Księgarz ze Stogów
06.11.2009
aktualizacja: 2009-11-06 12:14
Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta
Medytacji o życiu godziwym Jana Urbanika, społecznego bibliotekarza, słucha Aleksandra Kozłowska
Gdańskie Stogi, ul. Hoża 14. Obok szarych bloków niskie, nieciekawe pawilony: odzież, warzywniak i... biblioteka, założona przez pożeracza książek Jana Urbanika. Większość księgozbioru to jego własne książki.
Wchodzę do środka: w malutkim przedpokoju regały pod sufit: na prawo romanse, na lewo literatura piękna. Dalej czytelnia, wygodne fotele, komputer i wypełnione po brzegi półki: równe szeregi encyklopedii (polskich, radzieckich, niemieckich, nie brakuje Britanniki), atlasy przyrodnicze, historyczne, geograficzne. W głębi biblioteka właściwa. Właściciel z nieskrywaną dumą pokazuje regały zastawione klasykami filozofii, socjologii, religioznawstwa, ekonomii, prawa, pedagogiki. Jest komplet dotychczas wydanych zeszytów Polskiego Słownika Biograficznego, encyklopedia Orgelbranda, około 40 metrów pamiętników.
Aleksandra Kozłowska: Ilu czytelników ma biblioteka społeczną na Stogach?
Jan Urbanik: Około dwudziestu, ale oni się zmieniają.
Strasznie słabo.
- Tak. Ale uruchamiając bibliotekę, wiedziałem, na co idę, i wiedziałem też, że trzeba to zrobić. To ma być ośrodek skupienia ludzi dobrej woli, którzy chcą naprawiać i upiększać świat. Jest bardzo wiele do zrobienia w Polsce.
Brzmi trochę misyjnie.
- Owszem, bo rzeczywiście uważam, że Polska potrzebuje ofiar. Jaką Polskę sobie zbudujemy, w takiej będziemy mieszkać. Przez całe życie zgromadziłem i czytałem książki. Jest ich tu 14,5 tysiąca. Ale nie interesuje mnie książka jako papier, ale jej zawartość: książka pozwala mi obcować z ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia o życiu i świecie. Chcę, by ta skondensowana wiedza i doświadczenie mogły służyć również innym.
Wygląda na to, że na Stogach nie ma na książki zbyt wielu chętnych. Nie dręczy pana poczucie klęski?
- Nie. Codziennie ktoś przychodzi: dorośli, młodzieży mało, są dzieci. Ludzie przekazują swoje własne książki, dzieci przychodzą na czytanie bajek, "na komputer". Mamy tu wystawy obrazów i fotografii, spotkania autorskie poetyckie i śpiewane...
Co trzeba zrobić, by zapisać się do pana biblioteki?
- Wypełnić deklarację członka wspierającego i opłacić składkę. 20 zł to stawka za miesiąc, za pół roku - 110 zł. Za wypożyczenie części pozycji pobieramy kaucję - książki wypożyczone bez kaucji często nie wracały. Oprócz książek członek wspierający Stowarzyszenia ma dostęp do komputerów z internetem oraz do ponad 20 prenumerowanych przez nas tytułów ważnych i dobrych czasopism.
Może te 20 zł stanowi barierę? Przecież w szkole albo bibliotekach miejskich za wypożyczanie w ogóle się nie płaci.
- Jeśli barierę to tylko psychologiczną. Wielu ludzi ma pieniądze, ale woli je wydać na gry losowe, alkohol i papierosy. Ja mam ambicję stać się samowystarczalną placówką, ale na to trzeba czasu. Dobrze, że w lutym miasto zwolniło nas na trzy lata z czynszu, a od lipca uznało, że nasza biblioteka ma sens jako przytulisko dla dzieci i nasze działania zostały dofinansowane. Do końca roku mamy zapewnioną egzystencję.
Pamięta pan swoją pierwszą książkę?
- Uczyłem się czytać na gazetowych komiksach "Awantury Maćka Bzdury" i "Przygody Apolonii Bywalec". Drukowano je w "Gromadzie - Rolnik Polski" i w "Przyjaciółce". Rodzice prenumerowali te czasopisma, ja jako 6-latek namiętnie je czytałem. Wtedy połknąłem też dwie jedyne (oprócz książeczek do nabożeństwa) książki, jakie były w domu: podręcznik do nauki religii (pamiętam obrazek z Samsonem, który wali słupy) i "Pieczątka z onyksu", romansidło, z którego nic nie rozumiałem, ale jak nie było nic innego, przeczytałem i to. Radia i telewizji nie było. Nie było też elektryczności.
Kim byli pana rodzice?
- Rolnikami. Dodatkowo ojciec zimą dorabiał jako szewc. Mieszkaliśmy w małej wsi Głębokie nad Wisłokiem koło Rymanowa Zdroju. Ciekawe - polska wieś, ale za lasem do granicy słowackiej ciągnęła się Łemkowszczyzna.
Między polskimi i ruskimi wsiami (wtedy nie mówiło się "Ukraińcy") panowały - przynajmniej do wybuchu wojny - sąsiedzkie stosunki. Były mieszane małżeństwa, młodzi chodzili razem na zabawy. Najbliższy przyjaciel mego ojca ożenił się z Ruską. Tak było do wojny. Rodzice opowiadali, że już po jej wybuchu, jak zwykle wybrali się do Sieniawy, sąsiedniej wsi na tańce. Ale ku swojemu zdziwieniu zostali potraktowani inaczej niż dotychczas - Rusini ustawili się w koło i demonstracyjnie zaśpiewali "Kałynę", to znaczy "Kalinę". To była nacjonalistyczna piosenka. Rodzicom nie pozostawało nic innego, jak tylko wyjść.
Społeczne zapędy mam po matce. Skończyła w Drohobyczu tylko sześć klas szkoły podstawowej, ale była oczytana. Prowadziła w Głębokiem amatorski teatr. To tam zetknąłem się z Molierem, Lope de Vegą, Bałuckim, Fredrą, Zapolską. Matka była świetną reżyserką i aktorką charakterystyczną. Specjalizowała się, kiedy była już starsza, w rolach starych wiejskich plotkar (śmiech).
Wchodzę do środka: w malutkim przedpokoju regały pod sufit: na prawo romanse, na lewo literatura piękna. Dalej czytelnia, wygodne fotele, komputer i wypełnione po brzegi półki: równe szeregi encyklopedii (polskich, radzieckich, niemieckich, nie brakuje Britanniki), atlasy przyrodnicze, historyczne, geograficzne. W głębi biblioteka właściwa. Właściciel z nieskrywaną dumą pokazuje regały zastawione klasykami filozofii, socjologii, religioznawstwa, ekonomii, prawa, pedagogiki. Jest komplet dotychczas wydanych zeszytów Polskiego Słownika Biograficznego, encyklopedia Orgelbranda, około 40 metrów pamiętników.
Aleksandra Kozłowska: Ilu czytelników ma biblioteka społeczną na Stogach?
Jan Urbanik: Około dwudziestu, ale oni się zmieniają.
Strasznie słabo.
- Tak. Ale uruchamiając bibliotekę, wiedziałem, na co idę, i wiedziałem też, że trzeba to zrobić. To ma być ośrodek skupienia ludzi dobrej woli, którzy chcą naprawiać i upiększać świat. Jest bardzo wiele do zrobienia w Polsce.
Brzmi trochę misyjnie.
- Owszem, bo rzeczywiście uważam, że Polska potrzebuje ofiar. Jaką Polskę sobie zbudujemy, w takiej będziemy mieszkać. Przez całe życie zgromadziłem i czytałem książki. Jest ich tu 14,5 tysiąca. Ale nie interesuje mnie książka jako papier, ale jej zawartość: książka pozwala mi obcować z ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia o życiu i świecie. Chcę, by ta skondensowana wiedza i doświadczenie mogły służyć również innym.
Wygląda na to, że na Stogach nie ma na książki zbyt wielu chętnych. Nie dręczy pana poczucie klęski?
- Nie. Codziennie ktoś przychodzi: dorośli, młodzieży mało, są dzieci. Ludzie przekazują swoje własne książki, dzieci przychodzą na czytanie bajek, "na komputer". Mamy tu wystawy obrazów i fotografii, spotkania autorskie poetyckie i śpiewane...
Co trzeba zrobić, by zapisać się do pana biblioteki?
- Wypełnić deklarację członka wspierającego i opłacić składkę. 20 zł to stawka za miesiąc, za pół roku - 110 zł. Za wypożyczenie części pozycji pobieramy kaucję - książki wypożyczone bez kaucji często nie wracały. Oprócz książek członek wspierający Stowarzyszenia ma dostęp do komputerów z internetem oraz do ponad 20 prenumerowanych przez nas tytułów ważnych i dobrych czasopism.
Może te 20 zł stanowi barierę? Przecież w szkole albo bibliotekach miejskich za wypożyczanie w ogóle się nie płaci.
- Jeśli barierę to tylko psychologiczną. Wielu ludzi ma pieniądze, ale woli je wydać na gry losowe, alkohol i papierosy. Ja mam ambicję stać się samowystarczalną placówką, ale na to trzeba czasu. Dobrze, że w lutym miasto zwolniło nas na trzy lata z czynszu, a od lipca uznało, że nasza biblioteka ma sens jako przytulisko dla dzieci i nasze działania zostały dofinansowane. Do końca roku mamy zapewnioną egzystencję.
Pamięta pan swoją pierwszą książkę?
- Uczyłem się czytać na gazetowych komiksach "Awantury Maćka Bzdury" i "Przygody Apolonii Bywalec". Drukowano je w "Gromadzie - Rolnik Polski" i w "Przyjaciółce". Rodzice prenumerowali te czasopisma, ja jako 6-latek namiętnie je czytałem. Wtedy połknąłem też dwie jedyne (oprócz książeczek do nabożeństwa) książki, jakie były w domu: podręcznik do nauki religii (pamiętam obrazek z Samsonem, który wali słupy) i "Pieczątka z onyksu", romansidło, z którego nic nie rozumiałem, ale jak nie było nic innego, przeczytałem i to. Radia i telewizji nie było. Nie było też elektryczności.
Kim byli pana rodzice?
- Rolnikami. Dodatkowo ojciec zimą dorabiał jako szewc. Mieszkaliśmy w małej wsi Głębokie nad Wisłokiem koło Rymanowa Zdroju. Ciekawe - polska wieś, ale za lasem do granicy słowackiej ciągnęła się Łemkowszczyzna.
Między polskimi i ruskimi wsiami (wtedy nie mówiło się "Ukraińcy") panowały - przynajmniej do wybuchu wojny - sąsiedzkie stosunki. Były mieszane małżeństwa, młodzi chodzili razem na zabawy. Najbliższy przyjaciel mego ojca ożenił się z Ruską. Tak było do wojny. Rodzice opowiadali, że już po jej wybuchu, jak zwykle wybrali się do Sieniawy, sąsiedniej wsi na tańce. Ale ku swojemu zdziwieniu zostali potraktowani inaczej niż dotychczas - Rusini ustawili się w koło i demonstracyjnie zaśpiewali "Kałynę", to znaczy "Kalinę". To była nacjonalistyczna piosenka. Rodzicom nie pozostawało nic innego, jak tylko wyjść.
Społeczne zapędy mam po matce. Skończyła w Drohobyczu tylko sześć klas szkoły podstawowej, ale była oczytana. Prowadziła w Głębokiem amatorski teatr. To tam zetknąłem się z Molierem, Lope de Vegą, Bałuckim, Fredrą, Zapolską. Matka była świetną reżyserką i aktorką charakterystyczną. Specjalizowała się, kiedy była już starsza, w rolach starych wiejskich plotkar (śmiech).
1
2
następne »
- 3 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Re: Księgarz ze Stogów
mimbla.londyn
19.11.09, 22:26
Przeczytalam dzisiaj artykul w papierowym wydaniu Gazety.Podoba mi sie to, co Panstwo robicie .Link do strony : Biblioteka Spoleczna na Stogach zaprasza »
Najczęściej czytane24 htydzień


