Górlikowski: Polski Marloł istnieje dzięki nam
07.02.2012
aktualizacja: 2012-02-06 21:58
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Kiedy czytam artykuły na temat ostatnich wyczynów Krzysztofa Rutkowskiego w Sosnowcu, przypomina mi się lato 2010 r., gdy w Sopocie zaginęła 19-letnia Iwona Wieczorek. Polski Marloł pojawił się na Wybrzeżu w kowbojskich butach po pierwszych artykułach o zaginionej. Nos detektywa szybko zwietrzył okazję do zarobku, ale ważniejsze od pieniędzy było zaistnienie w mediach. A to było pewne, bo Sopot, bo wakacje, bo turyści, bo "warszawka" w kurorcie obwieszonym zdjęciami Iwony. A jak wakacje, to sezon ogórkowy, a jak sezon ogórkowy, to dramat rodziny Iwony ludzie będą klikać w internecie, oglądać w telewizji, czytać i rozmawiać na plaży.
ZOBACZ TAKŻE
- Zdaniem Daszczyńskiego: Kto gra, kto kibicuje... (05-04-12, 07:00)
- Zdaniem Daszczyńskiego: inne ACTA (02-02-12, 10:55)
- Zdaniem Daszczyńskiego: nie świnie, nie barany (26-01-12, 11:55)
- Zdaniem Górlikowskiego: Człowiek z marmuru i człowiek z pastelu (24-01-12, 10:29)
- Zdaniem Daszczyńskiego: postawić prezydenta (19-01-12, 11:25)
- Zdaniem Górlikowskiego: Polska gościnność jest przysłowiowa (17-01-12, 15:33)
- Zdaniem Daszczyńskiego: trafił tylko w policzek (12-01-12, 09:54)
- Zdaniem Daszczyńskiego: Polska dwóch prędkości (06-01-12, 10:11)
- Zdaniem Górlikowskiego: noworoczne polowanie na bociana (04-01-12, 11:26)
- Zdaniem Sandeckiego: Polityczna chwała i chała Pomorza (30-12-11, 06:00)
- Zdaniem Daczyńskiego: Między grudniem a grudniem (29-12-11, 09:00)
Scenariusz w Sopocie był zresztą w wielu fragmentach podobny do tego w Sosnowcu. Rutkowski też zaczął od krytyki policji i wspólnych konferencji z rodziną zaginionej dziewczyny. Też pojawił się wariograf, rejestracja telefonów komórkowych, narzekanie na opieszałość prokuratury. Dziennikarze byli zachwyceni, uwodził ich anegdotami z życia detektywa, ale najbardziej tym, "czego nie można jeszcze napisać".
Najpierw Rutkowski sugerował, że z zaginięciem dziewczyny ma coś wspólnego jej bliski kolega. Potem znalazł jakiegoś studenta, który popełnił samobójstwo, a przedtem miał wyjawić, że coś wie o Iwonie. Wszystko okazało się bzdurą. Prokuratura twierdzi, że do śledztwa nic nie wniósł. Niestety Iwona do dziś się nie odnalazła. Rutkowski jakoś się tym nie chwali. Ale w upalne lato 2010 r. było o nim głośno dzięki nam dziennikarzom i to nie tylko tabloidów. Brylował też dzięki niewątpliwym błędom policji i prokuratury, które wskazał w śledztwie. Tak jak w Sosnowcu. Bo polski Marloł to wspólne dziecko mediów i opieszałych, skrępowanych procedurami organów ścigania. Przy sprawie Iwony Wieczorek tak opisuje to sam zainteresowany w wywiadzie udzielonym „Gazecie”: „Moi klienci są na pewno bardziej zadowoleni od klientów policji. Zresztą nie interesują mnie opinie tych policjantów, którym się nie chce, tych niespełnionych urzędasów, którzy przychodzą do domu, zakładają bambosze, oglądają serial »Detektyw” i się frustrują” i dalej: „Za takie sprawy jak zaginięcie Iwony biorę 15 tys. zł i nic więcej. Sprawę poprowadzę od początku do końca, nawet jeżeli będę musiał do tego dołożyć. Głośny temat to dla mnie reklama”.
To nasz chłopak, redaktorzy. Nie da się tego ukryć nawet za tysiącem zgorszonych komentarzy. Co więc robić? Nie pisać o nim się nie da, ale nie wolno dać mu się manipulować. Pamiętać, że nie ofiara jest dla niego na pierwszym miejscu. A policja zamiast wikłać się w z góry przegraną pyskówkę powinna zadać sobie pytanie: czy to, że Rutkowski jest zawsze o krok do przodu, wynika tylko z jego niekonwencjonalnego działania czy może zbyt konwencjonalnego podejścia policji i prokuratury do "kolejnej" sprawy?
Najpierw Rutkowski sugerował, że z zaginięciem dziewczyny ma coś wspólnego jej bliski kolega. Potem znalazł jakiegoś studenta, który popełnił samobójstwo, a przedtem miał wyjawić, że coś wie o Iwonie. Wszystko okazało się bzdurą. Prokuratura twierdzi, że do śledztwa nic nie wniósł. Niestety Iwona do dziś się nie odnalazła. Rutkowski jakoś się tym nie chwali. Ale w upalne lato 2010 r. było o nim głośno dzięki nam dziennikarzom i to nie tylko tabloidów. Brylował też dzięki niewątpliwym błędom policji i prokuratury, które wskazał w śledztwie. Tak jak w Sosnowcu. Bo polski Marloł to wspólne dziecko mediów i opieszałych, skrępowanych procedurami organów ścigania. Przy sprawie Iwony Wieczorek tak opisuje to sam zainteresowany w wywiadzie udzielonym „Gazecie”: „Moi klienci są na pewno bardziej zadowoleni od klientów policji. Zresztą nie interesują mnie opinie tych policjantów, którym się nie chce, tych niespełnionych urzędasów, którzy przychodzą do domu, zakładają bambosze, oglądają serial »Detektyw” i się frustrują” i dalej: „Za takie sprawy jak zaginięcie Iwony biorę 15 tys. zł i nic więcej. Sprawę poprowadzę od początku do końca, nawet jeżeli będę musiał do tego dołożyć. Głośny temat to dla mnie reklama”.
To nasz chłopak, redaktorzy. Nie da się tego ukryć nawet za tysiącem zgorszonych komentarzy. Co więc robić? Nie pisać o nim się nie da, ale nie wolno dać mu się manipulować. Pamiętać, że nie ofiara jest dla niego na pierwszym miejscu. A policja zamiast wikłać się w z góry przegraną pyskówkę powinna zadać sobie pytanie: czy to, że Rutkowski jest zawsze o krok do przodu, wynika tylko z jego niekonwencjonalnego działania czy może zbyt konwencjonalnego podejścia policji i prokuratury do "kolejnej" sprawy?
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




