Dziewczyny z latawcem, czyli czas kitesurferów

Aleksandra Kozłowska, Jowita Kiwnik
15.07.2010 aktualizacja: 2010-07-15 18:39
A A A Drukuj
Kitesurfing fot. Dominik Sadowski / AG
Rewa Mew - wąski kawałek najprawdziwszej plaży, który wyrasta nagle po środku morza. Ciepła, przejrzysta woda sięga zaledwie do kolan. To nasze polskie Hawaje i wymarzone miejsce dla kitesurferów
Dostać się tu można jedynie od strony wody. Tak właśnie przywozi swoich kursantów Daniel Koziróg, instruktor surfowania z latawcem, właściciel szkółki Kiteclub: - To sport dla wszystkich, nie trzeba mieć szczególnej kondycji ani siły. Moi uczniowie mają od 10 do ponad 70 lat (waga od 30 do 120 kg). Na brak chętnych nie narzekam - ten sport, mimo że w Polsce obecny od dekady, modny stał się dopiero 2-3 lata temu. Najfajniejsze jest, że można go uprawiać przez cały rok, zimą z deską snowboardową lub nartami, jesienią na desce z kółkami.

My też postanowiłyśmy spróbować. Wizja, jak śmigamy zgrabnie po falach z latawcem dobranym kolorystycznie do bikini rozpościera się nam przed oczami duszy. Tym bardziej, że obok przemyka opalona blondynka, Maja Ziemlańska, i wydaje nam się to takie proste.

Daniel: - Najpierw teoria i zasady bezpieczeństwa. Pamiętajcie, kitesurfing to sport ekstremalny, tu nie liczy się siła, a myślenie i przestrzeganie kilku podstawowych zasad: nie pływamy zbyt blisko brzegu, bo można się rozbić np. o drzewo czy nawet betonową donicę - tak zginął chłopak na Zalewie Zegrzyńskim.

Miny nam rzedną a zapał do wygibasów na falach jakoś spada. - Dlatego optymalna odległość to ok. 200 metrów od brzegu - kontynuuje Daniel. - Ale to też zależy od kierunku wiatru. Jeśli wieje od brzegu to wiadomo, że nas tam nie poniesie. Za to może nas wyciągnąć w morze, dlatego bardzo ważne, żeby pływać z kimś. Moim uczniom też zawsze powtarzam: nie przeceniajcie swoich możliwości. Bardzo często się zdarza, że zwłaszcza faceci poczują "wiatr w żaglu" i popisują się bez umiaru.

- Kolejna zasada to dobór miejsca. Tu akurat warunki są idealne - płytko i pusto. Najbardziej niebezpiecznie jest przy kamienistych plażach albo falochronach - dodaje instruktor.

Brodząc w wodzie, na lekko trzęsących nogach, docieramy na wąską, piaszczystą wyspę. Daniel rozkłada sprzęt i pompuje szkielet latawca. - Tak jak w każdym sporcie latawce są dla początkujących i zaawansowanych, różnią się wtedy wielkością. Wy spróbujecie na takim średnim, powierzchnia 11 metrów - opowiada Daniel.

- A nie mogłybyśmy zacząć od takiego zupełnie malutkiego, dziecięcego? - pytamy z rosnącym przerażeniem. - A co będzie jak nas porwie na środek morza?

Ale jest już za późno. Najpierw instruktor ciasno opina nas szerokim, sztywnym pasem, zwanym trapezem (czujemy się jak w gorsetach). Z przodu sterczy metalowy hak. - Do niego przypniemy kite - tłumaczy Daniel. - Gdy wieje silny wiatr i nie panujemy nad latawcem, wystarczy pociągnąć te czerwone zapięcia, wtedy latawiec opadnie. Teraz jednak wieje zaledwie "trójka", więc na pewno nie będzie wam to potrzebne. Na początek nauka sterowania latawcem, wasze zadanie to utrzymać go w zenicie, czyli prosto nad głową. Do "kierowania" służy ta szeroka rączka, zwana barem. Gdy przyciągniesz ją blisko siebie, latawiec nabiera mocy. Żeby osłabł, trzeba go "wyluzować", czyli po prostu puścić. Każdy początkujący popełnia jednak dwa podstawowe błędy. Gdy traci panowanie nad latawcem, odruchowo przyciąga go do siebie pogarszając tylko sytuację. Do tego nerwowo kręci barem, co nie ma nic wspólnego ze sterowaniem. Dlatego liczy się spokój, delikatne, nie gwałtowne ruchy, no i jeszcze raz podkreślam - myślenie o tym, co się robi.

Łatwo powiedzieć. Sterowanie okazuje się nie lada wyzwaniem. Ola jeszcze sobie jakoś radzi, ale Jowita już po minucie ląduje w wodzie wciągnięta w odmęty przez szatański wynalazek. - Za bardzo tym szarpiesz, latawiec trzeba wyczuć - komentuje niezrażony instruktor.

Z latawcem walczymy jeszcze przez godzinę, pod koniec lekcji rzeczywiście zaczyna nas słuchać (utrzymanie go w zenicie wchodzi nam "w krew"), nawet kładzenie go na boku nie wydaje się już takie trudne.

Aby jednak pośmigać niczym Maja czy towarzyszący nam fotoreporter "Gazety" i zapalony kitesurfer Dominik Sadowski, potrzeba przynajmniej 10-godzinnego kursu (koszt: 1000 zł). - W ten sposób zdobywa się zaledwie podstawy, potem po prostu trzeba ćwiczyć. Sama serfuję od 6 lat, a wciąż jeszcze wiele rzeczy potrafi mnie zaskoczyć - tłumaczy Maja a po chwili demonstruje nam, że nawet wsiadanie na deskę wymaga treningu: - Siedząc w wodzie wkładasz stopy w footstrapy (przypominają wiązania snowboardowe), podkurczasz nogi, przyciągasz pupę żeby była blisko deski i w zależności od tego, w którą stronę chcesz płynąć, ściągasz odpowiednie linki latawca.

Parę sekund i Maja znów oddala się gładkim ślizgiem po falach. Wkrótce laguna roi się od kolorowych latawców - serfują nawet 13-letnie dzieciaki. Dla nas na razie kurs się kończy, ale kolejna lekcja we wrześniu. W końcu nasza wizja musi się spełnić.

Podziel się

  • 14 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów