Nie wyobrażam sobie życia bez podróży
01.11.2011
aktualizacja: 2011-11-01 12:01
Materiały prasowe
- Wystarczy wybrać dowolne miejsce na świecie, sprawdzić czy nie ma tam wojny, partyzantki lub szalejącej przestępczości, kupić przewodnik i bilet lotniczy i po prostu się tam udać - zachęca do podróżowania dziennikarz Tomasz Michniewicz
Rozmowa z Tomaszem Michniewiczem, dziennikarzem, autorem audycji "Trójka Przekracza Granice" w Programie III PR
Łukasz Szolc-Nartowski: Skąd w tobie ta pasja do podróżowania?
Tomasz Michniewicz : - Wszystko zaczyna się od decyzji, sam wiesz. Jeśli postanowisz, że w kwietniu jedziesz do Bangladeszu - bo tak, bo akurat tam wydaje się być fajnie i widziałeś ładne zdjęcia, to cała reszta pod tę decyzję ułoży się sama. Ludzie przeważnie czekają na dogodny moment, by gdzieś wyjechać, ale on nigdy nie nadchodzi, bo stale jest mnóstwo spraw do załatwienia, dzieci, kredyty, stres, praca... A wystarczy po prostu podjąć decyzję o podróży. Ja pierwszą podjąłem ze 12 lat temu - postanowiłem pojechać z Warszawy nad morze i z powrotem. Spałem na plaży, jeździłem stopem - to była świetna lekcja samodzielności. Do dziś nie wyobrażam sobie życia bez podróży.
Świat staje się coraz mniejszy, jeszcze 10 lat temu kraje takie jak Meksyk czy Indie były kierunkiem dla nielicznych, teraz coraz częściej stają się tematem na dwutygodniowy wypad. Jaka Twoim zdaniem będzie przyszłość podróżowania?
- Skurczyły się tylko dystanse między lotniskami, a nie świat. Turystów jest więcej, ale wszyscy nadal zaludniają te same miejsca, po prostu bardziej się gnieżdżą. W Indiach zobaczą Taj Mahal, w Zimbabwe - Wodospady Wiktorii, a w Egipcie - piramidy i hotel w Sharm El-Sheikh. Gdy schodzisz z tego popularnego standardu Top10, kończy się wycieczka, a zaczyna podróż. A gdy miejsce, do którego jedziesz, nie jest opisane w żadnym przewodniku, zaczyna się wyprawa. Wbrew pozorom na świecie jest bez liku miejsc, w których nie spotkasz innego Europejczyka, tyle że dotarcie do nich zajmuje nieco więcej czasu. Tak więc myślę, że w najbliższej przyszłości popularne miejsca staną się jeszcze bardziej popularne, a niedostępne pozostaną niedostępne, bo dla statystycznego Billa czy Saszy tłuczenie się po bezdrożach przez trzy dni to żadne wakacje.
Jesteś w gronie tych szczęściarzy, którym udało się połączyć podróżowanie z pracą. Jak to jest być zawodowym podróżnikiem?
- To bardziej męczące, niż może się wydawać. Podróże są fantastycznym zajęciem, gdy stanowią ucieczkę od codzienności, od pracy. Wtedy właśnie pojawia się ten pierwiastek wolności i spontaniczności, który tak kochamy. Gdy podróże stają się pracą, o wolności nie ma mowy. Musisz być pod telefonem, na czas, z dobrym materiałem albo zdjęciami, musisz wypełniać warunki kontraktów, uważać na terminy, użerać się z ludźmi. Jeśli masz sponsorów, to dotrzymywać zobowiązań, jeśli nie masz, to wciąż liczyć pieniądze. Podróż - praca nie jest w ogóle przyjemna. To jest ciężka harówka, i to z dala od domu. Raczej nie polecam.
Właśnie ukazuje się Twoja druga, po bestselerowej "Samsarze", książka pod tytułem "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów". Jakie masz dalsze plany związane z pisaniem?
- Pisanie nie stanowiło jakiegoś gwałtownego zwrotu w moim życiu. Wyrosłem w dziennikarstwa prasowego, z pracy w "Życiu Warszawy" czy "Polityce", bardzo dobrze czuję się w operowaniu słowem. Natomiast sama forma książki to olbrzymie wyzwanie. Praca nad "Gorączką" zajęła mi równo rok, a zajęłaby pewnie więcej, gdyby terminy wydawnictwa nie goniły tak bardzo. W przypadku takich zadań jak książka, gdzie mogę naprawdę się z czymś zmierzyć, postarać, gdy nie jest to jakaś banalna opowiastka o podróżowaniu, ale reportaż pełną gębą, bardzo się przykładam - poprawki, zdjęcia, research, dokumentacja... Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Nie uznaję pisania zza biurka i przeklejania z wikipedii.
Która z sytuacji i przygód z twoich podróży wbiła Ci się najgłębiej w pamięć?
- Po każdej podróży mam nową "najciekawszą przygodę" (śmiech). Teraz wciąż na nowo przeżywam moment, w którym pierwszy raz trzymałem w rękach skarb. To była sztaba srebra wielkości cegłówki, z XVII-wiecznego galeonu Atocha. Szukałem go z ekipą Mel Fisher's Treasures, najważniejszej załogi poszukiwawczej na świecie, opisałem to w "Gorączce". Powiedzieli mi, że jeśli podniosę tę sztabę jedną ręką, będę mógł ją zatrzymać. Pomyślałem: "ile to może ważyć? Z 10 kilo?". Zawziąłem się, ale nawet nie drgnęła. Ten kawałek srebra ważył 55 kg i był wart 200 tys. dolarów. Coś takiego robi wrażenie.
Co byś poradził komuś kogo pierwsza wielka wyprawa w nieznane jest jeszcze w sferze marzeń i odległych planów?
- Wszystko zaczyna się od decyzji, naprawdę. Plany i marzenia w kwestiach podróży bardzo szybko ulegają konkretyzacji. Wystarczy wybrać dowolne miejsce na świecie, które wydaje się z jakiegoś powodu interesujące, sprawdzić czy nie ma tam wojny, partyzantki lub szalejącej przestępczości, kupić przewodnik i bilet lotniczy i po prostu się tam udać. Trudno w to uwierzyć, ale to naprawdę jest takie proste.
Mamy okazję gościć Cię w Gdyni w Klubie Filmowym - DKF Żyrafa na spotkaniu związanym z promocją Twojej nowej książki. Czy masz wspomnienia związane z Gdynią, z czym Ci się kojarzy to miasto?
- Mieliście kiedyś nad morzem wesołe miasteczko, chyba objazdowe. Robiłem wtedy zdjęcia starym aparatem Practica, pożyczonym od mojego taty. Te migające światła, wata cukrowa, biegające dzieciaki i nieco frenetyczna muzyka tworzyła taki klimat, że zrobiłem wtedy jedne z najlepszych zdjęć w życiu. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Podobnie pierwszych Opener'ów, jeszcze na Skwerze Kościuszki - ależ to były kapitalne koncerty! Świetnie macie w Trójmieście, zazdroszczę Wam. Warszawa to paskudne miasto.
Spotkanie z Tomaszem Michniewiczem odbyło się 29 października o godz. 15, w Klubie Filmowym "Żyrafa" (ul. Waszyngotona 1).
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



