Trójkąt miłosny. Halka bez kierpców I korali
05.02.2010
aktualizacja: 2010-02-04 16:53
- Każdy, słysząc ten tytuł, myśli od razu o kierpcach, otyłej śpiewaczce pod pięćdziesiątkę śpiewającej główną partię, że "Halkę" widział z klasą i było nudno - opowiada Ewelina Pietrowiak, która w Gdańsku inscenizuje "Halkę" Stanisława Moniuszki. Premiera w sobotę 6 lutego w Operze Bałtyckiej.
ZOBACZ TAKŻE
- Nasza recenzja: Ciało pozostało ciche (10-02-10, 08:00)
- Halka niezdecydowana (07-02-10, 16:17)
- Kabaretowa klasówka ze Słowackiego (12-02-10, 18:34)
- Premiera w Wybrzeżu, czyli... bohater poszukiwany (10-02-10, 19:11)
SERWISY
Rozmowa z Eweliną Pietrowiak*
Katarzyna Chmura, Mirosław Baran: Jesteś absolwentką szkoły muzycznej, architektury i reżyserii, zatem wydaje się oczywiste, że musiałaś trafić do opery. Jak do tego doszło?
Ewelina Pietrowiak: Właściwie, to był przypadek. Mariusz Treliński w warszawskiej Operze Narodowej szukał asystentki. Ktoś mnie polecił na to stanowisko, do dziś nie wiem właściwie kto. Było to pięć lat temu, do pracy przyjmował mnie ówczesny dyrektor Opery Narodowej, teraz dyrektor Opery Bałtyckiej Marek Weiss. Treliński przygotowywał wówczas "Damę pikową" Czajkowskiego. Pamiętam świetnie pierwszą próbę: arię śpiewał Herman, a ja od pierwszych nut poczułam, że jestem na swoim miejscu. Nieco później w moje ręce dostało się nagranie dramatu muzycznego "Jutro" Tadeusza Bairda i poczułam, że to coś, co mogę wystawić sama, własnymi siłami. Zadzwoniłam wtedy do Ewy Michnik, dyrektor Opery Wrocławskiej, bo wiedziałam, że jest otwarta na nowe projekty i muzykę współczesną. Spotkałam tam znowu Marka Weissa, który reżyserował "Kolonię karną" Bruzdowicz, czyli drugą część wieczoru premierowego.
Z Trelińskim pracowałaś nad dwiema operami. Czego się od niego nauczyłaś?
- Gdyby nie to, że miałam większe ambicje niż rola asystenta reżysera, pewnie byśmy współpracowali dalej. Praca z nim otworzyła mi drzwi opery od środka; poznałam cały proces powstawania spektaklu operowego. Mam nadzieję, że chociaż trochę nauczyłam się "widzenia" muzyki; Treliński nie czyta nut, ale świetnie przekłada muzykę na obraz. Praca z nim dała mi też wiele znajomości ze wspaniałymi śpiewakami. Z jednym z nich - Piotrem Nowackim - pracuję nawet teraz w Gdańsku.
Jak doszło do realizacji "Halki"?
- To propozycja dyrektora Weissa, który sam do mnie zadzwonił. Jechałam właśnie samochodem, jak usłyszałam tytuł, to musiałam się zatrzymać. Postanowiłam podejść do "Halki" bez żadnych stereotypów i uprzedzeń.
To znaczy?
- Przy pierwszym słuchaniu starałam się zapomnieć o wszelkich stereotypach związanych z tym tytułem, które ma każdy, nawet jeśli "Halki" nigdy nie widział. A ja widziałam wcześniej dwie realizacje, i to bardzo nieciekawe. Każdy, słysząc ten tytuł, myśli od razu o kierpcach, otyłej śpiewaczce pod pięćdziesiątkę śpiewającej główną partię, że "Halkę" widział z klasą i było nudno. Złe stereotypy wynikają głównie z niewiedzy. "Halka" jest jedną z pierwszych werystycznych oper, traktuje o prawdziwych ludziach i ich przeżyciach. Muzycznie też podoba mi się ogromnie.
Powiedziałaś o inscenizacjach "Halki", które widziałaś, że były nieciekawe. Co to właściwie znaczy?
- Były źle grane, bardzo statyczne, nieszczęśliwie zainscenizowane. Umiejscowienie akcji w Tatrach wymusza na scenografie bardzo trudne operacje. Dosłowne przeniesienie gór na scenę jest niemożliwe, często wychodzi z tego prawdziwy kicz. Dziś możemy operować innymi mediami i technologiami, ale dopóki była żywa realistyczna tradycja wystawiania dzieł, to te góry były upiorne. Poza tym czuje się dysonans, jeśli "Halkę" śpiewają osoby pod pięćdziesiątkę. W libretcie to są przecież młodzi ludzie, Janusz jest pierwszym mężczyzną Halki.
Co zrobisz, żeby twoja "Halka" nie była nieciekawa?
- Pierwszą i najważniejsza decyzją jest odejście od zapisanego czasu akcji. "Halka" powstała w połowie XIX w., ale czas akcji to XVIII w. To dla mnie kompletna egzotyka. Przeniosłam akcję w XX w., z czego wynika mnóstwo konsekwencji: po pierwsze estetycznych, zarówno w kostiumie, jak i w scenografii, po drugie zachowania się postaci na scenie. Opera u nas dzieje się w okolicach Zakopanego w latach 30., bo to ostatni czas, kiedy sens miało słowo "mezalians" i kiedy sens ma III akt opery, w którym wieśniacy skarżą się na swój los pańszczyźniany. Bardzo ryzykowne byłoby przenoszenie akcji "Halki" w czasy współczesne. Nie miałabym nic przeciwko temu: mogłabym wtedy opowiedzieć o tym trójkącie miłosnym jak najbardziej dzisiaj, ale myślę, że przez cały kontekst społeczny nie da się przenieść "Halki" w XXI w.
W swojej inscenizacji podkreślasz zapisane w libretcie nierówności społeczne?
- Jeśli chodzi o główne postaci - kompletnie mnie to nie interesuje. Nie wiem, co miałoby wynikać z tego, że Janusz jest paniczem. Dla mnie jest po prostu konformistą i dlatego żeni się z Zofią. Jasne, że lepiej ożenić się z bogatą dziewczyną niż z biedaczką ze wsi, ale nie podkreślam tego w żaden sposób.
Do "Halki" przylgnęło określenie "opera narodowa". Nie przeraża cię to?
- Zupełnie o tym nie myślę. Opowiadam o ludziach, którzy przeżywają swoje perypetie. Opera narodowa? Właściwie z jakich powodów? Bo śpiewana po polsku, napisana przez polskiego kompozytora?
"Halka" nawiązuje też do polskiej tradycji muzycznej.
- No tak: jest tam polonez, mazur, tańce góralskie. Będzie to wszystko w mojej operze, choć może z pewnym cudzysłowem. Jeżeli ktoś będzie chciał znaleźć elementy narodowe, to je znajdzie. Nieszczególnie o tym myślałam. Choć faktem jest, że Moniuszko praktycznie nie jest grany poza Polską.
Katarzyna Chmura, Mirosław Baran: Jesteś absolwentką szkoły muzycznej, architektury i reżyserii, zatem wydaje się oczywiste, że musiałaś trafić do opery. Jak do tego doszło?
Ewelina Pietrowiak: Właściwie, to był przypadek. Mariusz Treliński w warszawskiej Operze Narodowej szukał asystentki. Ktoś mnie polecił na to stanowisko, do dziś nie wiem właściwie kto. Było to pięć lat temu, do pracy przyjmował mnie ówczesny dyrektor Opery Narodowej, teraz dyrektor Opery Bałtyckiej Marek Weiss. Treliński przygotowywał wówczas "Damę pikową" Czajkowskiego. Pamiętam świetnie pierwszą próbę: arię śpiewał Herman, a ja od pierwszych nut poczułam, że jestem na swoim miejscu. Nieco później w moje ręce dostało się nagranie dramatu muzycznego "Jutro" Tadeusza Bairda i poczułam, że to coś, co mogę wystawić sama, własnymi siłami. Zadzwoniłam wtedy do Ewy Michnik, dyrektor Opery Wrocławskiej, bo wiedziałam, że jest otwarta na nowe projekty i muzykę współczesną. Spotkałam tam znowu Marka Weissa, który reżyserował "Kolonię karną" Bruzdowicz, czyli drugą część wieczoru premierowego.
Z Trelińskim pracowałaś nad dwiema operami. Czego się od niego nauczyłaś?
- Gdyby nie to, że miałam większe ambicje niż rola asystenta reżysera, pewnie byśmy współpracowali dalej. Praca z nim otworzyła mi drzwi opery od środka; poznałam cały proces powstawania spektaklu operowego. Mam nadzieję, że chociaż trochę nauczyłam się "widzenia" muzyki; Treliński nie czyta nut, ale świetnie przekłada muzykę na obraz. Praca z nim dała mi też wiele znajomości ze wspaniałymi śpiewakami. Z jednym z nich - Piotrem Nowackim - pracuję nawet teraz w Gdańsku.
Jak doszło do realizacji "Halki"?
- To propozycja dyrektora Weissa, który sam do mnie zadzwonił. Jechałam właśnie samochodem, jak usłyszałam tytuł, to musiałam się zatrzymać. Postanowiłam podejść do "Halki" bez żadnych stereotypów i uprzedzeń.
To znaczy?
- Przy pierwszym słuchaniu starałam się zapomnieć o wszelkich stereotypach związanych z tym tytułem, które ma każdy, nawet jeśli "Halki" nigdy nie widział. A ja widziałam wcześniej dwie realizacje, i to bardzo nieciekawe. Każdy, słysząc ten tytuł, myśli od razu o kierpcach, otyłej śpiewaczce pod pięćdziesiątkę śpiewającej główną partię, że "Halkę" widział z klasą i było nudno. Złe stereotypy wynikają głównie z niewiedzy. "Halka" jest jedną z pierwszych werystycznych oper, traktuje o prawdziwych ludziach i ich przeżyciach. Muzycznie też podoba mi się ogromnie.
Powiedziałaś o inscenizacjach "Halki", które widziałaś, że były nieciekawe. Co to właściwie znaczy?
- Były źle grane, bardzo statyczne, nieszczęśliwie zainscenizowane. Umiejscowienie akcji w Tatrach wymusza na scenografie bardzo trudne operacje. Dosłowne przeniesienie gór na scenę jest niemożliwe, często wychodzi z tego prawdziwy kicz. Dziś możemy operować innymi mediami i technologiami, ale dopóki była żywa realistyczna tradycja wystawiania dzieł, to te góry były upiorne. Poza tym czuje się dysonans, jeśli "Halkę" śpiewają osoby pod pięćdziesiątkę. W libretcie to są przecież młodzi ludzie, Janusz jest pierwszym mężczyzną Halki.
Co zrobisz, żeby twoja "Halka" nie była nieciekawa?
- Pierwszą i najważniejsza decyzją jest odejście od zapisanego czasu akcji. "Halka" powstała w połowie XIX w., ale czas akcji to XVIII w. To dla mnie kompletna egzotyka. Przeniosłam akcję w XX w., z czego wynika mnóstwo konsekwencji: po pierwsze estetycznych, zarówno w kostiumie, jak i w scenografii, po drugie zachowania się postaci na scenie. Opera u nas dzieje się w okolicach Zakopanego w latach 30., bo to ostatni czas, kiedy sens miało słowo "mezalians" i kiedy sens ma III akt opery, w którym wieśniacy skarżą się na swój los pańszczyźniany. Bardzo ryzykowne byłoby przenoszenie akcji "Halki" w czasy współczesne. Nie miałabym nic przeciwko temu: mogłabym wtedy opowiedzieć o tym trójkącie miłosnym jak najbardziej dzisiaj, ale myślę, że przez cały kontekst społeczny nie da się przenieść "Halki" w XXI w.
W swojej inscenizacji podkreślasz zapisane w libretcie nierówności społeczne?
- Jeśli chodzi o główne postaci - kompletnie mnie to nie interesuje. Nie wiem, co miałoby wynikać z tego, że Janusz jest paniczem. Dla mnie jest po prostu konformistą i dlatego żeni się z Zofią. Jasne, że lepiej ożenić się z bogatą dziewczyną niż z biedaczką ze wsi, ale nie podkreślam tego w żaden sposób.
Do "Halki" przylgnęło określenie "opera narodowa". Nie przeraża cię to?
- Zupełnie o tym nie myślę. Opowiadam o ludziach, którzy przeżywają swoje perypetie. Opera narodowa? Właściwie z jakich powodów? Bo śpiewana po polsku, napisana przez polskiego kompozytora?
"Halka" nawiązuje też do polskiej tradycji muzycznej.
- No tak: jest tam polonez, mazur, tańce góralskie. Będzie to wszystko w mojej operze, choć może z pewnym cudzysłowem. Jeżeli ktoś będzie chciał znaleźć elementy narodowe, to je znajdzie. Nieszczególnie o tym myślałam. Choć faktem jest, że Moniuszko praktycznie nie jest grany poza Polską.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






