Koniec epatowania nowością na Open'erze
05.07.2011
aktualizacja: 2011-07-05 14:03
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Jubileuszowy festiwal był udany. I choć przyszłość Open'era wygląda jasno, wisi nad nią co najmniej kilka znaków zapytania. Dotyczą one m.in. programu imprezy, rosnącej w siłę konkurencji i gdyńskiej lokalizacji- pisze Przemysław Gulda, Gazeta Wyborcza
Tegoroczna edycja festiwalu Open'er zakończyła się w poniedziałek nad ranem. Imprezie stuknęło właśnie dziesięć lat, z tego powodu organizatorzy postanowili przygotować festiwal godny okrągłej rocznicy. Zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjnym tegoroczny Open'er się udał. Ale już dziś, zaraz po jego zakończeniu, warto zastanowić się nad przyszłością tej imprezy.
Z jednej strony jawi się ona w sposób świetlany. Wynika to z co najmniej kilku czynników. Pierwszym i najważniejszym jest oczywiście trwająca od kilku lat moda i koniunktura na wielkie, letnie imprezy muzyczne. Moda i koniunktura, którym w najbliższym czasie nic raczej nie grozi. Są bowiem korzystne dla fanów, którzy mogą w jednym miejscu i czasie usłyszeć duże grono muzycznych gwiazd, są korzystne dla wytwórni, rozpaczliwie szukających sposobów zarabiania na muzyce, są korzystne dla zespołów grających dla publiczności nieporównywalnie większej od tej, którą mają na co dzień i zarabiających nieporównywalnie większe pieniądze. Takie imprezy są potrzebne wszystkim, więc na razie nic im raczej nie grozi. A największe szanse na gęstniejącym coraz bardziej rynku mają oczywiście imprezy, które zdążyły sobie wyrobić markę - Open'er po dekadzie funkcjonowania markę taką z pewnością posiada.
Spokojną przyszłość festiwalowi zapewnia także z pewnością widoczne w tym roku dużo bardziej niż w latach poprzednich otwarcie na Wschód - Open'er jest dla publiczności z krajów zachodniej części byłego ZSRR imprezą najbliższą pod względem geograficznym, a zarazem wciąż dużo tańszą niż podobne przedsięwzięcia organizowane na Zachodzie. A jako że można się spodziewać, że Ukraińcy, Rosjanie, Litwini czy Estończycy będą się coraz bardziej interesować muzyką i coraz chętniej podróżować, dopóki ktoś nie wymyśli, żeby zorganizować imprezę podobnego rozmachu np. w Kaliningradzie i nie zbuduje jej marki, organizatorzy Open'era mogą być spokojni o liczny desant publiczności z tamtego kierunku.
Kwestia programu festiwalu i zainteresowania rodzimej publiczności to pierwszy znak zapytania dotyczący przyszłości Open'era. Ten rok chyba już definitywnie skończył magię dotychczasowej formuły "po raz pierwszy w Polsce", która gwarantowała zainteresowanie publiczności. Dziś, po kilku bardzo obfitych festiwalowo i koncertowo latach, ciężko jest już znaleźć popularnego wykonawcę, który nigdy w Polsce nie występował. Organizatorzy Open'era zdają sobie z tego z pewnością sprawę i będą musieli nauczyć się z tym żyć. A raczej - liczyć na to, że nauczy się z tym żyć publiczność, która nie będzie narzekać, że ten zespół już kiedyś w Polsce grał, a tamten wykonawca był dwa lata temu na Open'erze. Kończy się etap epatowania nowością, teraz trzeba będzie przesunąć akcent w kierunku jakości, oryginalności albo odwagi w promowaniu renomowanych wykonawców, którzy nie cieszą się w Polsce wielką popularnością. Sprawa ta będzie coraz trudniejsza, tym bardziej że Open'erowi rośnie konkurencja. Jasne, że takie imprezy jak np. Orange Festival w Warszawie są - siłą rzeczy - kilka lat do tyłu w stosunku do gdyńskiego festiwalu, ale sam fakt, że istnieją i też potrafią budować ciekawy program, stwarza dla jego organizatorów swego rodzaju wyzwanie.
Drugi mocny znak zapytania wiąże się z tym, gdzie będą się odbywać kolejne edycje festiwalu. Z jednej strony wydaje się, że nic nie odbierze festiwalowi Gdyni, z drugiej - na horyzoncie pojawia się coraz więcej kłopotów związanych z dzisiejszą lokalizacją imprezy. Pierwszym są oczywiście plany przekształcenia lotniska w Kosakowie w obiekt cywilny, obsługujący pasażerów. Jeśli władze miasta zrealizują je w maksymalnej możliwej postaci, czyli planowany terminal będzie obsługiwał regularne loty tanich linii, z pewnością będzie to oznaczać koniec festiwalu na Babich Dołach. Przecież nikt nie zamknie lotniska na kilka tygodni potrzebnych na montaż i demontaż festiwalowej infrastruktury. Inny problem to oczywiście dojazd do Trójmiasta, który miał się stawać coraz łatwiejszy, a jest kłopotliwy jak nigdy przedtem. Autostrady powstają powoli, sieć połączeń lotniczych rozwija się też raczej w oparciu o inne kryteria niż transport festiwalowych gości - nic dziwnego: tłum robotników podróżujących regularnie do Wielkiej Brytanii jest o wiele ważniejszy z punktu widzenia przewoźników niż liczny, ale odbywający się raz do roku przerzut młodych ludzi z różnych stron Europy. Największym problemem jest transport kolejowy - PKP w ostatnich latach zdaje się prowadzić konsekwentną politykę odcinania Trójmiasta od reszty świata. A to mocno uderza w potencjalnych open'erowych widzów.
W tym kontekście dalsze organizowanie imprezy w Gdyni zdaje się wynikać tylko z mocnego zdeprymowania organizatorów i władz miasta. I - patrząc z punktu widzenia Trójmiasta - oby to były wystarczające powody, by firma Alter Art nie przeniosła festiwalu gdzie indziej.
- 3 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Jakiego zdeprymowania?!
aegis_of_heart
07.07.11, 18:10
Autor powinien zainwestować w słownik języka polskiego, a portal w korektę...»




