Wysypisko w Szadółkach: zbieracz to zawód ginący
30.07.2011
aktualizacja: 2011-07-29 19:52
Tak jak zmienia się wysypisko w Szadółkach, tak zmienia się "śmieciowy" rynek pracy: przybywa pracowników w nowoczesnej sortowni, ubywa pracujących na kwaterach zbieraczy
ZOBACZ TAKŻE
- Nowoczesne Szadółki. Przestanie śmierdzieć? [zdjęcia] (06-06-11, 15:55)
- Zielony prąd z Gdańska. I koniec smrodu na Szadółkach (05-05-11, 20:21)
- Szadółki. Zobacz, jak działa nowoczesne śmietnisko (11-03-11, 14:00)
- Szef wysypiska Szadółki: mniejszy fetor od maja 2011 (27-10-10, 19:24)
- Debata "Gazety": Szadółki muszą być do życia (26-10-10, 20:10)
- Gdańsk: lepszy smród Szadółek czy spalarnia? (12-09-10, 21:49)
- Dlaczego Szadółki to najlepsze miejsce na spalarnię (09-09-10, 20:07)
- Gdańska spalarnia śmieci powstanie w Szadółkach (03-09-10, 06:00)
Godzina 12.15, na kwaterę na wysypisku śmieci w Gdańsku-Szadółkach podjeżdża zapakowana po brzegi śmieciarka, wysypuje śmieci. Chwilę później wokół śmieci zbiera się grupka ludzi - to tzw. zbieracze, którzy zabierają się do przebierania tego, co większość uznałaby za zwykłe śmieci. Czego szukają? Tego, co można jeszcze sprzedać, np. metalu. Ale zbieraczy jest niewielu.
Powód? Od kilku tygodni na wysypisku śmieci działa nowo powstała sortownia - kluczowy element, w którym pozyskiwane są ze śmieci odpady surowcowe, tzn. takie, których możliwe jest przetworzenie.
Obecnie w sortowni zatrudnionych jest 120 pracowników, w tym 15 dawnych zbieraczy. Wśród nich jest pan Zygmunt Zdrojewski, który - ku mojemu zaskoczeniu - o tym, że pracował jako zbieracz mówić się nie wstydzi. Spotykamy się w jednym z pomieszczeń w budynku administracyjnym na terenie wysypiska. Pan Zygmunt opuścił swoje stanowisko pracy w sortowni, cały czas jest w roboczym ubraniu.
- Co pani chce wiedzieć?
- Jak to się stało, że został pan zbieraczem? - mówię. - Albo lepiej niech pan mi opowie o swoim życiu.
Chwila milczenia. - Moje życie jest bardzo proste... Po ukończeniu szkoły zawodowej rozpocząłem pracę w Zakładach Naprawczych Taboru - tu pracowałem przez rok, bo powołano mnie do armii na dwa lata, ale później znów wróciłem. W międzyczasie ożeniłem się, urodził mi się pierwszy syn. Zarobki w Zakładach Naprawczych Taboru nie pozwoliły mi na utrzymanie rodziny, zacząłem szukać nowej pracy. Znalazłem zatrudnienie w RSP-ie, czyli rolniczej spółdzielni produkcyjnej "Morena", takim odpowiednikiem kołchozu. A potem zaczęła się transformacja gospodarcza... i pracę straciłem. Ale nie poddałem się - założyłem własną działalność gospodarczą, zająłem się usługami remontowo-budowlanymi, ale to również było pudło... i tak skończyłem na wysypisku śmieci jako zbieracz.
Myślę o miejscu jego pracy: w pamięci mam wizytę na wysypiskowej "kwaterze". Mam nadzieję, że więcej nie będę musiała tam iść, bo to miejsce bardzo nieprzyjemne - nie tylko pod względem zapachu - jest tu po prostu smutno. W mieszaninie różnokolorowych śmieci można znaleźć szczególne "pamiątki", np. misia - zabawkę, który leży na brzuchu z głową w śmieciach. Dodatkowo ten zapach - w porównaniu z tym, który możemy poczuć, przejeżdżając Obwodnicą Trójmiasta - jest jeszcze bardziej odrażający.
- Hmm... na początku - tak, ale to kwestia przyzwyczajenia. Jednak - jeśli nie ma się innego wyjścia - to żadna praca nie hańbi. Są to pieniądze zarobione w uczciwy sposób - mówi pan Zygmunt.
Ale pan Zygmunt nie ukrywa, że gdy rozpoczął pracę w sortowni, jego życie się zmieniło. W ciągu jednego dnia zbieracz może zarobić nawet 200 zł, w sortowni zarabia się mniej.
- Tak, ale co z tego, jeśli następnego dnia można nie zarobić nic? W sortowni zarabiamy mniej, ale za to mamy pełen socjal... i nie muszę się martwić, czy przyjedzie kolejna dostawa śmieci - mówi.
- Ale trzeba codziennie rano wstawać - przychodzę na pierwszą zmianę, czyli w sortowni muszę być zawsze punktualnie o 6. A zbieracz to taki wolny zawód - z jednej strony mogłem pracować cały dzień od 8 do 22, z drugiej strony - mogłem w ogóle nie pracować, jeśli nie miałem ochoty. Wszystko zależało ode mnie - dodaje.
Obecnie zatrudnieni w sortowni pracują na dwie zmiany - od 6 do 14 i od 14 do 22, przerabiając 600 ton śmieci, ale to wciąż za mało - cały czas pozostaje 100 ton, które wywożone są na kwaterę, dlatego w planach jest uruchomienie kolejnej zmiany. A to będzie koniec pracy dla zbieraczy, bo wtedy już nic nie znajdą.
Pan Zygmunt spogląda na zegarek. - Zaraz muszę uciekać do sortowni, zamknąć moje stanowisko pracy, ale na zakończenie opowiem jeszcze jedną anegdotkę. O strajku...
- Strajku na wysypisku?
- Hmm... wydaje mi się, że pani jest za młoda, żeby to pamiętać. Kilka lat temu chciano nas, zbieraczy, ze śmietniska usunąć. Zaczęliśmy strajkować. Tego dnia nieco się spóźniłem, wysiadam z samochodu z moją żoną, a że strajk był tematem bardzo medialnym, pojawiali się tu dziennikarze - obok nas przechodzą dwie dziennikarki, bardzo się zdziwiły, gdy nas zobaczyły. Słyszę, jak jedna mówi do drugiej: "Patrz, to są normalni ludzie"...
Powód? Od kilku tygodni na wysypisku śmieci działa nowo powstała sortownia - kluczowy element, w którym pozyskiwane są ze śmieci odpady surowcowe, tzn. takie, których możliwe jest przetworzenie.
Obecnie w sortowni zatrudnionych jest 120 pracowników, w tym 15 dawnych zbieraczy. Wśród nich jest pan Zygmunt Zdrojewski, który - ku mojemu zaskoczeniu - o tym, że pracował jako zbieracz mówić się nie wstydzi. Spotykamy się w jednym z pomieszczeń w budynku administracyjnym na terenie wysypiska. Pan Zygmunt opuścił swoje stanowisko pracy w sortowni, cały czas jest w roboczym ubraniu.
- Co pani chce wiedzieć?
- Jak to się stało, że został pan zbieraczem? - mówię. - Albo lepiej niech pan mi opowie o swoim życiu.
Chwila milczenia. - Moje życie jest bardzo proste... Po ukończeniu szkoły zawodowej rozpocząłem pracę w Zakładach Naprawczych Taboru - tu pracowałem przez rok, bo powołano mnie do armii na dwa lata, ale później znów wróciłem. W międzyczasie ożeniłem się, urodził mi się pierwszy syn. Zarobki w Zakładach Naprawczych Taboru nie pozwoliły mi na utrzymanie rodziny, zacząłem szukać nowej pracy. Znalazłem zatrudnienie w RSP-ie, czyli rolniczej spółdzielni produkcyjnej "Morena", takim odpowiednikiem kołchozu. A potem zaczęła się transformacja gospodarcza... i pracę straciłem. Ale nie poddałem się - założyłem własną działalność gospodarczą, zająłem się usługami remontowo-budowlanymi, ale to również było pudło... i tak skończyłem na wysypisku śmieci jako zbieracz.
Myślę o miejscu jego pracy: w pamięci mam wizytę na wysypiskowej "kwaterze". Mam nadzieję, że więcej nie będę musiała tam iść, bo to miejsce bardzo nieprzyjemne - nie tylko pod względem zapachu - jest tu po prostu smutno. W mieszaninie różnokolorowych śmieci można znaleźć szczególne "pamiątki", np. misia - zabawkę, który leży na brzuchu z głową w śmieciach. Dodatkowo ten zapach - w porównaniu z tym, który możemy poczuć, przejeżdżając Obwodnicą Trójmiasta - jest jeszcze bardziej odrażający.
- Hmm... na początku - tak, ale to kwestia przyzwyczajenia. Jednak - jeśli nie ma się innego wyjścia - to żadna praca nie hańbi. Są to pieniądze zarobione w uczciwy sposób - mówi pan Zygmunt.
Ale pan Zygmunt nie ukrywa, że gdy rozpoczął pracę w sortowni, jego życie się zmieniło. W ciągu jednego dnia zbieracz może zarobić nawet 200 zł, w sortowni zarabia się mniej.
- Tak, ale co z tego, jeśli następnego dnia można nie zarobić nic? W sortowni zarabiamy mniej, ale za to mamy pełen socjal... i nie muszę się martwić, czy przyjedzie kolejna dostawa śmieci - mówi.
- Ale trzeba codziennie rano wstawać - przychodzę na pierwszą zmianę, czyli w sortowni muszę być zawsze punktualnie o 6. A zbieracz to taki wolny zawód - z jednej strony mogłem pracować cały dzień od 8 do 22, z drugiej strony - mogłem w ogóle nie pracować, jeśli nie miałem ochoty. Wszystko zależało ode mnie - dodaje.
Obecnie zatrudnieni w sortowni pracują na dwie zmiany - od 6 do 14 i od 14 do 22, przerabiając 600 ton śmieci, ale to wciąż za mało - cały czas pozostaje 100 ton, które wywożone są na kwaterę, dlatego w planach jest uruchomienie kolejnej zmiany. A to będzie koniec pracy dla zbieraczy, bo wtedy już nic nie znajdą.
Pan Zygmunt spogląda na zegarek. - Zaraz muszę uciekać do sortowni, zamknąć moje stanowisko pracy, ale na zakończenie opowiem jeszcze jedną anegdotkę. O strajku...
- Strajku na wysypisku?
- Hmm... wydaje mi się, że pani jest za młoda, żeby to pamiętać. Kilka lat temu chciano nas, zbieraczy, ze śmietniska usunąć. Zaczęliśmy strajkować. Tego dnia nieco się spóźniłem, wysiadam z samochodu z moją żoną, a że strajk był tematem bardzo medialnym, pojawiali się tu dziennikarze - obok nas przechodzą dwie dziennikarki, bardzo się zdziwiły, gdy nas zobaczyły. Słyszę, jak jedna mówi do drugiej: "Patrz, to są normalni ludzie"...
Polecamy - A1Gdańsk - Toruń: ta autostrada na pewno powstanie przed Euro 2012
- 6 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
zbieracz to zawód ginący?
adasko63
30.07.11, 21:06
Absolutnie nie! Jak obserwuję moje podwórko - różni zbieracze robią przegląd kontenerów kilka razy dziennie.»
Najczęściej czytane24 htydzień









