Reforma czynszów. Muzioł odpowiada Lisickiemu
12.09.2011
aktualizacja: 2011-09-11 20:05
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Każdą polemikę z Maciejem Lisickim wypada rozpocząć od sprostowania nieprawdy - wiceprezydentowi Gdańska, który na łamach "Gazety" bronił podwyżki czynszów w mieszkaniach komunalnych odpowiada Łukasz Muzioł z Grupy Inicjatywnej "Nic o Nas Bez Nas"
Zacznijmy od stwierdzenia, jakoby nie istniał żaden dokument mówiący o tworzeniu osiedli kontenerowych. Otóż taki dokument istnieje, stworzony przez samego Lisickiego i przyjęty przez Radę Miasta - to wieloletni plan gospodarowania mieszkaniowym zasobem Gminy Miasta Gdańska na lata 2009-2013. Czytamy w nim: Wskazuje się następujące sposoby pozyskiwania wolnych lokali socjalnych: ( ) zakup kontenerów mieszkalnych oraz uzbrojenie i urządzenie terenu pod kontenery (Rozdział VII Art. 25 Ust. 3).
Kolejne sprostowanie dotyczy stwierdzenia, że Paweł Adamowicz w czasie kampanii wyborczej bronił założeń "reformy" czynszowej (co teraz ma mu dawać legitymację do jej wprowadzania). W rzeczywistości było dokładnie przeciwnie - szef Lisickiego za wszelką cenę unikał jakiejkolwiek dyskusji na temat podwyżek. Kiedy kwestia ta została podniesiona na spotkaniu z mieszkańcami, Adamowicz zareagował... zawieszeniem spotkań na czas kampanii wyborczej. W jego programie wyborczym mogliśmy za to przeczytać: "Wiem, że poważną bolączką wielu gdańszczan jest to, że żyją ubogo, że czasami mają kłopot z tym, by związać koniec z końcem. Że często nie stać ich nawet na opłaty mieszkaniowe. Dlatego już wkrótce wysokość opłat czynszowych będzie zależna nie tylko od stanu technicznego i lokalizacji budynku, ale przede wszystkim od dochodów. Wprowadziliśmy przejrzysty system ulg preferencyjnych, który uzależniony jest od dochodów lokatorów". Nie ma to jak szczerość i odwaga.
Zdanie, że "88 proc. gdańszczan - oprócz tego, że płaci czynsz, spłaca kredyt mieszkaniowy - dokłada się w formie podatków, by utrzymać te 12 procent" jest wyjątkowo cyniczne, bo służące wzajemnemu szczuciu na siebie różnych grup społecznych. Patrzcie - mówi Lisicki - wy, zakredytowana większość, ciężko harujecie, aby związać koniec z końcem, a komunalne lenie żyją za półdarmo. Typowa taktyka "dziel i rządź", póki co bardzo skuteczna.
Aby odkłamać tego typu stwierdzenia, należy wyjaśnić dwie kwestie. Po pierwsze, według danych Eurostatu, kredyt mieszkaniowy spłaca mniej niż 5 % Polaków, większość natomiast zamieszkuje lokale własnościowe nieobciążone hipoteką - w Gdańsku najczęściej są to wykupione byłe mieszkania gminne bądź spółdzielcze. Beneficjentami mienia komunalnego są więc nie tylko obecni najemcy, ale również ci, którzy swego czasu wykupili mieszkania za ułamek wartości. Sam prezydent Adamowicz swoją karierę inwestora na rynku mieszkaniowym rozpoczął od... wykupienia mieszkania komunalnego w centrum Gdańska. Warto również dodać, że gdyby miasto realnie inwestowało w tanie mieszkalnictwo czynszowe, to skorzystaliby na tym również dzisiejsi "młodzi zakredytowani". Zamiast płacić złodziejskie marże deweloperom i bankom, mogliby oni wynajmować mieszkania komunalne - tak jak robią to ich rówieśnicy w większości państw zachodniej Europy.
Po drugie, jeśli ktokolwiek jest na utrzymaniu gdańskich podatników - oprócz oczywiście Adamowicza i Lisickiego - to są to urzędnicy Gdańskiego Zarządu Nieruchomości Komunalnych. W 2010 roku GZNK wydał dwukrotnie więcej pieniędzy na wynagrodzenia swoich pracowników niż na remonty wszystkich 23 tysięcy mieszkań komunalnych (sic!). Czy w takim razie reformy mieszkalnictwa komunalnego nie powinniśmy zaczynać od odchudzenia administracji?
"Na złodzieju czapka gore" mówi stare przysłowie, doskonale obrazując obecną sytuację w Gdańsku. Oto wygodnie żyjące na koszt społeczeństwa elity władzy wydające lekką ręką setki milionów złotych z publicznej kasy na stadiony, muzea, teatry i inne ECS-y, krzyczą jednocześnie, że pieniądze idą na "nierobów z komunałek". Przekaz nie zawsze jest spójny, ale zawsze mocny: dowiadujemy się, że komunalni lokatorzy to albo "bogacze mieszkający sami na stu metrach", albo "menele dewastujący publiczne mienie". W każdym razie nie zasługują oni na łaskę w postaci miejskiego dachu nad głową, wobec czego lokale trzeba od nich "odzyskać".
Polskie prawo w praktyce uniemożliwia pozbycie się najemcy mieszkania komunalnego, który terminowo płaci czynsz. Wobec tego najprostszą drogą do "odzyskania" lokalu jest podniesienie opłat do takiego poziomu, żeby niechciany lokator nie był w stanie ich udźwignąć. Później jest już z górki, bo wystarczy zapewnić lokal socjalny bądź tymczasowy - na przykład niedrogi kontener - i można doprowadzić do pożądanego rezultatu, czyli eksmisji. Puste mieszkanie sprzedajemy na wolnym rynku, zysk przeznaczając na spłacanie długów po tunelu (pieniądze ze sprzedaży mieszkań nie trafiają do GZNK!). Ot i cała "reforma" Lisickiego.
Koszty podwyżek, zarówno dla poszczególnych najemców, jak i dla całego miasta, autorów "reformy" nie obchodzą. Jak z 900 złotych emerytury zapłacić 500 złotych czynszu plus opłaty za 50-metrowe mieszkanie na Stogach? Ile kosztować będzie gdańskiego podatnika pomoc nowym bezdomnym? Jak likwidując połowę zasobu mieszkaniowego skrócić czas oczekiwania na przydział? Adamowicz z Lisickim nie zastanawiają się, bo nie muszą - dziś czują się niepokonani.
Powinni jednak pamiętać, że każda władza - choćby najpotężniejsza - runie z wielkim hukiem, jeśli będzie oparta na kłamstwie i odwrócona plecami do społeczeństwa. Prędzej czy później przyjdzie im zapłacić za krzywdę, jaką wyrządzają zwykłym ludziom. Kiedy ten czas nadejdzie, oby ludzie mieli dla nich więcej litości, niż oni dziś mają dla ludzi.
Kolejne sprostowanie dotyczy stwierdzenia, że Paweł Adamowicz w czasie kampanii wyborczej bronił założeń "reformy" czynszowej (co teraz ma mu dawać legitymację do jej wprowadzania). W rzeczywistości było dokładnie przeciwnie - szef Lisickiego za wszelką cenę unikał jakiejkolwiek dyskusji na temat podwyżek. Kiedy kwestia ta została podniesiona na spotkaniu z mieszkańcami, Adamowicz zareagował... zawieszeniem spotkań na czas kampanii wyborczej. W jego programie wyborczym mogliśmy za to przeczytać: "Wiem, że poważną bolączką wielu gdańszczan jest to, że żyją ubogo, że czasami mają kłopot z tym, by związać koniec z końcem. Że często nie stać ich nawet na opłaty mieszkaniowe. Dlatego już wkrótce wysokość opłat czynszowych będzie zależna nie tylko od stanu technicznego i lokalizacji budynku, ale przede wszystkim od dochodów. Wprowadziliśmy przejrzysty system ulg preferencyjnych, który uzależniony jest od dochodów lokatorów". Nie ma to jak szczerość i odwaga.
Zdanie, że "88 proc. gdańszczan - oprócz tego, że płaci czynsz, spłaca kredyt mieszkaniowy - dokłada się w formie podatków, by utrzymać te 12 procent" jest wyjątkowo cyniczne, bo służące wzajemnemu szczuciu na siebie różnych grup społecznych. Patrzcie - mówi Lisicki - wy, zakredytowana większość, ciężko harujecie, aby związać koniec z końcem, a komunalne lenie żyją za półdarmo. Typowa taktyka "dziel i rządź", póki co bardzo skuteczna.
Aby odkłamać tego typu stwierdzenia, należy wyjaśnić dwie kwestie. Po pierwsze, według danych Eurostatu, kredyt mieszkaniowy spłaca mniej niż 5 % Polaków, większość natomiast zamieszkuje lokale własnościowe nieobciążone hipoteką - w Gdańsku najczęściej są to wykupione byłe mieszkania gminne bądź spółdzielcze. Beneficjentami mienia komunalnego są więc nie tylko obecni najemcy, ale również ci, którzy swego czasu wykupili mieszkania za ułamek wartości. Sam prezydent Adamowicz swoją karierę inwestora na rynku mieszkaniowym rozpoczął od... wykupienia mieszkania komunalnego w centrum Gdańska. Warto również dodać, że gdyby miasto realnie inwestowało w tanie mieszkalnictwo czynszowe, to skorzystaliby na tym również dzisiejsi "młodzi zakredytowani". Zamiast płacić złodziejskie marże deweloperom i bankom, mogliby oni wynajmować mieszkania komunalne - tak jak robią to ich rówieśnicy w większości państw zachodniej Europy.
Po drugie, jeśli ktokolwiek jest na utrzymaniu gdańskich podatników - oprócz oczywiście Adamowicza i Lisickiego - to są to urzędnicy Gdańskiego Zarządu Nieruchomości Komunalnych. W 2010 roku GZNK wydał dwukrotnie więcej pieniędzy na wynagrodzenia swoich pracowników niż na remonty wszystkich 23 tysięcy mieszkań komunalnych (sic!). Czy w takim razie reformy mieszkalnictwa komunalnego nie powinniśmy zaczynać od odchudzenia administracji?
"Na złodzieju czapka gore" mówi stare przysłowie, doskonale obrazując obecną sytuację w Gdańsku. Oto wygodnie żyjące na koszt społeczeństwa elity władzy wydające lekką ręką setki milionów złotych z publicznej kasy na stadiony, muzea, teatry i inne ECS-y, krzyczą jednocześnie, że pieniądze idą na "nierobów z komunałek". Przekaz nie zawsze jest spójny, ale zawsze mocny: dowiadujemy się, że komunalni lokatorzy to albo "bogacze mieszkający sami na stu metrach", albo "menele dewastujący publiczne mienie". W każdym razie nie zasługują oni na łaskę w postaci miejskiego dachu nad głową, wobec czego lokale trzeba od nich "odzyskać".
Polskie prawo w praktyce uniemożliwia pozbycie się najemcy mieszkania komunalnego, który terminowo płaci czynsz. Wobec tego najprostszą drogą do "odzyskania" lokalu jest podniesienie opłat do takiego poziomu, żeby niechciany lokator nie był w stanie ich udźwignąć. Później jest już z górki, bo wystarczy zapewnić lokal socjalny bądź tymczasowy - na przykład niedrogi kontener - i można doprowadzić do pożądanego rezultatu, czyli eksmisji. Puste mieszkanie sprzedajemy na wolnym rynku, zysk przeznaczając na spłacanie długów po tunelu (pieniądze ze sprzedaży mieszkań nie trafiają do GZNK!). Ot i cała "reforma" Lisickiego.
Koszty podwyżek, zarówno dla poszczególnych najemców, jak i dla całego miasta, autorów "reformy" nie obchodzą. Jak z 900 złotych emerytury zapłacić 500 złotych czynszu plus opłaty za 50-metrowe mieszkanie na Stogach? Ile kosztować będzie gdańskiego podatnika pomoc nowym bezdomnym? Jak likwidując połowę zasobu mieszkaniowego skrócić czas oczekiwania na przydział? Adamowicz z Lisickim nie zastanawiają się, bo nie muszą - dziś czują się niepokonani.
Powinni jednak pamiętać, że każda władza - choćby najpotężniejsza - runie z wielkim hukiem, jeśli będzie oparta na kłamstwie i odwrócona plecami do społeczeństwa. Prędzej czy później przyjdzie im zapłacić za krzywdę, jaką wyrządzają zwykłym ludziom. Kiedy ten czas nadejdzie, oby ludzie mieli dla nich więcej litości, niż oni dziś mają dla ludzi.
- 47 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Reforma czynszów. Muzioł odpowiada Lisickiemu
3miastoorg
12.09.11, 09:36
cieszę się że GW udostępniła w końcu swoje łamy stronie społecznej. »
-
Reforma czynszów. Muzioł odpowiada Lisickiemu
syndawidowy
12.09.11, 09:55
co to za belkot leninowski ? zlodziejskie marze deweloperow? zabraklo jeszcze karlow reakcji...»
Najczęściej czytane24 htydzień




