Wyspa Spichrzów. Hossa ma trzy tygodnie na decyzję

Katarzyna Włodkowska
19.01.2012 aktualizacja: 2012-01-18 22:27
A A A Drukuj
Gdańsk, ruiny na Wyspie Spichrzów Fot. Rafa3 Malko / Agencja Gazeta
Władze Gdańska dają Hossie trzy tygodnie na ostateczną decyzję w sprawie zabudowy Wyspy Spichrzów. - Sam projekt jest w fazie zawieszenia, ale wierzę, że to nie potrwa długo - mówi wiceprezydent Andrzej Bojanowski
Losy niezabudowanej od 1945 r. wyspy pod znakiem zapytania stanęły znów w listopadzie ub.r. Wtedy to firma Polnord ostatecznie wycofała się z inwestycji. Ruszyły więc rozmowy z gdyńską Hossą, która - obok Polnordu - przeszła do drugiego etapu ogłoszonego w sierpniu 2008 r. konkursu na zabudowę wyspy. Plan był taki, że jeśli Polnord nie wywiąże się ze zobowiązań, Hossa zajmie jego miejsce. Gdy kontrolowany przez Ryszarda Krauzego deweloper się wycofał, zgodnie z regulaminem konkursu przystąpiono do negocjacji z firmą z Gdyni.

- Sam projekt jest w fazie zawieszenia, ale wierzę, że to nie potrwa długo - mówi Andrzej Bojanowski, wiceprezydent Gdańska ds. polityki gospodarczej. - Kończymy negocjacje z Hossą, deweloper otrzymał do analizy m.in. projekt umowy wspólników i został poproszony o przygotowanie koncepcji urbanistyczno-architektonicznej inwestycji. Decyzja po ich stronie, a że nie chcemy tracić czasu, poprosiliśmy o nią maksymalnie za trzy tygodnie.

Hossa nie komentuje, ale urzędnicy od początku nie pokładają w tych negocjacjach wielkich nadziei. A wcześniej sceptyczny był też sam deweloper, przyznając, że jest w trakcie budowy dwóch tysięcy mieszkań. Jak mówi wiceprezydent Bojanowski, gdy tylko Hossa podejmie ostateczną decyzję, miasto "ruszy z realizacją planów" i rozpocznie "negocjacje z innymi zainteresowanymi", których trzyma w tajemnicy. Terminów nikt nie śmie podawać.

Przygoda Gdańska z Polnordem w sprawie wyspy rozpoczęła się w październiku 2008 r. Wtedy deweloper odpowiedział na zaproszenie prezydenta, który zwrócił się do 19 inwestorów z propozycją wzięcia udziału w negocjacjach dotyczących zabudowy tego fragmentu miasta. Odpowiedziało siedmiu, do ostatniego etapu przeszło dwóch - Polnord i Hossa. Ale to firma kontrolowana przez Ryszarda Krauzego otrzymała zgodę na wyłączność. 31 grudnia 2009 r. gmina podpisała z Polnordem przedwstępną umowę wspólników, zgodnie z którą na tym terenie miały powstać apartamenty, hotel, biurowiec oraz Muzeum Bursztynu, które potem miało stać się własnością Gdańska. W tym celu deweloper zorganizował konkurs architektoniczny. Potem obie strony miały zawiązać spółkę - gmina w zamian za 49 proc. udziałów miała wnieść 2,6-hektarową działkę, a Polnord objąć pakiet większościowy, zapewnić finansowanie i realizację wartej pół miliarda inwestycji. Przedwstępna umowa zobowiązywała Polnord do spełnienia dziesięciu warunków, od których miasto uzależniało powołanie spółki. Chodziło m.in. o uzgodnienia ze wszystkimi gestorami sieci, określenie kosztów netto realizacji zadań inwestycyjnych czy sporządzenie ostatecznej koncepcji urbanistyczno-architektonicznej.

Termin powołania spółki przesuwano trzy razy, a tuż przed rezygnacją Polnordu gmina przyznała, że deweloper nie spełnił żadnego z tych warunków, mimo że wcześniej sam prezydent Paweł Adamowicz firmował komunikaty o "konieczności wykonania dodatkowych czynności i uzgodnień" przez Polnord i doceniał "profesjonalizm inwestora". "Gazeta" wielokrotnie zwracała się z prośbą do magistratu o udostępnienie opinii publicznej umowy z Polnordem oraz regulaminu negocjacji, by zweryfikować, jak urzędnicy zabezpieczyli interesy miasta. Rzecznik prezydenta Antoni Pawlak zdecydowanie odmawia, powołując się na "poufność negocjacji" i "tajemnicę przedsiębiorcy", która według miasta nie podlega Ustawie o dostępie do informacji publicznej.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 9 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy