Sprawa Wyspy Spichrzów: jawność to podstawa
15.02.2012
aktualizacja: 2012-02-15 16:16
Gdańscy urzędnicy nie chcą zrozumieć, że demokracja wymaga jawności, a dostęp do informacji jest fundamentem wolności - pisze Katarzyna Włodkowska, dziennikarka Gazety Wyborczej Trójmiasto
ZOBACZ TAKŻE
- Wyspa Spichrzów jak wysypisko. Przeproście i posprzątajcie (02-03-12, 07:00)
- Gdańsk ogłasza nowy przetarg na Wyspę Spichrzów (29-02-12, 12:18)
- Wyspa Spichrzów. Propozycja Hossy została odrzucona (28-02-12, 13:27)
- Zdaniem Górlikowskiego: Show Słodkowskiego (14-02-12, 15:22)
- Radny idzie z miastem do sądu, bo nie ujawniło umowy (14-02-12, 06:00)
- Radny Wiesław Kamiński: Pokażcie umowę z Polnordem (24-01-12, 06:00)
- Wyspa Spichrzów. Hossa ma trzy tygodnie na decyzję (19-01-12, 07:00)
- Mieszkańcy Wyspy czekają na zdrową wodę (14-01-12, 11:25)
- Most na Wyspie Sobieszewską będzie wciąż pontonowy (14-12-11, 21:42)
- Jakiś pomnik między KFC a MC Donaldem (02-12-11, 12:00)
- Wyspa Spichrzów. Po kawałku, ale budować (22-11-11, 08:00)
- Piotr Grzelak do Gazety: Wnioski z Wyspy (18-11-11, 20:55)
- Bielawski o Wyspie Spichrzów: Kajak to nie lotniskowiec (17-11-11, 09:28)
- Ruiny Wyspy Spichrzów jeszcze postraszą. I to przez lata (16-11-11, 08:00)
- Co łączy Wyspę Spichrzów i Lechię Gdańsk? Porażki (06-11-11, 21:30)
- Prezes Polnordu: Nie podpisujemy umowy inwestycyjnej (04-11-11, 19:04)
- Gdańsk: Polnord chce Wyspę Spichrzów za pół darmo (04-11-11, 13:22)
RAPORTY
Artykuł 61 Konstytucji RP mówi: "Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne (...). Prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów (...)". Chodzi o to, by każdy obywatel miał pełną wiedzę o działaniach rządzących i instytucji dysponujących publicznymi pieniędzmi. Prawo do tych informacji ma zaś zasadnicze znaczenie we współczesnym państwie demokratycznym, którego jedną z cech jest silne, zorganizowane i świadome swoich praw społeczeństwo obywatelskie.
Doskonale to rozumie, jak zapewnia, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz (PO), który za cel trwającej kadencji uczynił rozbudowę świadomości obywatelskiej. Dlatego w swoim programie wyborczym napisał: "Opinia publiczna powinna stale być informowana o celach, metodach i kosztach realizowanych zmian, projektów czy inwestycji. Powinna też współuczestniczyć w ważnej debacie o przyszłości miasta. Racjonalnych i mądrych opinii możemy bowiem oczekiwać tylko od obywateli poinformowanych, świadomych i współodpowiedzialnych."
To jednak, jak okazuje się w praktyce, oznacza najwyraźniej dostęp tylko do przygotowanych przez PR-owców materiałów, bo gdańscy urzędnicy dają mediom oraz zwykłym obywatelom regularnie do zrozumienia: prawo jest po to, by chronić nas przed waszym wścibstwem, bo tylko wtedy bez przeszkód - czyli kontroli - możemy podejmować decyzje. Dlatego też zarówno "Gazeta", czyli tak naprawdę opinia publiczna, a nawet miejski radny nie ma prawa - według urzędu - zobaczyć umowy podpisanej przez miasto ze spółką Polnord. Tą, która zagrała gminie na nosie, zwodząc przez dwa lata chęcią zabudowy Wyspy Spichrzów. Dziś wiemy, że działania dewelopera już dawno zmierzały do niepodjęcia ostatecznej współpracy, a symptomy urzędnicy musieli dostrzegać znacznie wcześniej - bo niezwykle tajemnicza umowa wymuszała spełnienie 10 warunków. Ale z żadnego z nich spółka się nie wywiązała.
Gdańscy urzędnicy zapewniają, że nie udostępniając umowy, pragną chronić tajemnicę przedsiębiorcy. Muszą wiedzieć, bo w końcu w jakimś celu opłacamy im armię urzędowych radców prawnych, że ta argumentacja jest kulawa, a obowiązki obu stron żadną tajemnicą być nie mogą. I nieważne, że w ten sposób burzą konstytucyjną zasadę transparentności działań władzy publicznej. Prawda jest znacznie smutniejsza - gdańscy urzędnicy nie rozumieją, że demokracja wymaga jawności, przejrzystość wpływa na zapobieganie patologiom życia publicznego, a dostęp do informacji jest fundamentem wolności. Nie mam śmiałości dowodzić, że celem zatajania jawnych informacji jest coś innego niż brak zrozumienia.
O tym, że polskie urzędy i samorządy niechętnie dzielą się informacją publiczną, wiemy od dawna. Na szczęście rośnie świadomość obywateli, a co za tym idzie, ich dociekliwość. Dowodem są liczby - w ciągu ostatnich czterech lat znacząco wzrosła liczba skarg wpływających do sądów administracyjnych na bezczynność urzędników, ignorujących wnioski o udostępnienie informacji publicznej. O ile jeszcze w 2007 r. odnotowano 183 takie skargi, to w 2010 r. - już 512.
Wzrosła też liczba osób i organizacji skarżących się do sądów na odmowę udzielenia dostępu do informacji - w 2007 r. złożono 118 takich skarg, w 2010 r. - 214.
To jednak nie jest powód do dumy, bo w międzynarodowym badaniu regulacji dotyczących prawa do informacji (Acces Info Europe i Center for Law and Democracy) Polska wypadła najsłabiej ze wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Fatalnie oceniono brak realnych sankcji za nieudostępnianie informacji czy zbyt szeroki zakres ograniczeń tego prawa, który teraz próbuje wykorzystać gdański magistrat - i to w czasach, gdy sądy administracyjne za informację publiczną uznają nawet urzędową korespondencję w publicznej sprawie.
To przykre, że miasto, które tak lubi przypominać o Solidarności, w ten sposób rozumie konstytucyjną zasadę jawności życia publicznego i transparentności działań władzy. Sprawa trafi do sądu, a ostatecznie o umowie - i co najistotniejsze - o wyroku dowie się cała Polska, a dzięki magii internetu zapewne nie tylko. Jaki to ma sens?
Doskonale to rozumie, jak zapewnia, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz (PO), który za cel trwającej kadencji uczynił rozbudowę świadomości obywatelskiej. Dlatego w swoim programie wyborczym napisał: "Opinia publiczna powinna stale być informowana o celach, metodach i kosztach realizowanych zmian, projektów czy inwestycji. Powinna też współuczestniczyć w ważnej debacie o przyszłości miasta. Racjonalnych i mądrych opinii możemy bowiem oczekiwać tylko od obywateli poinformowanych, świadomych i współodpowiedzialnych."
To jednak, jak okazuje się w praktyce, oznacza najwyraźniej dostęp tylko do przygotowanych przez PR-owców materiałów, bo gdańscy urzędnicy dają mediom oraz zwykłym obywatelom regularnie do zrozumienia: prawo jest po to, by chronić nas przed waszym wścibstwem, bo tylko wtedy bez przeszkód - czyli kontroli - możemy podejmować decyzje. Dlatego też zarówno "Gazeta", czyli tak naprawdę opinia publiczna, a nawet miejski radny nie ma prawa - według urzędu - zobaczyć umowy podpisanej przez miasto ze spółką Polnord. Tą, która zagrała gminie na nosie, zwodząc przez dwa lata chęcią zabudowy Wyspy Spichrzów. Dziś wiemy, że działania dewelopera już dawno zmierzały do niepodjęcia ostatecznej współpracy, a symptomy urzędnicy musieli dostrzegać znacznie wcześniej - bo niezwykle tajemnicza umowa wymuszała spełnienie 10 warunków. Ale z żadnego z nich spółka się nie wywiązała.
Gdańscy urzędnicy zapewniają, że nie udostępniając umowy, pragną chronić tajemnicę przedsiębiorcy. Muszą wiedzieć, bo w końcu w jakimś celu opłacamy im armię urzędowych radców prawnych, że ta argumentacja jest kulawa, a obowiązki obu stron żadną tajemnicą być nie mogą. I nieważne, że w ten sposób burzą konstytucyjną zasadę transparentności działań władzy publicznej. Prawda jest znacznie smutniejsza - gdańscy urzędnicy nie rozumieją, że demokracja wymaga jawności, przejrzystość wpływa na zapobieganie patologiom życia publicznego, a dostęp do informacji jest fundamentem wolności. Nie mam śmiałości dowodzić, że celem zatajania jawnych informacji jest coś innego niż brak zrozumienia.
O tym, że polskie urzędy i samorządy niechętnie dzielą się informacją publiczną, wiemy od dawna. Na szczęście rośnie świadomość obywateli, a co za tym idzie, ich dociekliwość. Dowodem są liczby - w ciągu ostatnich czterech lat znacząco wzrosła liczba skarg wpływających do sądów administracyjnych na bezczynność urzędników, ignorujących wnioski o udostępnienie informacji publicznej. O ile jeszcze w 2007 r. odnotowano 183 takie skargi, to w 2010 r. - już 512.
Wzrosła też liczba osób i organizacji skarżących się do sądów na odmowę udzielenia dostępu do informacji - w 2007 r. złożono 118 takich skarg, w 2010 r. - 214.
To jednak nie jest powód do dumy, bo w międzynarodowym badaniu regulacji dotyczących prawa do informacji (Acces Info Europe i Center for Law and Democracy) Polska wypadła najsłabiej ze wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Fatalnie oceniono brak realnych sankcji za nieudostępnianie informacji czy zbyt szeroki zakres ograniczeń tego prawa, który teraz próbuje wykorzystać gdański magistrat - i to w czasach, gdy sądy administracyjne za informację publiczną uznają nawet urzędową korespondencję w publicznej sprawie.
To przykre, że miasto, które tak lubi przypominać o Solidarności, w ten sposób rozumie konstytucyjną zasadę jawności życia publicznego i transparentności działań władzy. Sprawa trafi do sądu, a ostatecznie o umowie - i co najistotniejsze - o wyroku dowie się cała Polska, a dzięki magii internetu zapewne nie tylko. Jaki to ma sens?
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Sprawa Wyspy Spirzów: jawność to podstawa
jarohu
15.02.12, 16:30
Czy mógłby w tej sprawie zabrać głos prezydent Adamowicz?»
Najczęściej czytane24 htydzień






