Open'er Pettera Larssona: Nie jestem tak wysoki, żeby wam zasłonić scenę [wideo]
04.07.2011
aktualizacja: 2011-07-04 15:36
- I chociaż nie muszę przebrać się za Supermana, Banana, albo przykleić sobie na głowie dildo, żeby dobrze się bawić - to jednak trochę mi tego szaleństwa na Open'erze zabrakło - mówi Petter Larsson.
ZOBACZ TAKŻE
- Open`erowe hity i kity (04-07-11, 09:00)
- The Wombats na Open'erze: Dobrze tylko przez chwilę (04-07-11, 08:00)
- James Blake na Open'erze: Głos bez ograniczeń [wideo] (04-07-11, 03:23)
- Wszystko się zmienia (04-07-11, 03:06)
- The Strokes na Open'erze: Nieudana partia pac-mana (04-07-11, 03:00)
- Z Norwegiem o Brytanii (04-07-11, 02:53)
- Pamiątkowy mural bez souvenirów (04-07-11, 02:40)
- James Blake: Nawet podczas podróżowania komponuję beaty (04-07-11, 02:30)
- Trzy dni z Open'erem: Gdańsk, czyli tańczyć (03-07-11, 21:00)
- Kate Nash: Punkowa feministka (03-07-11, 13:00)
- Open'er Pettera Larssona:Czyli dobre strony tego, że pada (03-07-11, 09:00)
- Niedziela na Open'erze: poleca Patryk Gochniewski (03-07-11, 07:00)
- Deszcz przez Asteroidy wygoniony (03-07-11, 03:53)
- Mocna kobieta śpiewa pieśni chłopów (03-07-11, 03:45)
- Kate Nash o wielu twarzach (03-07-11, 03:27)
GALERIA ZDJĘĆ
- Trzeci dzień na Open'erze: książę przegonił chmury [ZDJĘCIA] (03-07-11, 03:59)
- Ostatni dzień Open'era: tłumy pod każdą sceną [ZDJĘCIA] (04-07-11, 03:34)
SERWISY
Po czterech dniach imprezowania na Open'erze, Petter Larsson - Szwed, student City University of London - zdążył sobie wyrobić opinię o gdyńskim festiwalu. - Miałem bardzo wysokie oczekiwania. I chociaż nie wszystkie się spełniły, cieszę się, że mogłem brać w nim udział - opowiada.
To po kolei: - Dużo dobrej muzyki, mogłem w końcu usłyszeć na żywo Coldplay, Pulp czy Prince'a. Ale też odkryć nowe grupy, jak: Abraham inc., Two Door Cinema Club czy Crystal Fighters. Koncert, który spodobał mi się jednak najbardziej to - spóźniony o półtorej (!) godziny - Big Boi, który zmiksował swoje utwory z klasykami mojej ulubionej grupy, czyli Outcast - relacjonuje Petter. -Dla mnie open'erowy line-up był w porządku. Chociaż każdy - bez wyjątku - Polak, z którym rozmawiałem się na niego skarżył. Największe rozczarowanie? Słyszeliśmy, że po koncercie Prince'a na głównej scenie pojawi się niespodzianka. Czekaliśmy podekscytowani, czekając na występ jakiejś wielkiej gwiazdy. Tymczasem tą sensacją okazały się być...fajerwerki. Hmm...jakby to powiedzieć: sztuczne ognie nie są ekscytujące!
Ale, jak wiedzą wszyscy open'erowicze poruszający się po miasteczku festiwalowym: Open'er to nie tylko muzyka. Tylko czterodniowy styl życia. - Pod względem organizacyjnym było ok. I chociaż festiwal odbywa się z dala od cywilizacji i trzeba się tu sporo nachodzić, to dojazd jest dobry a autobusy podstawiane regularnie, więc nie mogę narzekać. Organizatorzy wyszli też naprzeciw tysiącom przyjezdnych wystawiając masę toi-toi, które były dość czyste i właściwie nie trzeba było wystawać w ogonkach do toalety. To dobre posunięcie. Bo dzięki temu festiwal nie zajeżdżał...no wiecie: festiwalowo - śmieje się Szwed. - Deszcz tak naprawdę okazał się być niewielką przeszkodą. Chociaż myślę, że dla festiwalowiczów mógłby być jeszcze mniejszą, gdyby na terenie sprzedawane były kalosze albo płaszcze przeciwdeszczowe. W Roskilde kiedy tylko spadnie kilka kropli, od razu rusza wielki rynek gumowych ubrań.
To, czego Petterowi najbardziej zabrakło na Open'erze to odrobiny prawdziwego festiwalowego szaleństwa. - Nie potrafię zrozumieć czemu np. w Londynie ludzie mają taką obsesję na punkcie szalonych przebieranek. I chociaż nie muszę przebrać się za Supermana czy Banana, albo przykleić sobie na głowie dildo, żeby dobrze się bawić - to jednak trochę mi tego szaleństwa na Open'erze zabrakło - mówi Petter. - Ludzie tutaj wydają się bardziej zdystansowani, niechętni do zawierania nowych znajomości. Rzuciło mi się też w oczy to, że nie wiedzą jak zachować się w dużym tłumie. Każdy tu stoi z rozstawionymi łokciami i zacięcie broni swojego metra kwadratowego. Kiedy próbowałem się przecisnąć do przodu, to albo słyszałem przekleństwa albo dostawałem kuksańca. No kurcze, przecież nie jestem tak wysoki, żeby wam zasłonić scenę!
Obok wszelkich swoich wad i zalet, Open'er ma też jedną gigantyczną przewagę nad innymi festiwalami w Europie.
Petter: - Cena. Za bilety, jedzenie i picie przez te cztery dni zapłaciłem tyle, ile pewnie bym zapłacił za koncert Prince'a w Londynie. Jeśli tak będzie nadal: wróżę sukces. I wróżę, że jeszcze tu przyjadę!
Peter Larsson był jednym z uczestników Misji21, w ramach której studenci dziennikarstwa z Londynu odwiedzili 21 polskich miast by sprawdzić jak nasz kraj przygotowany jest do Euro 2012
To po kolei: - Dużo dobrej muzyki, mogłem w końcu usłyszeć na żywo Coldplay, Pulp czy Prince'a. Ale też odkryć nowe grupy, jak: Abraham inc., Two Door Cinema Club czy Crystal Fighters. Koncert, który spodobał mi się jednak najbardziej to - spóźniony o półtorej (!) godziny - Big Boi, który zmiksował swoje utwory z klasykami mojej ulubionej grupy, czyli Outcast - relacjonuje Petter. -Dla mnie open'erowy line-up był w porządku. Chociaż każdy - bez wyjątku - Polak, z którym rozmawiałem się na niego skarżył. Największe rozczarowanie? Słyszeliśmy, że po koncercie Prince'a na głównej scenie pojawi się niespodzianka. Czekaliśmy podekscytowani, czekając na występ jakiejś wielkiej gwiazdy. Tymczasem tą sensacją okazały się być...fajerwerki. Hmm...jakby to powiedzieć: sztuczne ognie nie są ekscytujące!
Ale, jak wiedzą wszyscy open'erowicze poruszający się po miasteczku festiwalowym: Open'er to nie tylko muzyka. Tylko czterodniowy styl życia. - Pod względem organizacyjnym było ok. I chociaż festiwal odbywa się z dala od cywilizacji i trzeba się tu sporo nachodzić, to dojazd jest dobry a autobusy podstawiane regularnie, więc nie mogę narzekać. Organizatorzy wyszli też naprzeciw tysiącom przyjezdnych wystawiając masę toi-toi, które były dość czyste i właściwie nie trzeba było wystawać w ogonkach do toalety. To dobre posunięcie. Bo dzięki temu festiwal nie zajeżdżał...no wiecie: festiwalowo - śmieje się Szwed. - Deszcz tak naprawdę okazał się być niewielką przeszkodą. Chociaż myślę, że dla festiwalowiczów mógłby być jeszcze mniejszą, gdyby na terenie sprzedawane były kalosze albo płaszcze przeciwdeszczowe. W Roskilde kiedy tylko spadnie kilka kropli, od razu rusza wielki rynek gumowych ubrań.
To, czego Petterowi najbardziej zabrakło na Open'erze to odrobiny prawdziwego festiwalowego szaleństwa. - Nie potrafię zrozumieć czemu np. w Londynie ludzie mają taką obsesję na punkcie szalonych przebieranek. I chociaż nie muszę przebrać się za Supermana czy Banana, albo przykleić sobie na głowie dildo, żeby dobrze się bawić - to jednak trochę mi tego szaleństwa na Open'erze zabrakło - mówi Petter. - Ludzie tutaj wydają się bardziej zdystansowani, niechętni do zawierania nowych znajomości. Rzuciło mi się też w oczy to, że nie wiedzą jak zachować się w dużym tłumie. Każdy tu stoi z rozstawionymi łokciami i zacięcie broni swojego metra kwadratowego. Kiedy próbowałem się przecisnąć do przodu, to albo słyszałem przekleństwa albo dostawałem kuksańca. No kurcze, przecież nie jestem tak wysoki, żeby wam zasłonić scenę!
Obok wszelkich swoich wad i zalet, Open'er ma też jedną gigantyczną przewagę nad innymi festiwalami w Europie.
Petter: - Cena. Za bilety, jedzenie i picie przez te cztery dni zapłaciłem tyle, ile pewnie bym zapłacił za koncert Prince'a w Londynie. Jeśli tak będzie nadal: wróżę sukces. I wróżę, że jeszcze tu przyjadę!
Peter Larsson był jednym z uczestników Misji21, w ramach której studenci dziennikarstwa z Londynu odwiedzili 21 polskich miast by sprawdzić jak nasz kraj przygotowany jest do Euro 2012
Czytaj więcej - Open'er Pettera Larssona:Czyli dobre strony tego, że pada
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów






