Kiedy tu przyjechaliśmy: cisza

Jowita Kiwnik
27.02.2010 aktualizacja: 2010-02-27 09:58
A A A Drukuj
Do dzieci z trójmiejskich domów dziecka, które spędzały ferie na obozie w Pucku, przyjechali wolontraiusze z całego świata Fot. Damian Kramski / Agencja Ga
Tych dzieci nie stać na to, żeby pojechać w świat. Dlatego świat przyjechał do nich.
Sunita Singhania w błękitnym sari i z tradycyjną srebrną biżuterią wygląda jak żywcem wzięta z Bollywood. - I o to właśnie mnie wypytywali: czy jestem gwiazdę filmową - śmieje się.

Kiedy Sunita pojawiła się w sali jadalnej w Pucku w Harcerskim Ośrodku Morskim, dzieciaki nie mogły od niej oderwać oczu:

- Mały chłopiec usiadł obok mnie. Nie odzywał się, tylko na mnie patrzył wielkimi oczyma. Jemu wystarczało, że mógł obok mnie siedzieć - mówi.

Przez ostatnie dwa tygodnie egzotycznych gości w Harcerskim Ośrodku Morskim w Pucku nie brakowało. Tutaj zimowy obóz spędza 30 dzieci z trójmiejskich domów dziecka i rodzin zastępczych. Wiek: 9-14 lat. W programie: obowiązkowe lekcje angielskiego. I spotkanie z gośćmi z całego świata.

Małgorzata Kusek, kierowniczka projektu: - W akcję zaangażowali się ludzie z różnych krajów - Brazylii. Portugalii, Indii, Macedonii czy Hiszpanii. Zależało nam, żeby pokazać tym dzieciom, że istnieje inny świat od tego, który znają. I żeby na w własnej skórze przekonały się, że aby Polak z Portugalczykiem mogli się dogadać, muszą mówić jednym językiem. Inaczej się nie da. Na szczęście jesteśmy właśnie na obozie językowym.

Obcokrajowcy są w Pucku codziennie. Sami wymyślają atrakcje dla małych uczestników obozu: karaoke, mecze piłkarskie, quizy, lekcje gry w kręgle i występ teatralny. Wszystko po angielsku.

- Na pierwszym spotkaniu byli trochę dzicy. Ale jak się już ich lepiej pozna, są bardzo otwarci. I myślę, że dojrzalsi niż inne dzieci w ich wieku. Bardzo łakną uwagi i bliskości - mówi Boris Pavlovski z Macedonii.

Marcin Snopek, lektor języka angielskiego: - Praca z nimi różni się od pracy w szkole. Są pewne niuanse, tematy, których lepiej nie poruszać, żeby nie sprawić dzieciom przykrości. Ale takie spotkania pomagają.

Dzieci na początku dość niechętnie podeszły do pomysłu ferii z angielskim. Szybko jednak polubiły zajęcia. Tym bardziej że zamiast wkuwania słówek - rozmawiają, bawią się i rozwiązują łamigłówki.

- Średnio cieszyłem się z tego, że będą lekcje. No bo co to za odpoczynek, jak się trzeba uczyć - przyznaje Wiktor. Podkreśla, że ma 11 lat, ale rocznikowo już 12. - Ale te lekcje są i tak fajniejsze niż te w szkole. Podszkoliłem się nieco - wiem, jak się pisze pewne zwroty. I jak się rozmawia z obcokrajowcami. Jak by mnie ktoś teraz zapytał na ulicy o drogę, to mogę pomóc, bez problemu. I myślę sobie, że kiedyś pojadę do USA, znajdę tam pracę.

- Ja pojadę kiedyś do Australii - wtrąca 14-letnia Bernadetta.

- Wcześniej nie spotkałem żadnego obcokrajowca - mówi Wiktor. - Nie miałem gdzie.

Michel Brito, Portugalczyk: - Przyznam się: przystąpiłem do projektu, bo poprosił mnie znajomy, nie chciałem mu zrobić przykrości odmawiając. Powiedziałem sobie: pojadę raz, odbębnię i będzie z głowy. Ale po pierwszej wizycie w ośrodku wiedziałem, że będę chciał tu wrócić, dzieciaki były świetnie. Chociaż, nie powiem, na początku byłem przerażony: to obóz językowy, dzieci powinny choć trochę mówić po angielsku - myślałem. Tymczasem kiedy tu przyjechaliśmy: cisza. Nikt się do nas nie odzywał, dzieciaki były jakieś przestraszone. Ale szybko straciły całą nieśmiałość - zaczęły podchodzić, wypytywać.

Wkrótce Portugalczyk stał się ulubieńcem maluchów.

- Jest najlepszy, zawsze podejdzie, zagada - mówi 13-letni Maciek, fan Lechii Gdańsk i Sportingu Lizbona. - Rozmawialiśmy też o futbolu. Ja kiedyś pojadę do Portugalii, a potem do Hiszpanii i będę grał w Realu Madryt. Chciałbym poznać Christiano Ronaldo. Tak się tu podciągnąłem z angielskiego, że mojej pani szczęka opadnie, jak wrócę do szkoły. Pomyśli, że wyjechałem gdzieś za granicę.

Małgorzata Kusek: - Dziewczynki od razu zaczęły podkochiwać się w obcokrajowcach i już się nimi między sobą podzieliły. To w ogóle jest tak, że dzieci najbardziej zachwycone są jak gośćmi są panowie. Brakuje im po prostu wzorca mężczyzny, wokół nich zwykle są panie, czy to nauczycielki, wychowawczynie, czy opiekunki. Dlatego mężczyźni są zawsze otoczeni wianuszkiem chętnych do porozmawiania, przytulenia się. Dzieci nie chcą ich odstąpić nawet na krok.

Organizatorzy już myślą o zorganizowaniu letniego obozu.

- - - - -

Charytatywny obóz w Pucku zorganizowany został przez Project Management Institute oddział w Gdańsku dzięki wsparciu sponsorów, czyli Thomson Reuters, GE Volunteers Foundation i PM Experts

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy