Jaka Wyspa? Prof. Omilanowska: Nie dajmy się zwariować

Sławomir Sowula
07.05.2010 aktualizacja: 2010-05-07 11:36
A A A Drukuj
Małgorzata Omilanowska Fot. Renata Dąbrowska / Agencja
  • Zwycięski projekt zagospodarowania północnej części Wyspy Spichrzów Biura Architektonicznego MAT z Gdańska
- Odbudowa Wyspy Spichrzów to też pytanie, czy nas stać na dobre konkursy architektoniczne, na dobrych architektów z zagranicy. Boimy się ich zaprosić, bo oni by nie uszanowali naszego ukochanego kamieniczkowego modułu czy szczyciku - mówi historyk sztuki prof. Małgorzata Omilanowska
Sławomir Sowula: Jacek Friedrich na łamach "Gazety" krytykuje projekty konkursowe zagospodarowania Wyspy Spichrzów. Mówi, że nie powalają na kolana, zwycięski jest wręcz banalny. Co to znaczy banalny? Pani się z tym zgadza?

Małgorzata Omilanowska: Mówiąc o Wyspie, mówimy o bardzo niezwykłym miejscu. To była Wyspa, na której gromadzono magazyny i nie było tam jakiś rewelacji architektonicznych, ale teraz jej położenie naprzeciwko Długiego Pobrzeża determinuje oczekiwania wszystkich gdańszczan. Wysokie oczekiwania. Że to co tam powstanie, będzie piękną kurtyną domykającą wspaniały widok przez Motławę. Ale też w naturalny sposób wszyscy oczekują, żeby ta zabudowa nawiązywała do historii, nie uciekała od motywu drobnych okien, gęstej zabudowy, dużych bloków, jakimi były te magazyny. Jednocześnie wiadomo, że przyszła architektura Wyspy powinna być współczesna. To trudne zadanie i nie trudno zagubić się w banale, jeśli nie bierze się wszystkiego pod uwagę: historii, oczekiwań i współczesnej architektury.

Ale na czym ten banał polega?

- Muszę się zgodzić z opinią Friedricha. Banał polega na powtarzalności zaprezentowanych w konkursie rozwiązań, takich stosowanych przy innych mniej wyjątkowych okazjach. Architekci - choć pewnie nie w każdej pracy, nie w każdym ich szczególe - posłużyli się gotowymi rozwiązaniami: kombinacjami okien i drzwi, które można zobaczyć na osiedlach apartamentowców budowanych w zupełnie innym mieście. Posługują się tym jak matrycą. To mi się nie podoba w tych projektach i właśnie to nie pozwala paść na kolana. Banał w zwycięskim projekcie? Projekt ten grzeszy regularnością. Nie wiem, czy to dobrze robi architekturze nawiązującej do tradycji tego miejsca, że te moduły kamieniczek, które tam zastosowano, są takie same. Zastanawiam się, dlaczego nie podjęto próby zaprojektowania czegoś bardziej indywidualnego.

Marian Kwapiński, pomorski wojewódzki konserwator zabytków tłumaczy to tym, że ograniczeniem są założenia konkursu, a wręcz prawo, które na przykład nie pozwala wychodzić poza historyczne parcele działek przynajmniej na elewacjach.

- Architekci mają wiele sposobów na to, by sobie poradzić z takim schematyzmem. Można za to zrobić wiele rzeczy. Na pewno zróżnicować wysokość. Nie musi to wyglądać jak piła do drewna, elewacje mogą być cofnięte bądź wysunięte. Ale też myślę, że nie jest to do końca prawda, że Wyspa miała regularny podział działek. To nie były identyczne parcele i na tych parcelach nie stały identyczne budynki. To nie było aż tak regularne, jak pokazują nam konkursowe projekty.

Mówi pani "architektura nowoczesna", czyli jaka?

- Jako historycy łatwiej sobie radzimy z nazywaniem czegoś, co już było. Dużo trudniej mówi się o współczesności, bo jest rozmaita. Ale jeśli mówimy o tych kierunkach, które są obecnie na świecie czy w Europie, to mamy nieprawdopodobnie szeroki wachlarz możliwości. Są choćby wielkie gwiazdy tworzące architekturę rzeźby, takie jak Zaha Mohammad Hadid czy Frank Gehry, którzy tworzą bardzo indywidualne koncepcje brył niespasowanych z otoczeniem, wręcz przeciwnie - z założenia kłócących się z tym otoczeniem. Ale w polskiej architekturze ostatnich lat, a zwłaszcza w tym, co się produkuje jako architekturę - nie mówię tu o tym, co czasami się pojawia w projektach studenckich, kiedy ponosi fantazja - dominują w mniejszym lub większym stopniu próby nawiązania do tradycji późnego modernizmu i takiego posługiwania się formami skubizowanej architektury, która ma mało detalu. Ale to są próby, często nieudolne. Ja osobiście wolę ten modernizm, ale... My już w Gdańsku przyzwyczailiśmy się niestety, że jedyną słuszną formą jest gdańska kamienica. I wszystko, co nią jest, jest słuszne, a co nie jest, jest niesłuszne. I jest dobra na wszystko, na hotel taki jak Hilton czy właśnie budowane Muzeum Morskie oparte przecież na zwielokrotnionym jej module. Bywa jednak, że szuka się też w innym kierunku, jak np. właśnie powstająca kamieniczka vis - a -vis hotelu Hilton przy Targu Rybnym. Ona jest zaprojektowana przez tę samą kobietę, która zaprojektowała Krzywy Domek w Sopocie - Małgorzatę Szotryńską. To będzie taka rozfalowana, rozfałdowana fasada, która mi się osobiście nie podoba, ale na pewno znajdzie swoich zwolenników.

Wygląda na to, że na Wyspie również nie wyjdziemy z cienia gdańskiej kamieniczki. Może więc poszukać wzorców odbudowywania historycznych przestrzeni za granicą?

- Problem polega na tym, że na świecie nikt nie robi tego co my. Jeżeli coś przetrwało - tak jak na przykład w Hamburgu - to się to adaptuje do współczesnych wymogów. A jeżeli nie przetrwało, to buduje się coś zupełnie nowego. Na świecie odbudowuje się katedrę, zamek, ale dzielnicy przemysłowej, którą szlag trafił, tak jak Wyspę, nikt nie odbudowuje. Takie są dzieje historii. Pewne rzeczy przetrwały, a pewne nie. Nie da się tego koła historii cofnąć. Ale my cierpimy na chorobę, którą nam zainfekowano społecznie słuszną decyzją odbudowy starówek zaraz po wojnie. Wtedy to miało sens. Przyszliśmy na ruiny, musieliśmy powiedzieć całemu światu: odbudujemy, bo to jest nasza historia, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. To było potrzebne wtedy temu poranionemu, wygłodzonemu społeczeństwu.

A co jest teraz potrzebne?

- Teraz musimy myśleć o przyszłości, a nie uważać, że jedynie słuszne jest odtwarzanie przeszłości. Jeżeli podejmuje się decyzje rekonstrukcyjne, to wobec pojedynczych obiektów, jak np. Schwarzhaupterhaus w Rydze czy Dolny Zamek Wielkoksiążęcy w Wilnie. W XXI wieku odtwarzanie czegoś, czego nie ma od 60 lat, to patologia.

Ale dlaczego zaraz patologia?

- No dobrze... wytłumaczę panu powoli i dokładnie jak studentowi.

Proszę bardzo.

- Każda epoka posługuje się zespołem form, którym w bezpośredni sposób towarzyszą określone konstrukcje, materiały, technologie wykonawcze. O wartości zabytkowej danego obiektu stanowi suma tych zjawisk. Jeżeli pan powie, że minęło 200 lat, to nasi architekci odtworzą gabaryty, bryły wysokości, ale nie zbudują w tych technologiach i narzędziami, które były wtedy używane. Bo nawet jeżeli np. posłużą się cegłą, to nie będzie to cegła palcówka, ale maszynowa jednolita bez odcieni, jak plastikowa. Więc cała budowla będzie kopią, a na dodatek niedoskonałą, słabą, marną. Moje pytanie brzmi, dlaczego chcemy mieć marną kopię czegoś, co straciliśmy, kiedy jest miejsce na to, by zbudować przyzwoitą nową architekturę. Ale niestety jest to też pytanie, czy nas stać na dobre konkursy architektoniczne, na zaproszenie dobrych architektów z zagranicy. Może i stać, ale czasami boimy się ich zaprosić, bo oni by nie uszanowali naszego ukochanego kamieniczkowego modułu czy szczyciku.

Z tego co wiem, były takie podejścia znanych nielokalnych pracowni. Ale nie zaakceptowały one na przykład takich warunków konkursu, które określały kąt skosu dachu.

- Żadna ustawa o ochronie zabytków nie stanowi o kącie pochyłu dachów na Wyspie Spichrzów. To są założenia wstępne przyjęte przez urząd konserwatorski, które mają chronić krajobraz. Tylko ja osobiście i wewnętrznie buntuję się przed takimi założeniami. Nie widzę powodu, dla którego w tym miejscu trzeba by dokonywać tego typu rzeczy. Czym innym byłoby, gdyby tam stały cztery spichlerze i była luka po piątym, no i byśmy rozpisywali konkurs na plombę. Wtedy możemy mówić, że zachowujemy stary przedwojenny krajobraz z określonym rytmem dachów i ten kolejny piąty budynek musi być z nimi spasowany. Ale nie na Wyspie, gdzie mamy do czynienia z morzem ruin i murami stojącymi do wysokości kilku metrów. Nie dajmy się zwariować. Nie każde pięć cegieł postawione jedna na drugiej są wartym zachowania pomnikiem historii. Nie takie rzeczy się rozbiera. Jak pan chce zobaczyć dobrą architekturę przemysłową, to niech pan pojedzie do Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Gdańsku Przeróbce. Fenomenalne hale z początku XX wieku. Niszczeją i nikogo to nie interesuje. Część jest wynajmowana jako magazyny proszku czy cementu.

Z kilku wypowiedzi konserwatora Kwapińskiego wynika, że jest gorącym zwolennikiem chronienia krajobrazu, zdecydowanie próbuje ograniczać pomysły, które by go zakłócały. Pani kolega po fachu dr Friedrich też mówi, że na końcu Wyspy nie powinno powstać coś, co zdominuje swoją formą gdańskiego Żurawia, bo to unikalny budynek. Więc chyba są małe szanse na coś ciekawego nawet na tym skrawku Wyspy, choć zapowiadany jest na to miejsce osobny konkurs.

- Niekoniecznie. Zgodzę się z Friedrichem w tym sensie, że ja też nie ryzykowałabym w tym miejscu agresywnej formy. Nie pozwoliłabym więc budować tam Frankowi Gehry. Ale chyba odważyłabym się wpuścić kogoś takiego jak Jean Nouvel, który operuje dużymi powierzchniami szkła. Jest parę takich jego obiektów na świecie, które stanęły w eksponowanych miejscach w sąsiedztwie zabytkowych obszarów, na przykład w szwajcarskiej Lucernie, gdzie powstał nawet sporej skali budynek, tworzący rodzaj lustra, w którym odbija się to, co jest po drugiej stronie jeziora. Może ktoś potrafiłby coś takiego zrobić w dobrych proporcjach i na Wyspie. Coś oszczędnego w kształcie, co nie będzie kolidowało z Żurawiem, ale też nie będzie nawiązywało do modułu kamieniczki...

Kiedyś w jednym z wywiadów powiedziała pani, że dobra architektura powinna być akceptowana społecznie. Kamieniczki chyba są. A co to znaczy w przypadku Wyspy?

