Kto zyska, a kto straci na dwóch lotniskach
11.03.2010
aktualizacja: 2010-03-11 21:18
Porozumienia w sprawie lotniska nie ma i nie będzie. Ale to wcale nie znaczy, że Rębiechowo już wpadło w tarapaty, a Kosakowo ma sukces w kieszeni
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Tak ma wyglądać terminal lotniska Gdynia-Kosakowo (15-12-10, 18:06)
- Nowy terminal w Babich Dołach. Gdynia walczy o Ryanair (10-11-10, 07:00)
- Debata prezydentów o lotniskach. Nie ma zgody (11-03-10, 20:08)
Gdańsk, a dokładnie prezydent Paweł Adamowicz już jakiś czas temu zdradził swoje stanowisko. Oficjalnie zapowiedział, że rękami i nogami będzie walczył z ideą "pełnowartościowego lotniska komunikacyjnego w Gdyni-Kosakowie". Zresztą od słów przeszedł do czynów, stawiając sprawę na forum Platformy Obywatelskiej i domagając się wsparcia rządu.
Prezydent Wojciech Szczurek precyzyjne plany przedstawił wczoraj. Przyznał wprost, że gdyńskie lotnisko stanie się prędzej czy później konkurencją dla Gdańska. I przekonywał, że to nic złego. Miał argumenty. Gdynia bardzo sprytnie rozgrywa sprawę swojego lotniska od wielu lat - walczy o wpisanie planów jego budowy do wszelkich studiów, planów i koncepcji. Gdy więc Adamowicz pytał "po co" Gdyni lotnisko, Szczurek pokazywał np. strategię rozwoju lotnictwa na Pomorzu przyjętą przez władze województwa. W niej lotnisko w Kosakowie zostało określone jako ważny element systemu transportowego regionu. Zresztą takich "podkładek" Gdynia ma więcej - teraz to także istotne ogniwo w organizacji Euro2012. Tym samym można powiedzieć: to nie Wojciech Szczurek, tylko rząd wyznaczył zadanie uruchomienia funkcji cywilnej w porcie w Kosakowie.
W rzeczywistości odpowiedzi na pytanie, po co Gdyni własne lotnisko ciągle nie mamy. I dlatego wciąż obecna jest obawa, że chodzi raczej o ambicje i lokalny patriotyzm niż wspominany często w debacie "rozwój systemu transportowego".
Ale bez względu na to, jak oceniamy tę kwestię, trzeba sobie zadać inne pytanie: czy lotnisko w Gdyni-Kosakowie wypali? Doświadczenia z innych krajów nie są krzepiące. Choć dziś można odnieść wrażenie, że przerażone Rębiechowo drży przed złowrogim Kosakowem, każdy, kto obserwuje rynek lotniczy w Polsce wie, że dużym lotniskom regionalnym (Kraków, Gdańsk, Katowice) o wiele łatwiej ściąć koszty, ściągnąć nowych przewoźników czy utrzymać u siebie starych. Gdynianie powinni mieć świadomość, że jeśli do konkurencji ostatecznie dojdzie, może ona ich - jako podatników - sporo kosztować, a ostatecznie i tak skończyć się porażką: tak jak na lotnisku w Coventry, które przegrało walkę z większym Birmingham i zarasta krzakami.
W Polsce lotniska które mają problemy - duże straty, konflikty z przewoźnikami, brak nowych połączeń - to te najmniejsze. A start od zera jest znacznie trudniejszy, o czym świadczyć mogą perypetie portów w Olsztynie-Szymanach czy Zielonej Górze, które mimo infrastruktury od lat nie są w stanie ściągnąć nawet jednego połączenia. Wszystko przez konkurencję większych sąsiadów, ich doświadczenie i możliwość zaoferowania lepszych warunków liniom lotniczym. Nie inaczej będzie zapewne w Trójmieście. Jeśli kiedykolwiek w Gdyni wylądować ma liniowy samolot, będzie to kosztowało ogromne publiczne pieniądze. Bo tylko dopłacając - i to dużo - przewoźnikom Gdynia może realnie myśleć o konkurowaniu z Rębiechowem. Nie oszukujmy się - przepustowość gdańskiego lotniska po rozbudowie starczy na dziesiątki lat. A kwestie pogodowe, o ile rzeczywiście w jakikolwiek sposób różnicują oba porty (przedstawione podczas debaty dane na temat mgły sugerują, że jeśli nawet, to na korzyść Rębiechowa), nie mają dla linii lotniczych żadnego znaczenia.
