Sztuka na biało-czerwono... - niebiesko. Mobilny festiwal kulturalny 736 km
03.09.2010
aktualizacja: 2010-09-03 18:44
Czesi kojarzą się przeciętnemu Polakowi jednoznacznie - Hrabal, Budweiser, knedliczki i Jožin z Bažin. Okazuje się, że tę zawężoną granicę postrzegania można bardzo łatwo minąć. Wystarczy raptem 736 kilometrów drogi.
Do Gdańska w ostatnią niedzielę dotarła karawana artystyczna z Czech, kończąc tym samym trwający od połowy sierpnia mobilny festiwal kulturalny "736 km". Został on zorganizowany przez stowarzyszenie A KuKu Sztuka i czeską grupę Photo5. Założeniem projektu było pokonanie odległości dzielącej Trójmiasto i Pragę zarówno przez Polaków, jak i Czechów. Po drodze artyści brali udział w szeregu wydarzeń (warsztaty, projekcje filmowe, koncerty) oraz prezentowali wystawy umieszczone w przyczepach campingowych. Ze strony polskiej w projekcie udział wzięli m.in. Maciek Salamon, Angelika Fojtuch, Honorata Martin, Jacek Niegoda, grupa Lowbudget oraz formacje muzyczne Samorządowcy i Gówno. Stronę czeską reprezentowali m.in. Dominik Žižka, Robert Palkovie, Henri Matisse czy grupa Duo Performance (Veronika Daohelová & Silvie Milková).
- Głównym założeniem naszego projektu było pokazanie, że w dzisiejszych czasach granica między Polską a Czechami jest umowna. Przekraczając ją, nie widać właściwie żadnej zmiany. Jedyna realna granica funkcjonuje w świadomości, jest stanem umysłu - mówi Emilia Orzechowska, polska koordynatorka projektu.
Duże znaczenie dla projektu miały odwiedzane w czasie podróży miejsca. Wśród nich (naturalnie poza Pragą i Gdańskiem) znalazły się wioski i małe miasteczka znajdujące się na trasie przejazdu - Brzyskorzystewko, Miłosław, Nové M'sto pod Smrkem czy Panská Skála. - Wybór małych, niewyróżniających się miejscowości jest nieprzypadkowy. Tkwi w nich ogromny potencjał. Mimo początkowych obaw, wzbudziliśmy swoją akcją duże zainteresowanie wśród mieszkańców. W Brzyskorzystewku, miejscowości wybranej zupełnie przypadkowo, głównie ze względu na charakterystyczną, trudną do wymówienia nazwę, udało nam się stworzyć nową przestrzeń wspólnych spotkań, płot z muralem przedstawiającym wieloryba, namalowanym przez Maćka Salamona - mówi Orzechowska.
W podobnym tonie wypowiadają się Jaro Dufek i Daniela Deutelbaum, główni organizatorzy strony czeskiej. - W mniejszych miastach ludzie odbierali naszą akcję raczej jako ciekawe wydarzenie niż happening związany ze sztuką współczesną. Być może nie rozumieli kontekstu tak bardzo jak ludzie z dużych miast, jednak odnosimy wrażenie, że byli znacznie bardziej otwarci i zainteresowani tym, co pokazywaliśmy.
Akcji przyświecała też idea integracji twórców pochodzących z dwóch państw oraz przybliżenia kultury sąsiadów. - Czesi postrzegają sztukę współczesną bardziej intuicyjnie. Przygotowane przez nich wystawy były bardziej czymś w rodzaju artystycznego workshopu. Są też bardziej wyluzowani i mają większe poczucie humoru - opowiada Orzechowska. Na to samo pytanie czescy rozmówcy odpowiadają: - Staraliśmy się pokazywać sztukę trochę inaczej niż miało to miejsce podczas podróży z Gdańska do Pragi. Pracowaliśmy bardziej na poziomie multimedialnym, wykorzystując dźwięk i interaktywne instalacje. Nie skupialiśmy się na polityce, religii - wydaje nam się to zbyt depresyjne i ciężkie w odbiorze.
- Głównym założeniem naszego projektu było pokazanie, że w dzisiejszych czasach granica między Polską a Czechami jest umowna. Przekraczając ją, nie widać właściwie żadnej zmiany. Jedyna realna granica funkcjonuje w świadomości, jest stanem umysłu - mówi Emilia Orzechowska, polska koordynatorka projektu.
Duże znaczenie dla projektu miały odwiedzane w czasie podróży miejsca. Wśród nich (naturalnie poza Pragą i Gdańskiem) znalazły się wioski i małe miasteczka znajdujące się na trasie przejazdu - Brzyskorzystewko, Miłosław, Nové M'sto pod Smrkem czy Panská Skála. - Wybór małych, niewyróżniających się miejscowości jest nieprzypadkowy. Tkwi w nich ogromny potencjał. Mimo początkowych obaw, wzbudziliśmy swoją akcją duże zainteresowanie wśród mieszkańców. W Brzyskorzystewku, miejscowości wybranej zupełnie przypadkowo, głównie ze względu na charakterystyczną, trudną do wymówienia nazwę, udało nam się stworzyć nową przestrzeń wspólnych spotkań, płot z muralem przedstawiającym wieloryba, namalowanym przez Maćka Salamona - mówi Orzechowska.
W podobnym tonie wypowiadają się Jaro Dufek i Daniela Deutelbaum, główni organizatorzy strony czeskiej. - W mniejszych miastach ludzie odbierali naszą akcję raczej jako ciekawe wydarzenie niż happening związany ze sztuką współczesną. Być może nie rozumieli kontekstu tak bardzo jak ludzie z dużych miast, jednak odnosimy wrażenie, że byli znacznie bardziej otwarci i zainteresowani tym, co pokazywaliśmy.
Akcji przyświecała też idea integracji twórców pochodzących z dwóch państw oraz przybliżenia kultury sąsiadów. - Czesi postrzegają sztukę współczesną bardziej intuicyjnie. Przygotowane przez nich wystawy były bardziej czymś w rodzaju artystycznego workshopu. Są też bardziej wyluzowani i mają większe poczucie humoru - opowiada Orzechowska. Na to samo pytanie czescy rozmówcy odpowiadają: - Staraliśmy się pokazywać sztukę trochę inaczej niż miało to miejsce podczas podróży z Gdańska do Pragi. Pracowaliśmy bardziej na poziomie multimedialnym, wykorzystując dźwięk i interaktywne instalacje. Nie skupialiśmy się na polityce, religii - wydaje nam się to zbyt depresyjne i ciężkie w odbiorze.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




