Kabaretowa klasówka ze Słowackiego
12.02.2010
aktualizacja: 2012-01-13 11:13
Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gaze
"Zawisza Czarny" w reżyserii Adama Orzechowskiego - najnowsza premiera Teatru Wybrzeże - w niczym nie przypomina lekcji polskiego. Jednak to, co twórcy proponują w zamian, nie jest ani oryginalniejsze, ani ciekawsze.
ZOBACZ TAKŻE
- Fantastyczny "Fantazy" w Teatrze Miejskim (07-03-10, 16:28)
- Budowa dwujezdniowej Słowackiego i estakady w marcu (04-01-11, 07:00)
- Słowackiego oprotestowana. Będzie opóźnienie? (06-10-10, 19:51)
- Nasza recenzja: Ciało pozostało ciche (10-02-10, 08:00)
- Halka niezdecydowana (07-02-10, 16:17)
- Trójkąt miłosny. Halka bez kierpców I korali (05-02-10, 15:00)
- Obcy - przemieszczona tożsamość (03-02-10, 18:10)
- Kochać to znaczy zawsze to samo (31-01-10, 20:00)
- Drugie dno Kry. Taneczne wydarzenie sceniczne. (26-01-10, 18:36)
- Premiera w Wybrzeżu, czyli... bohater poszukiwany (10-02-10, 19:11)
- Co się stało z naszą klasą? Recenzja spektaklu (13-01-10, 19:04)
SERWISY
Dlaczego Polacy tak bardzo potrzebują bohaterów narodowych - i to niezależnie od tego, czy to będzie rycerz, żołnierz Armii Krajowej czy współczesny sportowiec? Jak można zostać bohaterem? Czy taki wybraniec ma jakikolwiek wybór? - te pytania najwyraźniej przyświecały reżyserowi przy pracy nad "Zawiszą Czarnym" Juliusza Słowackiego. Jednak na żadne z nich nie otrzymujemy zadowalającej odpowiedzi. Co mamy w zamian?
Kabaret. I to najgorszej próby. Aktorzy skaczą po stołach, rozsypują konfetti, śpiewają piosenki, zabawiają publiczność. Z ust narratora (niewdzięczna rola Cezarego Rybińskiego) słyszymy gombrowiczowskie "Słowacki wielkim poetą był" i żarty, z których najlepsze to: "przed bitwą pod Grunwaldem w ramach pomocy niemiecko-polskiej nasze wojska dostały dwa nagie miecze", lub "jako że zamek nie był klimatyzowany...".
Niepoważny ton sugeruje już scenografia, zaczynająca się na korytarzu - w gablotach stylizowanych na muzealne możemy obejrzeć m.in. pukiel włosów Zawiszy czy grudkę ziemi spod Grunwaldu. Byłby to doskonały wstęp do spektaklu, gdyby ten - a przynajmniej jego pierwsze kilkadziesiąt minut - utrzymane było w innym tonie. Bo to, co widzimy na scenie, jest prostą kontynuacją kuluarowych pomysłów. Bohaterowie ubrani są w umowne stroje - z obowiązkową bielą i czerwienią, wiankami i orzełkami. Gdzie tu miejsce dla Słowackiego? Pozostaje go tak naprawdę niewiele. Fragmenty - i tak niedokończonego dramatu - "lepione" są tu w jedną całość głosem narratora.
Reżyser posadził - dosłownie - widzów w szkolnych ławkach. Jego "Zawisza Czarny" nie przypomina licealnej lekcji polskiego, kiedy "przerabiany" jest romantyzm. Jednak to, co proponuje w zamian - ściągnięcie z piedestału bohaterskiego Zawiszy oraz romantyka Słowackiego - nie jest ani oryginalniejsze, ani ciekawsze. Opowieść o romantycznym bohaterze, który wybrać musi pomiędzy powinnością a kobietą, obnażenie polskiej religijności podszytej przaśnym erotyzmem, wyśmianie mitu bohaterskiego - to wszystko mieliśmy już w setkach książek, esejów i przedstawień. I to dużo, dużo lepszych.
O ile można mówić o dobrych rolach w złych spektaklach, to na pochwałę zasługują w "Zawiszy" aktorzy. Cała piątka - Małgorzata Oracz, Dorota Androsz, Marek Tynda, Zbigniew Olszewski i Robert Ninkiewicz w roli tytułowej - gra równo i z werwą. Szczególnie dobrze wypada Małgorzata Oracz (to jej pierwsza duża rola od dłuższego czasu) jako szlachcianka Laura.
Kabaret. I to najgorszej próby. Aktorzy skaczą po stołach, rozsypują konfetti, śpiewają piosenki, zabawiają publiczność. Z ust narratora (niewdzięczna rola Cezarego Rybińskiego) słyszymy gombrowiczowskie "Słowacki wielkim poetą był" i żarty, z których najlepsze to: "przed bitwą pod Grunwaldem w ramach pomocy niemiecko-polskiej nasze wojska dostały dwa nagie miecze", lub "jako że zamek nie był klimatyzowany...".
Niepoważny ton sugeruje już scenografia, zaczynająca się na korytarzu - w gablotach stylizowanych na muzealne możemy obejrzeć m.in. pukiel włosów Zawiszy czy grudkę ziemi spod Grunwaldu. Byłby to doskonały wstęp do spektaklu, gdyby ten - a przynajmniej jego pierwsze kilkadziesiąt minut - utrzymane było w innym tonie. Bo to, co widzimy na scenie, jest prostą kontynuacją kuluarowych pomysłów. Bohaterowie ubrani są w umowne stroje - z obowiązkową bielą i czerwienią, wiankami i orzełkami. Gdzie tu miejsce dla Słowackiego? Pozostaje go tak naprawdę niewiele. Fragmenty - i tak niedokończonego dramatu - "lepione" są tu w jedną całość głosem narratora.
Reżyser posadził - dosłownie - widzów w szkolnych ławkach. Jego "Zawisza Czarny" nie przypomina licealnej lekcji polskiego, kiedy "przerabiany" jest romantyzm. Jednak to, co proponuje w zamian - ściągnięcie z piedestału bohaterskiego Zawiszy oraz romantyka Słowackiego - nie jest ani oryginalniejsze, ani ciekawsze. Opowieść o romantycznym bohaterze, który wybrać musi pomiędzy powinnością a kobietą, obnażenie polskiej religijności podszytej przaśnym erotyzmem, wyśmianie mitu bohaterskiego - to wszystko mieliśmy już w setkach książek, esejów i przedstawień. I to dużo, dużo lepszych.
O ile można mówić o dobrych rolach w złych spektaklach, to na pochwałę zasługują w "Zawiszy" aktorzy. Cała piątka - Małgorzata Oracz, Dorota Androsz, Marek Tynda, Zbigniew Olszewski i Robert Ninkiewicz w roli tytułowej - gra równo i z werwą. Szczególnie dobrze wypada Małgorzata Oracz (to jej pierwsza duża rola od dłuższego czasu) jako szlachcianka Laura.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