Prezydent Wojciech Szczurek precyzyjne plany przedstawił wczoraj. Przyznał wprost, że gdyńskie lotnisko stanie się prędzej czy później konkurencją dla Gdańska. I przekonywał, że to nic złego. Miał argumenty. Gdynia bardzo sprytnie rozgrywa sprawę swojego lotniska od wielu lat - walczy o wpisanie planów jego budowy do wszelkich studiów, planów i koncepcji. Gdy więc Adamowicz pytał "po co" Gdyni lotnisko, Szczurek pokazywał np. strategię rozwoju lotnictwa na Pomorzu przyjętą przez władze województwa. W niej lotnisko w Kosakowie zostało określone jako ważny element systemu transportowego regionu. Zresztą takich "podkładek" Gdynia ma więcej - teraz to także istotne ogniwo w organizacji Euro2012. Tym samym można powiedzieć: to nie Wojciech Szczurek, tylko rząd wyznaczył zadanie uruchomienia funkcji cywilnej w porcie w Kosakowie.
W rzeczywistości odpowiedzi na pytanie, po co Gdyni własne lotnisko ciągle nie mamy. I dlatego wciąż obecna jest obawa, że chodzi raczej o ambicje i lokalny patriotyzm niż wspominany często w debacie "rozwój systemu transportowego".
Ale bez względu na to, jak oceniamy tę kwestię, trzeba sobie zadać inne pytanie: czy lotnisko w Gdyni-Kosakowie wypali? Doświadczenia z innych krajów nie są krzepiące. Choć dziś można odnieść wrażenie, że przerażone Rębiechowo drży przed złowrogim Kosakowem, każdy, kto obserwuje rynek lotniczy w Polsce wie, że dużym lotniskom regionalnym (Kraków, Gdańsk, Katowice) o wiele łatwiej ściąć koszty, ściągnąć nowych przewoźników czy utrzymać u siebie starych. Gdynianie powinni mieć świadomość, że jeśli do konkurencji ostatecznie dojdzie, może ona ich - jako podatników - sporo kosztować, a ostatecznie i tak skończyć się porażką: tak jak na lotnisku w Coventry, które przegrało walkę z większym Birmingham i zarasta krzakami.
W Polsce lotniska które mają problemy - duże straty, konflikty z przewoźnikami, brak nowych połączeń - to te najmniejsze. A start od zera jest znacznie trudniejszy, o czym świadczyć mogą perypetie portów w Olsztynie-Szymanach czy Zielonej Górze, które mimo infrastruktury od lat nie są w stanie ściągnąć nawet jednego połączenia. Wszystko przez konkurencję większych sąsiadów, ich doświadczenie i możliwość zaoferowania lepszych warunków liniom lotniczym. Nie inaczej będzie zapewne w Trójmieście. Jeśli kiedykolwiek w Gdyni wylądować ma liniowy samolot, będzie to kosztowało ogromne publiczne pieniądze. Bo tylko dopłacając - i to dużo - przewoźnikom Gdynia może realnie myśleć o konkurowaniu z Rębiechowem. Nie oszukujmy się - przepustowość gdańskiego lotniska po rozbudowie starczy na dziesiątki lat. A kwestie pogodowe, o ile rzeczywiście w jakikolwiek sposób różnicują oba porty (przedstawione podczas debaty dane na temat mgły sugerują, że jeśli nawet, to na korzyść Rębiechowa), nie mają dla linii lotniczych żadnego znaczenia.
- 26 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
Kto zyska, a kto straci na dwóch lotniskach
zwykly_troll
12.03.10, 00:39
sądząc po brzmieniu artykułu, pan Michał Tusk bardzo by stracił na lotnisku wgdyni. tylko co by stracił, to już za bardzo nie wiem? to jest chyba tak, jakz tym psem ogrodnika: moje lotnisko »
Najczęściej czytane24 htydzień


odtwórz

