Co się wydaje: Podróż do złotych lat big-beatu

Przemysław Gulda
10.02.2010 aktualizacja: 2010-02-10 19:10
A A A Drukuj
Roman Stinzing, Andrzej Icha, "Motława Beat. Trójmiejska scena big-beatowa lat 60-tych". Gdański Kantor Wydawniczy, Gdańsk 2009
Krzysztof Klenczon za kierownicą autobusu-ogórka, dwudziestokilkuletni Bohdan Łazuka na imprezie w Non Stopie - to tylko niektóre ze skarbów, które kryje ta obszerna publikacja.

To książka absolutnie niezwykła. Tak obszernej, a zarazem ciekawej, momentami wręcz fascynującej monografii lokalnej sceny muzycznej może pozazdrościć Trójmiastu niejeden inny ośrodek. Autorzy zebrali nieprawdopodobną liczbę materiałów różnego rodzaju: anegdot, opowieści, zdjęć, najróżniejszych pamiątek (można tu zobaczyć m.in. zapisy nutowe piosenek, reprodukcje dyplomów konkursów dla młodych zespołów, a nawet świadectwo maturalnego jednego z muzyków).

Stinzig i Icha podjęli się zadania, które wydawać się mogło w miarę łatwe do wykonania - opisania początków sceny rockowej w Trójmieście. Jej najbardziej pionierskich lat, od pierwszych big beatowych koncertów pod koniec lat 50.h aż do przełomowego Wiosennego Festiwalu Muzyki Nastolatków z 1966 roku. Bo ileż zespołów - można by pomyśleć - mogło wówczas istnieć w Trójmieście? Ileż ciekawego mogło się dziać w dziedzinie twórczości artystycznej bardzo niechętnie postrzeganej, a czasem wręcz dyskryminowanej przez oficjalne władze i partyjnych sekretarzy od kultury?

Wystarczy jeden rzut oka na tę książkę żeby przekonać się, jak błędne są takie przypuszczenia. Autorzy najpierw bardzo szczegółowo opisują to, co działo się na trójmiejskiej scenie muzycznej w tamtym czasie, a na koniec serwują jeszcze bardzo obfity deser w postaci zestawienia kilkudziesięciu zespołów, które wówczas funkcjonowały. Obok wielkich gwiazd, takich jak znane chyba każdemu Polakowi Czerwone Gitary, znaleźć tu można notki o zupełnie dziś zapomnianych wykonawcach: choćby zespołach Czarne Perły, Radiany czy Truskawkowy Budzik, po których nie zostały do dziś żadne pamiątki, nie udało się nawet ustalić ich dokładnego składu.

Ale nawet to jeszcze nie wszystko. Kolejny dodatek to zestaw dwóch płyt, na których można posłuchać nagrań zespołów opisywanych w tej publikacji (czy ktoś z Państwa trafił wcześniej na nagrania takich grup jak choćby Czarne Golfy?).

Oczywiście, można szukać dziur w całym - np. narzekać na bijącą niemal z każdej strony książki fascynację autorów postacią i twórczością Jerzego Kosseli, który wyrasta na najważniejszą, najbardziej twórczą i inspirującą postać lokalnej sceny muzycznej w tamtym czasie. Można, ale po co? Czyż nie lepiej zagłębić się w tej - niemal przenoszącej w czasie - lekturze? Można za to zadać sobie pytanie, czy współczesna lokalna scena muzyczna doczeka się za pół wieku tak skrupulatnych i pracowitych archiwistów i popularyzatorów.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos