W tym tygodniu Damian był jednym z bohaterów Festiwalu Kultur Świata, który odbywał się w Nadbałtyckim Centrum Kultury. O jego fotografiach dyskutowali dziennikarz i pisarz Wojciech Jagielski i fotoreporter Krzysztof Miller. O swoich zdjęciach powinien opowiadać sam autor, ale Damian jest w tej chwili w Afganistanie. Tym razem na południu prowincji Ghazni, wczoraj nocował w polskiej bazie wojskowej Warrior, leżącej przy drodze z Kabulu do Kandaharu.
Główne zdjęcie (1) powstało w listopadzie ubiegłego roku. Spędziliśmy wówczas tydzień w Giro, najmniejszej polskiej bazie. Okoliczne wioski kontrolowane były przez talibów, prawie codziennie, po zapadnięciu zmroku, ostrzeliwali naszą bazę. W ciągu dnia kilkudziesięcioosobowa polska załoga patrolowała zaledwie kilka kilometrów kwadratowych wokół fortu zbudowanego jeszcze przez Rosjan. O przyjacielskich kontaktach z miejscowymi nie było mowy. Ale któregoś dnia przed bramą bazy zaczął przechadzać się starszy mężczyzna z dzieckiem na ręku. Nie mógł po prostu przyjść, bo zostałby posądzony o kolaborację, więc prowokował sytuację, w której żołnierze sami go zatrzymają. Gdy tak się stało, upierał się, żeby nie wprowadzać go do środka - chciał, żeby sąsiedzi cały czas mogli z daleka obserwować jego rozmowę z żołnierzami. Okazało się, że jest dziadkiem kilkuletniej dziewczynki, która ciężko poparzyła się wrzątkiem. W bazie nie było lekarza, ale był sanitariusz. Opatrzył stopę dziecka, dał odpowiednie maści i wytłumaczył, jak je stosować. Dziewczynka nie miała butów, a opatrunek trzeba było jakoś zabezpieczyć. Wojtek, kucharz z bazy, miał najdrobniejsze dłonie, więc to on dał jej swoją rękawiczkę, którą sanitariusz naciągnął na stopę.
Zdjęcie po lewej stronie (2) powstało rok wcześniej. To baza Wazi Khwa, południowo-wschodni Afganistan, tuż przy granicy z Pakistanem. Przed bramę bazy wjechał motor, kierowca zrzucił z siodełka rannego mężczyznę i szybko odjechał. Tego dnia, kilka kilometrów od bazy, była strzelanina między talibami i afgańską armią rządową ANA. Ranny nie był z ANA, mógł być talibem albo przypadkową ofiarą wymiany ognia. Andrzej, lekarz, był bezradny. Opatrzył, podał środki przeciwbólowe, ale nie mógł zrobić prześwietlenia. A rana była paskudna. Kula weszła nad pępkiem, wyszła na plecach, dwa centymetry od kręgosłupa. Nie wiadomo, jakich spustoszeń dokonała w jamie brzusznej. Jedynym ratunkiem było szybkie przetransportowanie rannego śmigłowcem do najbliższego szpitala w mieście Sharana. Dowódca bazy, kapitan Olgierd Cieśla, natychmiast wezwał śmigłowiec, ale Amerykanie odmówili. Tego dnia w Sharanie mieli tylko jeden śmigłowiec medyczny i postanowili trzymać go w rezerwie, gdyby musiał lecieć do rannych żołnierzy. W tym czasie, gdy ranny co jakiś czas odzyskiwał przytomność, próbowało go przesłuchiwać dwóch agentów amerykańskiego wywiadu. Mieli niezły sprzęt, np. aparat do wykonywania zdjęć siatkówki oka. Zachowaliśmy się nieprofesjonalnie, bo reporter jest od opisywania zdarzeń, a nie zbawiania świata. Ale Damian był wściekły, mało nie pobił „pana Johna”. Za cichym przyzwoleniem Cieśli nakłamaliśmy więc agentom, że jesteśmy dziennikarzami z największej gazety w Europie. Jeśli nie sprowadzą „śmigła”, jutro cała Europa dowie się, jak Amerykanie traktują cywilne ofiary wojny. Naradzili się w kącie, po godzinie w bazie wylądował śmigłowiec medyczny. Nie wiemy, czy mężczyzna przeżył.
Z Wazi Khwa wyjechaliśmy po tygodniu. Kilka dni później żołnierze z Bielska-Białej, z którymi spędziliśmy kilkadziesiąt godzin na patrolach, pojechali pod wieś Nangar Khel, a pociski z ich moździerzy zabiły kobiety i dzieci.
Jeszcze jedno zdjęcie (3). Damian zrobił setki takich. Wygląda jak makieta, jest nierzeczywiste. To widok ze śmigłowca na typową afgańską wioskę. W każdym śmigłowcu, polskim czy amerykańskim, podczas lotu otwarte są wszystkie możliwe klapy i drzwi. W takim miejscu siedzi „gunner”, czyli groźnie wyglądający facet ze słuchawką w uchu. Na głowie ma kosmiczny kask z czarnymi okularami, nocą jeszcze noktowizor, w dłoniach trzyma ciężki karabin maszynowy. Gdy zauważy coś potencjalnie niebezpiecznego - strzela. Ale kiedy nie strzela, dzięki tym otwartym klapom może podziwiać widoki, których nie doświadczy się w żadnym cywilnym samolocie. Odbyłem z Damianem dziesiątki takich lotów. Chyba po trzecim siedziałem już sobie tylko wygodnie w kącie i zatykałem uszy, bo hałas jest nie do wytrzymania. A Damian, za każdym razem, przez cały lot stoi za gunnerem przywiązany jakimś sznurkiem, żeby nie wypaść, i przez ramię robi zdjęcia.