- To problem, który wiąże się z systemem wychowania, edukacji. Jeżeli mamy do czynienia ze społeczeństwem wychowanym na kulcie odbudowy zabytków, to bardzo trudno jest przekonać ludzi do zaakceptowania innej rzeczywistości. I siłą rzeczy oni, my dążymy do tego, by akceptować zachowawcze rozwiązania. Miałam na myśli to, że nie można próbować robić rewolucji, ale trzeba próbować gusta kształtować. W ostatnich kilkunastu latach staliśmy się krajem, gdzie każdy może zrobić to, na to co ma ochotę. Ale pokazuje też, jaki ma gust. A my Polacy niestety mamy wmontowany anarchizm. Jeśli chodzi o gust i poczucie ładu przestrzennego, to chyba jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie. Proszę tylko spojrzeć, jak wygląda eksploatacja przedwojennych osiedli szeregowych budowanych przez Niemców. Ulica Hallera. Piękne, równe, szeregowe domki. Kiedy stały się prywatną własnością, każdy robi wszystko, by jego dom różnił się od domu sąsiada. Albo loggie w moim bloku. Zabudowane na 18 sposobów. I tak nie mamy szans doprowadzić do uporządkowania tego. Podobnie wyglądają budowle deweloperów. I mam wrażenie, że ta chęć rekonstruowania przeszłości to nadzieja, że znajdziemy na to receptę, na ten chaos, który panuje wokół nas. A to pułapka.

To może warto wprowadzić takie myślenie do jury konkursu. Będzie konkurs na cypel. Wejdzie pani do jury?

- Pewnie tak. Fachowcy w takich sytuacjach nie odmawiają.

Na Wyspie Spichrzów ma być muzeum bursztynu. To ważne dla takiego miejsca. Czy to najciekawszy pomysł, czy widziałaby pani coś innego z punktu widzenia funkcji publicznych?

- Jestem osobą z zewnątrz i widzę Trójmiasto jako całość kulturową. Więc kiedy pan mnie pyta, czy tam jest jakaś funkcja, to zastanawiam się, czy w Trójmieście jest potrzebne muzeum. Najważniejszą kwestią jest rozbudowa Muzeum Narodowego, które, jeśli chodzi o powierzchnię wystawienniczą, to jest w bardzo trudnej sytuacji. Fakt, że posiada bardzo wiele filii i agend, ale to kompletnie nie załatwia sprawy. Bo część z tych pomieszczeń do bardzo niewielu rzeczy się nadaje. Tymczasem w Gdańsku jest brak powierzchni na wystawienie dobrej, dużej kolekcji rzemiosła artystycznego. W Gdańsku, który słynął w swoim złotym wieku z meblarstwa, bursztynnictwa, złotnictwa. Nie jesteśmy w stanie się z tym zapoznać. Ma pan tylko maciupeńkie ekspozycje tu i ówdzie. A druga rzecz to jeden z najcenniejszych zespołów tkanin liturgicznych, które posiada to muzeum, czyli połowa skarbu mariackiego. Druga połowa jest w Lubece. Przeciętny gdańszczanin nawet nie wie, o czym ja mówię. W związku z reformacją w kościele Mariackim katolicy zamurowali tkaniny liturgiczne w XVI wieku. Odkryto to w XX wieku. W ostatecznym po licznych perypetiach efekcie połowa tego skarbu wróciła do Gdańska. To największy na świecie zbiór tkanin liturgicznych z późnego średniowiecza i wczesnego renesansu. Nikt takiego nie ma, żadna katedra świata. Tymczasem one nie są nawet opracowane. Potrzebne są na to koszmarne pieniądze, ale kolekcja jest bezcenna, więc bez problemu na jej wystawienie znajdzie się w UE każde pieniądze. Wyspa może być znakomitym miejscem na taką ekspozycję. Tymczasem z bursztynem jest taki problem, że nie ma w Gdańsku dobrej kolekcji, jest w niej dużo bursztynu, ale...

Małgorzata Omilanowska

Od 1985 r. pracuje w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk, obecnie jest tam redaktorem naczelnym Słownika Architektów Polskich. Od 2006 r. wykłada na Uniwersytecie Gdańskim, od września 2008 r. kieruje Instytutem Historii Sztuki UG

Zobacz najlepsze projekty - Luksusowa Wyspa Spichrzów



Podziel się

  • 12 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

  • Re: Jaka Wyspa? Prof. Omilanowska: Nie dajmy się teererpo 07.05.10, 09:51

    Miałam trochę kłopot ze zrozumieniem tego, co napisałeś, bo co to znaczy "odbudowywać nowoczesnie"? Nie wiem, po co mielibyśmy małpować cokolwiek, wszystko jedno czy z Hamburga czy Honolulu,»