Pani Carringtonowa wiedziała, jak namówić na kredyt
02.02.2012
aktualizacja: 2012-02-02 16:04
Za wyciągnięcie z trójmiejskich banków ponad 440 tys. zł odpowie przed sądem ponad 50 osób, w tym prezes ogródków działkowych i jej koleżanka znana jako "pani Carringtonowa". Akt oskarżenia trafił w czwartek do sądu.
Sumy wyłudzonych ponad 300 kredytów były różne - od 6 do 30 tys. zł. Oprócz kilkunastu banków poszkodowane są dwa SKOK-i oraz Polski Związek Działkowców, którego dobre imię zostało narażone na szwank. Główni oskarżeni to 47-letnia Jolanta S. z Sopotu oraz gdańszczanie 43-letnia Stefania C. i 41-letni Jerzy L. - To oni wszystko organizowali i dzielili się pieniędzmi - mówi Cezary Szostak, szef Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Oliwa.
A mechanizm był taki: Stefania C. wyszukiwała osoby tzw. słupy, które zgodziły się wziąć dla niej kredyt na swoje nazwisko. W zamian obiecywała 10 procent kwoty kredytu. Najwięcej osób zwerbowała w popularnym lokalu na Zaspie, gdzie była stałą bywalczynią oraz przed pośredniakiem.
Większość "słupów" to bezrobotni utrzymujący się z prac dorywczych, a także ubodzy emeryci i renciści. O fałszywe zaświadczenia o zatrudnieniu dla nich dbała Jolanta S., prezes jednego z ogródków działkowych na terenie Trójmiasta. - Podpisywała się i stawiała pieczątki na zaświadczeniach, przez co potwierdzała nieprawdę, jakoby osoby ubiegające się o kredyty miały stałą pensję i zdolność kredytową - mówi prokurator.
Do banku ze "słupem" jechała Stefania C. i Jerzy L. (jako jej kierowca i ochroniarz). Po drodze instruowali "słupa", co ma mówić, żeby dobrze wypaść i dostać jak najwyższy kredyt.
Prokurator: - Jeden z oskarżonych opowiadał, że kazali mu zdjąć obrączkę, bo miał skłamać, że jest kawalerem i nie ma dzieci na utrzymaniu. Odebrać pieniądze także jechali w tym samym składzie. Po wyjściu z banku, zwykle w samochodzie, Stefania C. przeliczała pieniądze i wypłacała "słupowi" 10 procent doli. Zapewniała przy tym, że cały kredyt zostanie przez nią spłacony. Twierdziła, że pieniądze potrzebne są na inwestycje na terenie ogródków działkowych.
Z aktu oskarżenia wynika, że w niektórych przypadkach raty faktycznie były spłacane, ale tylko przez kilka pierwszych miesięcy. Zdaniem śledczych, oszustka robiła tak tylko dlatego, żeby wykorzystać wypróbowanego "słupa" do kolejnego wyłudzenia pieniędzy.
Gdy banki wysyłały ponaglenia o zapłacenie zaległych rat, Stefania C. uspokajała i tłumaczyła, że nie płaciła z uwagi na chwilowe kłopoty i szybko wszystko ureguluje. Z czasem przestawała jednak odbierać telefony.
Głównych oskarżonych policja zatrzymała w kwietniu 2010 roku, gdy próbowali dokonać kolejnego wyłudzenia. Nie przyznali się do winy, a odpowiedzialność przerzucają jedni na drugich. Przyznaje się za to większość oskarżonych "słupów". Liczą na złagodzenie kary i wyroki w zawieszeniu.
Prokurator Szostak: - Ponad 40 osób złożyło logiczne wyjaśnienia, które są zbieżne z naszymi ustaleniami. Jak Stefanii C. udało się namówić do przestępstwa tak dużo osób?
- Ta kobieta ma wyjątkowy dar przekonywania i owijania ludzi wokół palca. Z premedytacją to wykorzystuje. Zdarzało się, że ludzie sami się do niej zgłaszali, gdy poszła fama, że z dobroci daje zarobić biednym - mówi śledczy, który pracował przy tej sprawie.
Panią Stefanię nadal ciepło wspominają bywalcy popularnej restauracji na Zaspie, w której działała. - Nazywaliśmy ją "pani Carringtonowa" - mówi jeden z nich. - Zawsze miła i przyjazna. Potrafiła przysiąść się do stolika i postawić drinka nawet nieznajomemu.
Pierwsza rozprawa przed gdańskim sądem powinna odbyć się w połowie tego roku. Wszyscy oskarżeni odpowiedzą z tzw. wolnej stopy, bo prokuratura nie składała wniosków o tymczasowe areszty. Większości wyłudzonych z banków pieniędzy nie udało się jednak odzyskać.
A mechanizm był taki: Stefania C. wyszukiwała osoby tzw. słupy, które zgodziły się wziąć dla niej kredyt na swoje nazwisko. W zamian obiecywała 10 procent kwoty kredytu. Najwięcej osób zwerbowała w popularnym lokalu na Zaspie, gdzie była stałą bywalczynią oraz przed pośredniakiem.
Większość "słupów" to bezrobotni utrzymujący się z prac dorywczych, a także ubodzy emeryci i renciści. O fałszywe zaświadczenia o zatrudnieniu dla nich dbała Jolanta S., prezes jednego z ogródków działkowych na terenie Trójmiasta. - Podpisywała się i stawiała pieczątki na zaświadczeniach, przez co potwierdzała nieprawdę, jakoby osoby ubiegające się o kredyty miały stałą pensję i zdolność kredytową - mówi prokurator.
Do banku ze "słupem" jechała Stefania C. i Jerzy L. (jako jej kierowca i ochroniarz). Po drodze instruowali "słupa", co ma mówić, żeby dobrze wypaść i dostać jak najwyższy kredyt.
Prokurator: - Jeden z oskarżonych opowiadał, że kazali mu zdjąć obrączkę, bo miał skłamać, że jest kawalerem i nie ma dzieci na utrzymaniu. Odebrać pieniądze także jechali w tym samym składzie. Po wyjściu z banku, zwykle w samochodzie, Stefania C. przeliczała pieniądze i wypłacała "słupowi" 10 procent doli. Zapewniała przy tym, że cały kredyt zostanie przez nią spłacony. Twierdziła, że pieniądze potrzebne są na inwestycje na terenie ogródków działkowych.
Z aktu oskarżenia wynika, że w niektórych przypadkach raty faktycznie były spłacane, ale tylko przez kilka pierwszych miesięcy. Zdaniem śledczych, oszustka robiła tak tylko dlatego, żeby wykorzystać wypróbowanego "słupa" do kolejnego wyłudzenia pieniędzy.
Gdy banki wysyłały ponaglenia o zapłacenie zaległych rat, Stefania C. uspokajała i tłumaczyła, że nie płaciła z uwagi na chwilowe kłopoty i szybko wszystko ureguluje. Z czasem przestawała jednak odbierać telefony.
Głównych oskarżonych policja zatrzymała w kwietniu 2010 roku, gdy próbowali dokonać kolejnego wyłudzenia. Nie przyznali się do winy, a odpowiedzialność przerzucają jedni na drugich. Przyznaje się za to większość oskarżonych "słupów". Liczą na złagodzenie kary i wyroki w zawieszeniu.
Prokurator Szostak: - Ponad 40 osób złożyło logiczne wyjaśnienia, które są zbieżne z naszymi ustaleniami. Jak Stefanii C. udało się namówić do przestępstwa tak dużo osób?
- Ta kobieta ma wyjątkowy dar przekonywania i owijania ludzi wokół palca. Z premedytacją to wykorzystuje. Zdarzało się, że ludzie sami się do niej zgłaszali, gdy poszła fama, że z dobroci daje zarobić biednym - mówi śledczy, który pracował przy tej sprawie.
Panią Stefanię nadal ciepło wspominają bywalcy popularnej restauracji na Zaspie, w której działała. - Nazywaliśmy ją "pani Carringtonowa" - mówi jeden z nich. - Zawsze miła i przyjazna. Potrafiła przysiąść się do stolika i postawić drinka nawet nieznajomemu.
Pierwsza rozprawa przed gdańskim sądem powinna odbyć się w połowie tego roku. Wszyscy oskarżeni odpowiedzą z tzw. wolnej stopy, bo prokuratura nie składała wniosków o tymczasowe areszty. Większości wyłudzonych z banków pieniędzy nie udało się jednak odzyskać.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
-
Pani Carringtonowa wiedziała, jak namówić słupa...
kacze_buty
03.02.12, 09:43
skok na SKOK :)»
Najczęściej czytane24 htydzień




