- Wierzę w to, że człowiek, który więcej zobaczy, dotknie i posmakuje, staje się wrażliwszy.
Jest ich dwudziestka, wolontariusze z hospicjum, kilka młodych osób chorych na raka i dwóch księży - drugim jest Piotr Szeląg, na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie robi doktorat z prawa kanonicznego, będzie naszym przewodnikiem.
- Nie boi się ksiądz, że chorzy nie dadzą rady? Będziemy całe dnie maszerować.
- Nowotwór nie jest wyrokiem natychmiastowej śmierci, z rakiem można żyć, można też wyzdrowieć. Chciałem, aby wolontariusze nauczyli się otwartości, żeby nie paraliżował ich strach, gdy mają spojrzeć w oczy osobie, która ma zdiagnozowany nowotwór.
***
- Boże, jaki on piękny! - dziewczyny szepczą do siebie.
Okrzyk nie dotyczy widoku za oknem. Piękny jest konduktor, który spaceruje między fotelami w kolejce. Jedziemy do centrum miasta, tam mamy hotel.
Rzym jest jeszcze piękniejszy. Za kilkanaście minut, na Piazza Del Popolo już nikt nie ogląda się za zjawiskowymi dziewczętami i chłopcami w modnych ciuchach. Nie dowierzamy, że miasto może tak wyglądać.
Przez cztery dni - bo tyle będziemy w Rzymie - przyzwyczajamy się do tego, że w kościołach wiszą obrazy Caravaggia, że wszystko jest smaczne i że można trafić na śpiewającego taksówkarza. - Wy Polacy jesteście trochę smutni - powie nam na pożegnanie. - Ale to nie wasza wina, wszystko przez ten brak słońca.
***
Gdy samolot wzniósł się nad bielą Gdańska, termometr pokazywał minus 12 st. Celsjusza, Rzym przywitał nas słońcem i jak tłumaczyli nam Włosi - zimnymi dniami, było tylko plus 10.
Przez pierwsze dwa dni zrobiliśmy koło 20 kilometrów, zobaczyliśmy dziesiątki słynnych kościołów, placów, ulic, fontann. Egipskie obeliski, antyczne ruiny i arcydzieła renesansu - Rzym nie daje chwili oddechu.
- Marta, o czym ty rozmawiasz z pacjentami hospicjum? - pytam mojej współlokatorki, gdy leżymy już w wielkim małżeńskim łożu.
Nasz hotel mieści się w starej kamienicy, stojącej przy Piazza del Poppolo. Każdy pokój jest urządzony w innym kolorze, mnóstwo tu starych mebli, pięknych przedmiotów i dwuosobowych łóżek.
- O życiu - Marta za miesiąc zdaje maturę, chce studiować psychologię. - Ostatnio sprzeczałem się o światopogląd. To są fajne rozmowy, szczere, mądre. Czasami mam wrażenie, że więcej dostaję od pacjentów niż im daję.
***
Trzeciego dnia pędzimy w pobliże dzielnicy żydowskiej i na Via dei Delfini, gdzie mieści się polska ambasada przy Stolicy Apostolskiej. Zostaliśmy zaproszeni na śniadanie przez premier Hannę Suchocką, która od 2001 roku szefuje placówce. Cała ambasada wraz z rezydencją to po prostu dwa mieszkania w kamienicy, jak to się ładnie po włosku nazywa - w palazzo.
- To opowiedzcie coś o sobie - pani premier zachęca uśmiechem. - A na początek proszę do stołu.
Stoją ciasta i stosy kanapek.
- Bo widzi pani, ja to jestem taki chłopak, który kiedyś bawił się w narkotyki - Krzysiek postanawia zacząć. - Dziś mam to za sobą i trochę pomagam w hospicjum.
Przedstawiamy się po kolei.
Dwie godziny później ustawiamy się w kolejce do Bazyliki św. Piotra.
Nieszpory. Papież porusza się powoli. Rozdaje uśmiechy, ściska wyciągnięte dłonie.
- Papa, Papa!! - krzyczą zakonnice. Kilka tysięcy sióstr przyjechało z całego świata. Dziś jest ich święto. Piszczą, klaszczą. Kilka osób wskakuje na krzesła. Nad głowami las rąk, trzymają aparaty, komórki, kamery. Po kwadransie zaczyna się nabożeństwo.
***
Gdy lądujemy, nad Gdańskiem fruwa śnieg. W samolocie wymyślamy, jak zdobyć pieniądze na hospicjum. Może kalendarz z wolontariuszami, podobny do tego z portretami młodych księży, który zrobił w Rzymie furorę?
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto