Szefie pali się nasza hala! Musicie ją ratować
28.01.2012
aktualizacja: 2012-01-28 13:19
Gdyby ktoś przepowiedział mu tak: "za kilkanaście godzin będziesz w Gdańsku i popłaczesz się przed tłumem swoich pracowników" - Francis Lapp musiałby go uznać za skończonego durnia
Czwartkowy wieczór, 19 stycznia, elegancki hotel w Stambule. Szykuje się kolejny biznesowy sukces. Bardzo zamożny turecki klient chce mieć nowiutki, duży i komfortowy jacht. Za oknami - widok na cieśninę Bosfor i azjatycką część miasta. Siedzą godzinami przy stole, oglądają zdjęcia i plany jachtów. Na dworze już ciemno.
Dzwoni komórka Francisa. Wyświetla się numer pracownika stoczni. Niedobrze, nieprofesjonalnie. Przecież wiedzą, że nie wolno dzwonić w czasie negocjacji - jak tu odebrać, skoro klient może poczuć się zlekceważony?
Po chwili komórka dzwoni drugi raz. Francis wie już, że dzieje się coś wyjątkowego. Przeprasza, bierze telefon.
- Szefie, pali się nasza hala.
- Musicie ją uratować.
- No właśnie, nie bardzo dajemy radę. Jest strasznie.
Pożar trwa od dwudziestu minut. Strażacy leją fontanny wody, ale płomienie są już takie, że niewiele da się zrobić. Łunę widać z centrum Gdańska. Ze względów bezpieczeństwa zablokowany zostaje ruch tramwajów przy stoczni.
Paweł - specjalista od sprzedaży, który jest w Stambule z Francisem - błyskawicznie dostaje na komórkę MMS-y ze zdjęciami płonącej hali.
- Szef chce to obejrzeć?
- Nie. Zobaczę na miejscu.
Przebukowują bilety. Przed trzynastą lądują na Rębiechowie. Szybka jazda do stoczni. Francis widzi zgliszcza i stojącą obok gromadę pięćdziesięciu swoich pracowników. Czekają na niego ze łzami w oczach.
- Szefie, i co teraz będzie?
Francis czuje, że właśnie po policzku płynie mu łza.
Jeden zdążył wypłynąć
Policja, prokuratura. Tłum dziennikarzy. Chcą wiedzieć, co się stało.
W firmie też by chcieli. To była potężna budowla, 150 na 40 metrów. Siedemnaście lat wcześniej tuż obok, podczas koncertu, spłonęła hala widowiskowa Stoczni Gdańskiej. Było siedem ofiar śmiertelnych, trzystu rannych. Od strony ulicy zostało tylko hasło: "Życie, choć piękne, tak kruche jest".
Teraz przynajmniej nikomu nic się nie stało. Dwudziestu pracowników uciekło, gdy zrobiło się groźnie. Z hali zostało rumowisko z poskręcanymi od temperatury stalowymi elementami konstrukcji dachu.
Straty? Już same elementy pięciu jachtów w różnych fazach budowy i sprzęt do produkcji to dwa, może trzy miliony euro.
Szczęście, że tydzień wcześniej udało się dokończyć duży jacht dla klienta z USA. Gość przyjechał do Gdańska, próbny rejs po Bałtyku bardzo mu się podobał. Gdyby ten jacht, prawie gotowy, spłonął w hali - firma leżałaby na łopatkach.
No więc, co się stało?
Dzwoni komórka Francisa. Wyświetla się numer pracownika stoczni. Niedobrze, nieprofesjonalnie. Przecież wiedzą, że nie wolno dzwonić w czasie negocjacji - jak tu odebrać, skoro klient może poczuć się zlekceważony?
Po chwili komórka dzwoni drugi raz. Francis wie już, że dzieje się coś wyjątkowego. Przeprasza, bierze telefon.
- Szefie, pali się nasza hala.
- Musicie ją uratować.
- No właśnie, nie bardzo dajemy radę. Jest strasznie.
Pożar trwa od dwudziestu minut. Strażacy leją fontanny wody, ale płomienie są już takie, że niewiele da się zrobić. Łunę widać z centrum Gdańska. Ze względów bezpieczeństwa zablokowany zostaje ruch tramwajów przy stoczni.
Paweł - specjalista od sprzedaży, który jest w Stambule z Francisem - błyskawicznie dostaje na komórkę MMS-y ze zdjęciami płonącej hali.
- Szef chce to obejrzeć?
- Nie. Zobaczę na miejscu.
Przebukowują bilety. Przed trzynastą lądują na Rębiechowie. Szybka jazda do stoczni. Francis widzi zgliszcza i stojącą obok gromadę pięćdziesięciu swoich pracowników. Czekają na niego ze łzami w oczach.
- Szefie, i co teraz będzie?
Francis czuje, że właśnie po policzku płynie mu łza.
Jeden zdążył wypłynąć
Policja, prokuratura. Tłum dziennikarzy. Chcą wiedzieć, co się stało.
W firmie też by chcieli. To była potężna budowla, 150 na 40 metrów. Siedemnaście lat wcześniej tuż obok, podczas koncertu, spłonęła hala widowiskowa Stoczni Gdańskiej. Było siedem ofiar śmiertelnych, trzystu rannych. Od strony ulicy zostało tylko hasło: "Życie, choć piękne, tak kruche jest".
Teraz przynajmniej nikomu nic się nie stało. Dwudziestu pracowników uciekło, gdy zrobiło się groźnie. Z hali zostało rumowisko z poskręcanymi od temperatury stalowymi elementami konstrukcji dachu.
Straty? Już same elementy pięciu jachtów w różnych fazach budowy i sprzęt do produkcji to dwa, może trzy miliony euro.
Szczęście, że tydzień wcześniej udało się dokończyć duży jacht dla klienta z USA. Gość przyjechał do Gdańska, próbny rejs po Bałtyku bardzo mu się podobał. Gdyby ten jacht, prawie gotowy, spłonął w hali - firma leżałaby na łopatkach.
No więc, co się stało?
- 16 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Szefie pali się nasza hala! Musicie ją ratować
liberpal
29.01.12, 07:59
We Francji nikt by mu pewnie nie dopuścił tej hali do użytku, ludziom musiałby więcej płacić, przestrzegać przepisów, ale wtedy nie byłoby pewnie jego firmy i białego mercedesa. Ale takie są»
-
Chiny Europy utrzymać za wszelką cenę!
placebo99
29.01.12, 13:33
PKB rośnie a siła nabywcza maleje. Jak ktoś napisał w artykule jesteśmy "murzyny Europy".Jak ktoś zarobi 4 tys. zł to jest zesrany, że ma fortunę a to jest kloszard dla zachodniego poziomu »
Najczęściej czytane24 htydzień









