Daszczyński: Sztuczki motyla

Roman Daszczyński
2009-12-09 aktualizacja: 2009-12-09 19:05
A A A Drukuj
Roman Daszczyński Fot. Renata Dąbrowska / AG
Jako zmarzlak bardzo lubię cieplejsze listopady i grudnie. Chyba dlatego ostrożnie podchodzę do katastroficznych wizji niektórych klimatologów, a na globalny wzrost temperatur patrzę z sympatią. Z dawnych lat pamiętam, że już 1 listopada na cmentarze nikt nie chodził bez ciepłych gaci, czapek i rękawiczek. To podobno nie pierwsze takie ocieplenie w dziejach, i być może nie ostatnie.
SERWISY
Gdy na początku VIII w. gwałtownie zaczęły topnieć śniegi po drugiej stronie Bałtyku, w świecie zrobiło się głośno o wojownikach z dzisiejszej Skandynawii - Normanach, wikingach, Waregach (jak zwał, tak zwał). Dali się we znaki również ziemiom, na których dziś mieszkamy. Temperatury były wówczas nawet wyższe niż obecnie - i nie tylko dlatego, że z dymem poszła niejedna osada. Najazdy wikingów trwały 500 lat, a lekcja dla nas jest taka, że ocieplenia klimatycznego lepiej nie lekceważyć.

Ze zjawiskami klimatycznymi w ogóle jest skomplikowana sprawa. Zapewne wikingowie nie zastanawiali się, nad skutkami rozpalania ognisk. Trzeba było dopiero naukowców, by dobrze przemyśleć to i owo.

Jakiś czas temu popularność zdobyła teoria efektu motyla - niby że bielinek kapustnik może swoimi skrzydłami spowodować wir powietrza, który na drugim końcu globu urośnie do rozmiarów huraganu, trąby powietrznej i czegoś tam jeszcze. (Aż strach pomyśleć, jakie skutki wywołać musi turniej siatkówki plażowej.)

Potem doszło do paniki z powodu dziury ozonowej. Rozwój technik badawczych pozwolił na wykrycie istnienia takiego zjawiska na nieboskłonie. Podniósł się krzyk, że dobroczynną warstwę ozonu niszczą gazy przemysłowe i jeśli czegoś z tym ludzkość nie zrobi - wkrótce pozabija nas promieniowanie kosmiczne. Ludzkość nic z tym nie zrobiła, a i ludzie nie zaczęli padać jak muchy. Naukowcy uważają dziś, że dziura ozonowa jest prawdopodobnie zjawiskiem naturalnym. Była zapewne i w czasach wikingów, tylko że oni nie mieli o niej pojęcia - dlatego się nie bali.

Naukowcy dostarczają coraz to nowych powodów do niepokoju. Rok temu badacze z Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie poinformowali, że w perspektywie 10 lat grozi nam śnieg leżący na polach w środku lata i zamarznięty Bałtyk. Nie, to nie żarty - zapewnili - lecz potwierdzenie jednej z hipotez, którą uzasadniają wyniki wieloletnich badań. Wystarczy, że dojdzie do "wyłączenia" Golfsztromu - ciepłego morskiego Prądu Północnoatlantyckiego. To dzięki niemu temperatury u nas są wyższe średnio o 10 st. C. "Wyłączenie" Golfsztromu wchodzi w grę jako skutek uboczny globalnego ocieplenia. Naukowców z Sopotu trudno lekceważyć - badania prowadzą w ramach międzynarodowego projektu o sugestywnej nazwie "Damokles".

Postępujące ocieplenie klimatu jest faktem, z którym trudno dyskutować.

To, że ludzkość musi chronić przyrodę - też nie podlega dyskusji, bo przecież wszyscy chcemy żyć w zdrowiu.

Nikt nie potrafi jednak odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy ocieplenie klimatu miałoby miejsce, gdyby na ziemi nie istniał przemysł? Czasy wikingów każą wstrzymać się od zbyt łatwych wniosków.

A jednak w mediach niczym pewnik króluje hipoteza, że zmiany są spowodowane nadmiernym wydzielaniem do atmosfery dwutlenku węgla. To tylko hipoteza, ale dziwnie łatwo przyjęta przez część polityków i klimatologów. Jedni i drudzy zauważyli, że mogą z niej czerpać władzę i pieniądze. Hipotezy będą coraz bardziej przerażające, badania jeszcze kosztowniejsze, a opinia publiczna będzie miała czym się przejmować.

Właśnie w Kopenhadze odbywa się całotygodniowy "szczyt klimatyczny" ONZ. Zjechało tam 15 tys. polityków, urzędników i naukowców z całego świata. Stare przysłowie mówi: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Czy naprawdę ktoś wierzy, że 15 tys. ludzi może dojść do czegoś sensownego?

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów