Rodzić można się nauczyć. Gdzie? W szkole
23.08.2011
aktualizacja: 2011-08-23 19:22
Położne na sali porodowej od razu rozpoznają, która kobieta jest po szkole rodzenia, a która nie - mówi Anna Bartkowska, właścicielka sześciu szkół rodzenia "Super mama' w Gdańsku, Gdyni, Pruszczu i Wejherowie, która wczoraj była gościem Euroredakcji "Gazety"
W "Gazecie" wróciliśmy ostatnio do akcji "Rodzić po ludzku". Wiele się w ciągu ostatnich lat zmieniło, przede wszystkim mamy ministerialny standard porodu fizjologicznego, który postulaty naszej akcji zebrał w akt prawny. Czy szpitale za nim nadążą?
Anna Bartkowska: W ministerialnym standardzie kobieta ma prawo rodzić w pozycji, w jakiej jej wygodnie. Szkoły uczą przyjmowania różnych pozycji w pierwszej fazie porodu: chodzenia, kucania, pozycji kolankowo-łokciowej, wszystkich oprócz leżenia, bo ta jest najmniej fizjologiczna. Wiem, że do tego w szpitalach są warunki. Niestety, tego, czego uczymy w drugiej fazie, czyli już podczas akcji porodowej, kobiety nie za bardzo mogą wykorzystać, bo szpitale nie są na to gotowe. Sala porodowa to najczęściej łóżko i poród na leżąco. Szpital ani personel nie są przygotowany na przyjmowanie porodu na stojąco, na klęczkach, na materacach.
Kto przychodzi do szkół rodzenia?
- W 90 proc. to kobiety z wyższym wykształceniem, które i tak mnóstwo wiedzą o ciąży i porodzie, a u nas właściwie chcą tę wiedzę uporządkować. Zwykle przychodzą z partnerami, którzy aktywnie uczestniczą w zajęciach. Dużo pytają o rzeczy konkretne: jak wygląda trakt porodowy, co trzeba wziąć ze sobą do szpitala, o nowości w pielęgnacji noworodka itp.
Co zyskują kobiety po szkole rodzenia?
- Przede wszystkim spokój i wyciszenie. Cały przekaz sąsiadek, cioć, mam, znajomych o bólu i cierpieniu znika, bo kobieta zdobywa rzetelną wiedzę, jak przebiega poród, jak się zachowywać podczas poszczególnych faz, jak pielęgnować dziecko. U nas zyskuje pewność, że owszem - poród to duży, nieraz ogromny wysiłek, ale też po prostu zadanie do wykonania. Nie musi to być zaraz potworny ból. Zdobywają też praktyczne umiejętności, np. różnych sposobów oddychania, relaksacji podczas porodu. To jest szkoła, do której naprawdę warto pójść, położne mówią, że na sali porodowej od razu widać, która z pań była w szkole rodzenia, która nie. Tylko że wtedy już za późno na naukę.
Jakie doświadczenia trzeba mieć, żeby dobrze prowadzić szkołę rodzenia?
- Czasem ktoś mi mówi: "jak ty, nie będąc położną, możesz prowadzić szkoły rodzenia". A ja uważam, że to jest właśnie mój atut, mam wrażliwość zwykłej kobiety. Jak przysłuchiwałam się wykładom położnych w moich szkołach rodzenia, nie mogłam zaakceptować pewnych sformułowań, np. "wyżynanie się główki". Wiem, że to medyczny język, ale co to za stwierdzenie? Albo mówienie ciężarnym o bólach partych, że to jest tak "jakby robić kupę". Dla mnie to nie do przyjęcia. Te wyrażenia raziły mnie jako kobietę i matkę, pewnie jako położna nie zwróciłabym na nie uwagi. Porozmawiałam z paniami w moich szkołach, one są bardzo otwarte, chętne do zmian, zgodziły się ze mną, dziś mówią inaczej.
Anna Bartkowska: W ministerialnym standardzie kobieta ma prawo rodzić w pozycji, w jakiej jej wygodnie. Szkoły uczą przyjmowania różnych pozycji w pierwszej fazie porodu: chodzenia, kucania, pozycji kolankowo-łokciowej, wszystkich oprócz leżenia, bo ta jest najmniej fizjologiczna. Wiem, że do tego w szpitalach są warunki. Niestety, tego, czego uczymy w drugiej fazie, czyli już podczas akcji porodowej, kobiety nie za bardzo mogą wykorzystać, bo szpitale nie są na to gotowe. Sala porodowa to najczęściej łóżko i poród na leżąco. Szpital ani personel nie są przygotowany na przyjmowanie porodu na stojąco, na klęczkach, na materacach.
Kto przychodzi do szkół rodzenia?
- W 90 proc. to kobiety z wyższym wykształceniem, które i tak mnóstwo wiedzą o ciąży i porodzie, a u nas właściwie chcą tę wiedzę uporządkować. Zwykle przychodzą z partnerami, którzy aktywnie uczestniczą w zajęciach. Dużo pytają o rzeczy konkretne: jak wygląda trakt porodowy, co trzeba wziąć ze sobą do szpitala, o nowości w pielęgnacji noworodka itp.
Co zyskują kobiety po szkole rodzenia?
- Przede wszystkim spokój i wyciszenie. Cały przekaz sąsiadek, cioć, mam, znajomych o bólu i cierpieniu znika, bo kobieta zdobywa rzetelną wiedzę, jak przebiega poród, jak się zachowywać podczas poszczególnych faz, jak pielęgnować dziecko. U nas zyskuje pewność, że owszem - poród to duży, nieraz ogromny wysiłek, ale też po prostu zadanie do wykonania. Nie musi to być zaraz potworny ból. Zdobywają też praktyczne umiejętności, np. różnych sposobów oddychania, relaksacji podczas porodu. To jest szkoła, do której naprawdę warto pójść, położne mówią, że na sali porodowej od razu widać, która z pań była w szkole rodzenia, która nie. Tylko że wtedy już za późno na naukę.
Jakie doświadczenia trzeba mieć, żeby dobrze prowadzić szkołę rodzenia?
- Czasem ktoś mi mówi: "jak ty, nie będąc położną, możesz prowadzić szkoły rodzenia". A ja uważam, że to jest właśnie mój atut, mam wrażliwość zwykłej kobiety. Jak przysłuchiwałam się wykładom położnych w moich szkołach rodzenia, nie mogłam zaakceptować pewnych sformułowań, np. "wyżynanie się główki". Wiem, że to medyczny język, ale co to za stwierdzenie? Albo mówienie ciężarnym o bólach partych, że to jest tak "jakby robić kupę". Dla mnie to nie do przyjęcia. Te wyrażenia raziły mnie jako kobietę i matkę, pewnie jako położna nie zwróciłabym na nie uwagi. Porozmawiałam z paniami w moich szkołach, one są bardzo otwarte, chętne do zmian, zgodziły się ze mną, dziś mówią inaczej.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






