Alternatywne rzeczywistości
04.07.2011
aktualizacja: 2011-07-04 03:40
O nowej płycie i nowej rockowej rewolucji opowiada Albert Hammond Jr., gitarzysta grupy The Strokes, która w niedzielę wieczorem wystąpiła na największej scenie Open'era.
ZOBACZ TAKŻE
- Open`erowe hity i kity (04-07-11, 09:00)
- Festiwal Open'er zostaje w Gdyni mimo budowy lotniska (07-07-11, 07:00)
- Koniec epatowania nowością na Open'erze (05-07-11, 08:00)
- Chromeo, czy jesteś na dole? (04-07-11, 13:21)
- Kapłanka M.I.A. (04-07-11, 03:27)
- James Blake na Open'erze: Głos bez ograniczeń [wideo] (04-07-11, 03:23)
- Trzy dni z Open'erem: Gdańsk, czyli tańczyć (03-07-11, 21:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Ostatni dzień Open'era: tłumy pod każdą sceną [ZDJĘCIA] (04-07-11, 03:34)
SERWISY
Przemysław Gulda: Mówi się o was, że zaczęliście "nową rockową rewolucję". Czy dziesięć lat temu czuliście się pionierami? Co dziś myślisz o tym zjawisku?
Albert Hammond Jr.: Wiesz co, tak naprawdę, to ja właściwie nie wiem czym jest to zjawisko. Nigdy się nim jakoś specjalnie nie zajmowałem i nie interesowało mnie za bardzo. Kiedy zakładaliśmy zespół nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, a już na pewno nie mieliśmy zamiaru zaczynać żadnej rewolucji. Chcieliśmy po prostu grać piosenki. I to właśnie robiliśmy. Czuliśmy też, że między nami jest coś specjalnego, coś co sprawia, że świetnie się nam razem pracuje. Nagraliśmy płytę z taką muzyką, jaka w tamtym momencie najbardziej nas kręciła, a że potem się okazało, że to wywołało jakąś rewolucję, to już trochę nie nasza sprawa.
W ostatnim czasie zrobiliście sobie przerwę od wspólnej pracy - każdy z was nagrywał materiał solowy, współpracował z innymi muzykami. Czy to jakoś zmieniło wasze podejście do siebie? Czy praca nad najnowszą płytą różniła się przez to od poprzednich sesji?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić jakiejś alternatywnej wersji rzeczywistości, w której nie nagrywamy płyt solowych. Myślę, że to nam bardzo dobrze zrobiło, oderwaliśmy się trochę od codzienności, oderwaliśmy się od rutyny, a to zawsze dobrze robi.
Większość recenzentów piszących o waszym najnowszym albumie podkreśla, jak bardzo jest inny od poprzednich płyt. Czy taki był zamiar czy tak po prostu wyszło?
- A czy zamiar zawsze nie jest właśnie taki? Inaczej stalibyśmy przecież w miejscu. Poczucie komfortu i powtarzanie tych samych pomysłów to przecież najwięksi wrogowie kreatywności w każdym procesie twórczym. Żeby iść do przodu zawsze trzeba sobie stawiać wyzwania. My sobie postawiliśmy i mam wrażenie, że to przyniosło efekt.
Mieszkacie w Nowym Jorku, mieście które w tej dekadzie, choć nie tylko w tej dekadzie przecież, było jednym z najgorętszych miejsc świata, jeśli chodzi o muzykę. Na ile to miejsce ma wpływ na to, co robicie, w końcu jesteście niemal wzorcowym "zespołem z Nowego Jorku"?
- Kiedy zastanawiam się nad wpływem, jaki miejsce, w którym żyjesz ma na to, co robisz, trudno mi myśleć o czymś bardziej konkretnym niż fakt, że jeśli mieszkasz gdzieś, gdzie jest zimno, nosisz cieplejszą kurtkę. Każdy inny wpływ jest w zasadzie niemożliwy do wymierzenia, a może nawet do zauważenia. Wydaje mi się, że rzeczywiście Nowy Jork musi mieć na nas jakiś wpływ, ale jedyny sposób, żeby go zmierzyć musiałby być taki, żeby w jakiejś alternatywnej rzeczywistości jakiś alternatywny zespół The Strokes powstał w jakimś innym miejscu. A to przecież niemożliwe.
Albert Hammond Jr.: Wiesz co, tak naprawdę, to ja właściwie nie wiem czym jest to zjawisko. Nigdy się nim jakoś specjalnie nie zajmowałem i nie interesowało mnie za bardzo. Kiedy zakładaliśmy zespół nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, a już na pewno nie mieliśmy zamiaru zaczynać żadnej rewolucji. Chcieliśmy po prostu grać piosenki. I to właśnie robiliśmy. Czuliśmy też, że między nami jest coś specjalnego, coś co sprawia, że świetnie się nam razem pracuje. Nagraliśmy płytę z taką muzyką, jaka w tamtym momencie najbardziej nas kręciła, a że potem się okazało, że to wywołało jakąś rewolucję, to już trochę nie nasza sprawa.
W ostatnim czasie zrobiliście sobie przerwę od wspólnej pracy - każdy z was nagrywał materiał solowy, współpracował z innymi muzykami. Czy to jakoś zmieniło wasze podejście do siebie? Czy praca nad najnowszą płytą różniła się przez to od poprzednich sesji?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić jakiejś alternatywnej wersji rzeczywistości, w której nie nagrywamy płyt solowych. Myślę, że to nam bardzo dobrze zrobiło, oderwaliśmy się trochę od codzienności, oderwaliśmy się od rutyny, a to zawsze dobrze robi.
Większość recenzentów piszących o waszym najnowszym albumie podkreśla, jak bardzo jest inny od poprzednich płyt. Czy taki był zamiar czy tak po prostu wyszło?
- A czy zamiar zawsze nie jest właśnie taki? Inaczej stalibyśmy przecież w miejscu. Poczucie komfortu i powtarzanie tych samych pomysłów to przecież najwięksi wrogowie kreatywności w każdym procesie twórczym. Żeby iść do przodu zawsze trzeba sobie stawiać wyzwania. My sobie postawiliśmy i mam wrażenie, że to przyniosło efekt.
Mieszkacie w Nowym Jorku, mieście które w tej dekadzie, choć nie tylko w tej dekadzie przecież, było jednym z najgorętszych miejsc świata, jeśli chodzi o muzykę. Na ile to miejsce ma wpływ na to, co robicie, w końcu jesteście niemal wzorcowym "zespołem z Nowego Jorku"?
- Kiedy zastanawiam się nad wpływem, jaki miejsce, w którym żyjesz ma na to, co robisz, trudno mi myśleć o czymś bardziej konkretnym niż fakt, że jeśli mieszkasz gdzieś, gdzie jest zimno, nosisz cieplejszą kurtkę. Każdy inny wpływ jest w zasadzie niemożliwy do wymierzenia, a może nawet do zauważenia. Wydaje mi się, że rzeczywiście Nowy Jork musi mieć na nas jakiś wpływ, ale jedyny sposób, żeby go zmierzyć musiałby być taki, żeby w jakiejś alternatywnej rzeczywistości jakiś alternatywny zespół The Strokes powstał w jakimś innym miejscu. A to przecież niemożliwe.
Polecamy - The Strokes na Open'erze: Nieudana partia pac-mana
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów








