, czyli my wszyscy - ostrzega Hanna Dzikowska, szefowa Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Chodzi o siedem wielkich kempingów leżących na terenie gminy Władysławowo od strony Zatoki Puckiej.
W sezonie przezywają oblężenie, są mekką fanów kite - i windsurfingu. Namioty, samochody i przyczepy kempingowe stoją tak ciasno, że trudno się pomiędzy nimi przecisnąć. To intratny interes. Za postawienie własnej przyczepy kempingowej trzeba zapłacić około 100 zł dziennie, za wynajęcie już tam stojącej 8000 zł za lipiec i sierpień. Każdy metr kwadratowy jest więc na wagę złota.
W latach 2002-2008 ich właściciele powiększyli je, dosypując piasku i kamieni do plaż, nad którymi leżały. Niektóre kempingi wbiły się w ten sposób na 50 metrów w głąb Zatoki Puckiej. Jeden z nich powiększył się o 2,5 ha. Na tej powierzchni zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego może się zmieścić maksymalnie 375 osób. Urzędnicy z RDOŚ twierdzą, że w sezonie jest ich kilkakrotnie więcej.
Gmina Władysławowo, która dzierżawi teren pod większość kontrowersyjnych kempingów, umywa ręce, choć łamane są ustalenia planu zagospodarowania przestrzennego.
- Ten nadsypany obszar nie jest obszarem gminy, tylko należy do skarbu państwa. Interweniowanie nie leży więc w naszych kompetencjach - zastrzega Jacek Świdziński, wiceburmistrz Władysławowa.
Właściciele kempingów są przekonani o swojej niewinności. - Nie nadsypywaliśmy, tylko odbudowywaliśmy brzeg po sztormach. A teraz kilku przyrodników sobie coś wymyśliło. Polskie piekło! Jak ktoś ma więcej, to trzeba mu zabrać - tłumaczy nam jeden z właścicieli kempingu.
Urzędnicy RDOŚ nie mają wątpliwości, że nie była to refulacja (odbudowywanie brzegu po sztormach). - Mamy sprawę doskonale udokumentowaną. Dzięki zdjęciom lotniczym i satelitarnym porównaliśmy obszary kempingów na przestrzeni wielu lat. Różnice są wstrząsające. Zniszczone zostały cenne przyrodniczo trzcinowiska, siedliska przyrodnicze. Do nadsypań został użyty piasek niepochodzący z morza, a powinien - wylicza Małgorzata Mizgalska z RDOŚ.
Formalnie wiceburmistrz ma rację, bo zasypany został morski akwen, a nadzorem nad nimi zajmuje się Urząd Morski. W ubiegłym roku - kiedy sprawa trafiła do mediów - Urząd Morski się nią zajął. Po przeprowadzonej na siedmiu kempingach kontroli, nakazał do końca maja br. usunięcie przyczep i namiotów z nadsypanego terenu. Dostosowały się dwa.
RDOŚ nie zamierza jednak odpuszczać. W najbliższych tygodniach mają być gotowe ekspertyzy prof. Krzysztofa Skóry i prof. Jacka Herbicha z Uniwersytetu Gdańskiego, które pozwolą wszcząć kolejne postępowanie administracyjne.
- W jego ramach możemy wezwać właścicieli kempingów do usunięcia szkód. Jeśli się nie dostosują, to zrobimy to na ich rachunek i obciążymy ich kosztami - tłumaczy dyrektor Dzikowska.
- To unikalne nie tylko turystycznie, ale i przyrodniczo miejsce, dlatego jego zniszczenie może się skończyć wszczęciem przez Komisję Europejską procedury, która nałoży na nas kary. To nie są żarty, mówimy o milionach euro. Zapłaci skarb państwa, czyli my wszyscy - ostrzega Hanna Dzikowska, szefowa Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Chodzi o siedem wielkich kempingów leżących na terenie gminy Władysławowo od strony Zatoki Puckiej.
W sezonie przezywają oblężenie, są mekką fanów kite - i windsurfingu. Namioty, samochody i przyczepy kempingowe stoją tak ciasno, że trudno się pomiędzy nimi przecisnąć. To intratny interes. Za postawienie własnej przyczepy kempingowej trzeba zapłacić około 100 zł dziennie, za wynajęcie już tam stojącej 8000 zł za lipiec i sierpień. Każdy metr kwadratowy jest więc na wagę złota.
W latach 2002-2008 ich właściciele powiększyli je, dosypując piasku i kamieni do plaż, nad którymi leżały. Niektóre kempingi wbiły się w ten sposób na 50 metrów w głąb Zatoki Puckiej. Jeden z nich powiększył się o 2,5 ha. Na tej powierzchni zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego może się zmieścić maksymalnie 375 osób. Urzędnicy z RDOŚ twierdzą, że w sezonie jest ich kilkakrotnie więcej.
Gmina Władysławowo, która dzierżawi teren pod większość kontrowersyjnych kempingów, umywa ręce, choć łamane są ustalenia planu zagospodarowania przestrzennego.
- Ten nadsypany obszar nie jest obszarem gminy, tylko należy do skarbu państwa. Interweniowanie nie leży więc w naszych kompetencjach - zastrzega Jacek Świdziński, wiceburmistrz Władysławowa.
Właściciele kempingów są przekonani o swojej niewinności. - Nie nadsypywaliśmy, tylko odbudowywaliśmy brzeg po sztormach. A teraz kilku przyrodników sobie coś wymyśliło. Polskie piekło! Jak ktoś ma więcej, to trzeba mu zabrać - tłumaczy nam jeden z właścicieli kempingu.
Urzędnicy RDOŚ nie mają wątpliwości, że nie była to refulacja (odbudowywanie brzegu po sztormach). - Mamy sprawę doskonale udokumentowaną. Dzięki zdjęciom lotniczym i satelitarnym porównaliśmy obszary kempingów na przestrzeni wielu lat. Różnice są wstrząsające. Zniszczone zostały cenne przyrodniczo trzcinowiska, siedliska przyrodnicze. Do nadsypań został użyty piasek niepochodzący z morza, a powinien - wylicza Małgorzata Mizgalska z RDOŚ.
Formalnie wiceburmistrz ma rację, bo zasypany został morski akwen, a nadzorem nad nimi zajmuje się Urząd Morski. W ubiegłym roku - kiedy sprawa trafiła do mediów - Urząd Morski się nią zajął. Po przeprowadzonej na siedmiu kempingach kontroli, nakazał do końca maja br. usunięcie przyczep i namiotów z nadsypanego terenu. Dostosowały się dwa.
RDOŚ nie zamierza jednak odpuszczać. W najbliższych tygodniach mają być gotowe ekspertyzy prof. Krzysztofa Skóry i prof. Jacka Herbicha z Uniwersytetu Gdańskiego, które pozwolą wszcząć kolejne postępowanie administracyjne.
- W jego ramach możemy wezwać właścicieli kempingów do usunięcia szkód. Jeśli się nie dostosują, to zrobimy to na ich rachunek i obciążymy ich kosztami - tłumaczy dyrektor Dzikowska.
- 24 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






