Daszczyński: Nie wychodźmy przed orkiestrę państw Europy
2009-12-02
aktualizacja: 2009-12-02 23:31
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja
Senator Dorota Arciszewska nie pogniewa się - mam nadzieję - o to, że przytoczę jej wypowiedź, choć padła w prywatnej rozmowie. Kilka tygodni temu wyszliśmy ze studia TVP Gdańsk i rozmawialiśmy w gronie kilku osób. Zapytałem, skąd się bierze nadgorliwość polskich polityków wobec USA. - Sama tego nie rozumiem - odpowiedziała pani senator
ZOBACZ TAKŻE
- Prokurator w TVP. Dlaczego wyciekły setki tys. zł? (03-02-10, 09:53)
- Górlikowski: Cud w Kamienicy Szlacheckiej (14-12-09, 20:38)
- Daszczyński: Sztuczki motyla (09-12-09, 19:05)
- Zdaniem Górlikowskiego: Dwa miasta, dwa państwa (07-12-09, 19:55)
- Sterlingow: Teraz, K... My! (01-12-09, 18:40)
- Górlikowski: Mikael Blomkvist była kobietą (30-11-09, 19:00)
- Wąs: Centrum Gdańska potrzebuje życia, nie prestiżu! (29-11-09, 20:36)
- Daszczyński: Dopaść małego (25-11-09, 19:27)
- Sterlingow: Przetarg na winiarnię znanego aktora (24-11-09, 20:26)
- Zdaniem Górlikowskiego: Wino Kondrata uderzyło do głowy (23-11-09, 22:57)
- Wąs: Legendzie Arki odebrało rozum (22-11-09, 15:10)
- Daszczyński: Polska krew (18-11-09, 20:37)
- Felietony
SERWISY
Arciszewska dobrze wie, że Amerykanie traktują Polaków jak naród drugiej albo trzeciej kategorii. Jej siostrze odmówiono jakiś czas temu wizy do USA - za karę, że przed laty korzystając z wizy turystycznej miała czelność w Stanach studiować. A teraz czas na najsmutniejszą część wypowiedzi pani senator: gdy chciała zbierać wśród parlamentarzystów RP podpisy pod protestem przeciwko utrzymywaniu obowiązku wizowego przez administrację USA - nie znalazła chętnych. - Dlaczego nie? - dopytywała senator Arciszewska. Odpowiadali w duchu swoiście pojętej realpolitik: - Eee, bo to i tak nic nie da. Potem będę chciał/chciała lecieć do Stanów i jeszcze nie dadzą mi wizy.
Nie wiem, co jest większym problemem: bezczelność i samozadowolenie Amerykanów czy lokajska mentalność polskiej tzw. klasy politycznej. Ten teatr trwa już 20 lat. Wszystko jedno, czy chodzi o postkomunistów, czy o tzw. twardych patriotów spod znaku "S". Przypomnijmy słynną trzyminutową audiencję premiera Jarosława Kaczyńskiego u prezydenta George`a W. Busha, po której premier Rzeczypospolitej przez siedem minut opowiadał dziennikarzom, jak fajnie jest chwytać się klamek w Białym Domu. Kaczyński i tak miał szczęście, bo gdy ostatnio Radek Sikorski - szef polskiego MSZ - poleciał spotkać się z Hillary Clinton, klamkę mógł tylko pocałować. Dlatego nie zdziwiłem się, gdy do premiera Tuska zadzwonił prezydent Obama i poprosił, czy raczej zasugerował, że Polska powinna zwiększyć swój wojskowy kontyngent w Afganistanie - i od razu usłyszał bezwarunkowe "tak". Co więcej, mamy tam wysłać 600 żołnierzy, gdy tymczasem Brytyjczycy - dużo bogatsi i bliżsi Amerykanom - deklarują 500. W gorliwości przebija nas tylko Gruzja.
Przecież to abecadło dyplomacji: nie dawać zbyt szybko i zbyt łatwo. Nie lepiej było powiedzieć Obamie: potrzebujemy czasu do namysłu i konsultacji z innymi członkami NATO? Amerykańskie elity są przyzwyczajone do twardego handlu - nie docenią tego, co otrzymują półdarmo. Donald Tusk argumentuje, że jeśli Polska ma w przyszłości liczyć na solidarność innych państw, to "musi w chwilach próby zachować się odpowiednio". Jego zdaniem, wysyłając do Afganistanu dodatkowych żołnierzy, inwestujemy w przyszłość Polski. To są ogólniki, które nic nie znaczą i nie powinny padać z ust premiera 38-milionowego państwa w Europie. Wojna w Afganistanie nie jest naszą wojną. Amerykańskie plany wojskowe nie są naszymi planami. Nie wiemy, co jest realną potrzebą w tej wojnie, a co tylko lobbingiem amerykańskich koncernów zbrojeniowych, które przecież muszą zarabiać, żeby się rozwijać. Elementarnym obowiązkiem naszych przywódców w stosunku do polityki USA jest powściągliwość i niewychodzenie przed orkiestrę państw Europy. Gorliwość premiera Tuska ma skutki finansowe, które uderzą w polskiego podatnika. Jest i ważniejszy argument. W końcu żołnierze, których mielibyśmy tam wysłać, to nasi bracia, kuzyni, znajomi. Narażać ich na ryzyko, które nie jest konieczne - po prostu się nie godzi.
Nie wiem, co jest większym problemem: bezczelność i samozadowolenie Amerykanów czy lokajska mentalność polskiej tzw. klasy politycznej. Ten teatr trwa już 20 lat. Wszystko jedno, czy chodzi o postkomunistów, czy o tzw. twardych patriotów spod znaku "S". Przypomnijmy słynną trzyminutową audiencję premiera Jarosława Kaczyńskiego u prezydenta George`a W. Busha, po której premier Rzeczypospolitej przez siedem minut opowiadał dziennikarzom, jak fajnie jest chwytać się klamek w Białym Domu. Kaczyński i tak miał szczęście, bo gdy ostatnio Radek Sikorski - szef polskiego MSZ - poleciał spotkać się z Hillary Clinton, klamkę mógł tylko pocałować. Dlatego nie zdziwiłem się, gdy do premiera Tuska zadzwonił prezydent Obama i poprosił, czy raczej zasugerował, że Polska powinna zwiększyć swój wojskowy kontyngent w Afganistanie - i od razu usłyszał bezwarunkowe "tak". Co więcej, mamy tam wysłać 600 żołnierzy, gdy tymczasem Brytyjczycy - dużo bogatsi i bliżsi Amerykanom - deklarują 500. W gorliwości przebija nas tylko Gruzja.
Przecież to abecadło dyplomacji: nie dawać zbyt szybko i zbyt łatwo. Nie lepiej było powiedzieć Obamie: potrzebujemy czasu do namysłu i konsultacji z innymi członkami NATO? Amerykańskie elity są przyzwyczajone do twardego handlu - nie docenią tego, co otrzymują półdarmo. Donald Tusk argumentuje, że jeśli Polska ma w przyszłości liczyć na solidarność innych państw, to "musi w chwilach próby zachować się odpowiednio". Jego zdaniem, wysyłając do Afganistanu dodatkowych żołnierzy, inwestujemy w przyszłość Polski. To są ogólniki, które nic nie znaczą i nie powinny padać z ust premiera 38-milionowego państwa w Europie. Wojna w Afganistanie nie jest naszą wojną. Amerykańskie plany wojskowe nie są naszymi planami. Nie wiemy, co jest realną potrzebą w tej wojnie, a co tylko lobbingiem amerykańskich koncernów zbrojeniowych, które przecież muszą zarabiać, żeby się rozwijać. Elementarnym obowiązkiem naszych przywódców w stosunku do polityki USA jest powściągliwość i niewychodzenie przed orkiestrę państw Europy. Gorliwość premiera Tuska ma skutki finansowe, które uderzą w polskiego podatnika. Jest i ważniejszy argument. W końcu żołnierze, których mielibyśmy tam wysłać, to nasi bracia, kuzyni, znajomi. Narażać ich na ryzyko, które nie jest konieczne - po prostu się nie godzi.
- 24 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
15 głosów
-
Daszczyński: Nie wychodźmy przed orkiestrę pańs...
jagrudz
03.12.09, 09:01
Czy tu coś nie jest z okresu rozbiorów Polski ,politycy opamiętajcie się.»
-
Dlaczego tak jest ? ano dlatego że w Polsce
danpolbroker
03.12.09, 09:27
zdominowanej przez pseudo żydowskie ugrupowania diaspory brooklińskiej, działa swoiste lobby żydowskie mające na celu przyzwyczajenie reszty prawdziwych Polaków do miłości w stosunku do »
-
Deklaracja
stefan4
03.12.09, 09:29
Uroczyście deklaruję, że odtąd żaden członek partii, która zwiększy zaangażowanie Polski w okupację Afganistanu, nie może liczyć na głos mój ani osób, na które uda mi się wywrzeć wpływ * w »
Najczęściej czytane24 htydzień




