Chromeo, czy jesteś na dole?
04.07.2011
aktualizacja: 2011-07-04 13:23
Choć muzycy nieustannie ocierali się o granice festyniarskiego kiczu, ani przez moment ich nie przekroczyli.
ZOBACZ TAKŻE
- Open`erowe hity i kity (04-07-11, 09:00)
- The Wombats na Open'erze: Dobrze tylko przez chwilę (04-07-11, 08:00)
- Festiwal Open'er zostaje w Gdyni mimo budowy lotniska (07-07-11, 07:00)
- Koniec epatowania nowością na Open'erze (05-07-11, 08:00)
- Alternatywne rzeczywistości (04-07-11, 03:40)
- Kapłanka M.I.A. (04-07-11, 03:27)
- James Blake na Open'erze: Głos bez ograniczeń [wideo] (04-07-11, 03:23)
- Wszystko się zmienia (04-07-11, 03:06)
- The Strokes na Open'erze: Nieudana partia pac-mana (04-07-11, 03:00)
- Z Norwegiem o Brytanii (04-07-11, 02:53)
GALERIA ZDJĘĆ
- Ostatni dzień Open'era: tłumy pod każdą sceną [ZDJĘCIA] (04-07-11, 03:34)
SERWISY
Wszystko wskazywało na to, że ten koncert nie powinien się udać - już w pierwszych jego minutach okazało się bowiem, że zespół Chromeo przyjechał do Gdyni w swej najskromniejszej, najbardziej okrojonej wersji. Nie było dodatkowych muzyków, nie było dziewczęcego chórku, ba, nie było nawet słynnych stojaków pod instrumenty w kształcie kobiecych nóg. Więc co było? Tylko dwaj muzycy z podstawowego składu, ich przebojowe kompozycje, a przede wszystkim - ich znakomite poczucie humoru.
To był główny powód, który sprawił, że ten koncert robił znakomite wrażenie i nie pozwalał ani na chwilę odejść od sceny, żeby nie stracić kolejnego żartu, kolejnej zabawnej miny, kolejnego wywołującego śmiech gestu. A obaj muzycy grupy okazali się mistrzami takich właśnie zachowań. Z pozoru, kiedy patrzyło się na to, co robili na scenie, można było odnieść wrażenie, że to jacyś kiepscy weselni wodzireje: a to nakłaniali publiczność, żeby śpiewała wraz z nimi refreny, a to pokazywali taneczne ruchy, które trzeba było naśladować, a to z kolei - podbiegali do widzów, żeby wymieniać z nimi uściski. Ale wystarczyło przyjrzeć się uważniej, żeby zauważyć, że to wszystko to tylko parodia takich właśnie zachowań, zabawne wzięcie ich w nawias i świetna zabawa, oparta na daleko idącej ironii. Obu muzykom rozśmieszanie publiczności wychodziło znakomicie, choć mieli zupełnie inne strategie: Dave 1, chudy dryblas, grał rolę błazna, wygłupiając się z uśmiechem na ustach, P-Thugg natomiast, krępy i lekko okrągły, działał w jeszcze bardziej zaskakujący sposób, bo zachowywał się równie zabawnie, ale ze śmiertelnie poważną miną. Efekt w obu przypadkach był znakomity - nie sposób było oglądać tego koncertu bez uśmiechu na ustach.
Artyści dali też sobie radę, jeśli chodzi o kwestie muzyczne. Choć z powodu przyjazdu do Polski w minimalnym składzie, sporą część muzycznej strony ich występu stanowiły przygotowane wcześniej podkłady, ale robili wszystko, żeby jak najwięcej grać na żywo. Gitary, bas, klawisze - muzycy żonglowali instrumentami i z każdym radzili sobie znakomicie, ubarwiając jednocześnie poszczególne kompozycje o zawrotne, a przez to dość zabawne, solówki. Taneczne kompozycje zespołu zabrzmiały tego wieczoru tak porywająco, że trudno było ustać spokojnie pod sceną, nic więc dziwnego, że podczas tego występu open'erowy namiot zamienił się w wypełnioną bardzo rozbawionym tłumem dyskotekę.
To był główny powód, który sprawił, że ten koncert robił znakomite wrażenie i nie pozwalał ani na chwilę odejść od sceny, żeby nie stracić kolejnego żartu, kolejnej zabawnej miny, kolejnego wywołującego śmiech gestu. A obaj muzycy grupy okazali się mistrzami takich właśnie zachowań. Z pozoru, kiedy patrzyło się na to, co robili na scenie, można było odnieść wrażenie, że to jacyś kiepscy weselni wodzireje: a to nakłaniali publiczność, żeby śpiewała wraz z nimi refreny, a to pokazywali taneczne ruchy, które trzeba było naśladować, a to z kolei - podbiegali do widzów, żeby wymieniać z nimi uściski. Ale wystarczyło przyjrzeć się uważniej, żeby zauważyć, że to wszystko to tylko parodia takich właśnie zachowań, zabawne wzięcie ich w nawias i świetna zabawa, oparta na daleko idącej ironii. Obu muzykom rozśmieszanie publiczności wychodziło znakomicie, choć mieli zupełnie inne strategie: Dave 1, chudy dryblas, grał rolę błazna, wygłupiając się z uśmiechem na ustach, P-Thugg natomiast, krępy i lekko okrągły, działał w jeszcze bardziej zaskakujący sposób, bo zachowywał się równie zabawnie, ale ze śmiertelnie poważną miną. Efekt w obu przypadkach był znakomity - nie sposób było oglądać tego koncertu bez uśmiechu na ustach.
Artyści dali też sobie radę, jeśli chodzi o kwestie muzyczne. Choć z powodu przyjazdu do Polski w minimalnym składzie, sporą część muzycznej strony ich występu stanowiły przygotowane wcześniej podkłady, ale robili wszystko, żeby jak najwięcej grać na żywo. Gitary, bas, klawisze - muzycy żonglowali instrumentami i z każdym radzili sobie znakomicie, ubarwiając jednocześnie poszczególne kompozycje o zawrotne, a przez to dość zabawne, solówki. Taneczne kompozycje zespołu zabrzmiały tego wieczoru tak porywająco, że trudno było ustać spokojnie pod sceną, nic więc dziwnego, że podczas tego występu open'erowy namiot zamienił się w wypełnioną bardzo rozbawionym tłumem dyskotekę.
Polecamy - The Strokes na Open'erze: Nieudana partia pac-mana
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos








