Żegluj że, niewidomy żeglarzu
22.08.2008
aktualizacja: 2008-08-22 15:34
Nie trzeba widzieć, żeby pływać po morzu. Połowa załogi trwającego właśnie rejsu "Zawiszy Czarnego" to osoby niewidome i słabowidzące. Pochodzą z różnych miejsc Polski. Zaokrętowali się, żeby poczuć morski wiatr we włosach, posłuchać szumu fal, zwiedzić obce porty. I udowodnić, że mogą być partnerami dla osób widzących
Wszystko zaczęło się od Romualda Roczenia, niewidomego przedsiębiorcy i szantymena z Warszawy. Zawsze marzył o tym, by poznać to, o czym śpiewa w szantach. Zdarzało mu się spędzać po kilka godzin na żaglówkach, ale marzył o długim rejsie. W 2006 r. dopiął swego. Udało mu się namówić kapitana Janusza Zbierajewskiego, starego wilka morskiego, do objęcia dowództwa nad niespotykaną dotąd na morzach i oceanach załogą.
Zasada projektu Roczenia: połowa obsady "Zawiszy Czarnego" to osoby niewidome i niedowidzące, połowa ludzie pełnosprawni plus doświadczone na morzu kierownictwo - kapitan, bosman i oficerowie. Nazwał swój projekt "Zobaczyć morze".
To taki żart słowny, żeby zagrać światu na nosie - tłumaczy Roczeń. -Zawsze bawi mnie konsternacja moich rozmówców, gdy powiedzą do mnie "zobacz" lub "widziałeś?". Tymczasem ich "ojej, przepraszam" jest niepotrzebne. Słowo "zobaczyć" wcale nie jest zarezerwowane dla osób widzących. Ja też widzę, tylko rękoma.
Pierwszy (bałtycki), rejs na przełomie maja i czerwca 2006r. trwał 11 dni, drugi (po Bałtyku i Morzu Północnym) 21 dni. Trzeci -znów bałtycki -trwa już cały miesiąc, przez pokład w trzech turach po 10 dni przewinie się aż 96 osób, w tym 48 niewidomych z Polski i Europy.
-Medycyna nie opisała dotąd choroby "Zawisza Czarny", a jest ona nieuleczalna. Ja choruję od ponad 30 lat i w pełni rozumiem, że zapadł na nią Romek Roczeń i połowa załogantów, która dotąd z nami płynęła - mówi kapitan Janusz Zbierajewski. - Pomysł rejsu z niewidomymi wydawał mi się szalony i nie podjąłbym się go poprowadzić, gdyby nie to, że pływałem wcześniej z Romkiem. Pomyślałem, że skoro on jest w stanie zrobić wszystko, co każdy inny żeglarz, poza wypatrzeniem okrętu na horyzoncie, to dlaczego dla połowy niewidomej załogi miałby to być problem? Uczestnicy pierwszego rejsu, zarówno niewidomi, jak i widzący, powalili mnie na obie łopatki swoją postawą i szybkim przystosowaniem do nowej sytuacji. I tak jest za każdym razem. Bo integracja na "Zawiszy" następuje błyskawicznie, także dlatego że załoga śpi we wspólnym kubryku, nie ma tu podziału na kabiny. Ile ja się tu nauczyłem nowego na tych rejsach...
Kapitan Zbierajewski nauczył się na przykład, że sternik wcale nie musi stać przed kołem sterowym w nocy - bo jeśli nie widzi, to właściwie po co ma stać?
Niewidomi robią na wachtach dokładnie to samo, co ich widzący partnerzy na służbie. Sprzątają, pomagają stałej załodze w miarę potrzeb i nawigują -dzięki zainstalowaniu na jachcie mówiącej wersji kompasu.
Załoga przed wyjściem w morze została przeszkolona. Wszyscy dowiedzieli się, do czego która lina służy i jak stawia się trzy żagle na "Zawiszy". Pełnosprawnej części załogi pokazano wszystko palcem na pokładzie. Niewidomi jeździli palcem po opasłym tomisku, w którym, na kształt alfabetu Braille'a, wydziurkowano sylwetkę jachtu, jego olinowania i poszczególnych urządzeń.
Zaokrętowali się 1 sierpnia. Na pierwszą kolację (tradycyjnie już) podano salceson. Mieli wypłynąć następnego dnia. Niestety, awaria jednego z agregatów trochę pokrzyżowała im plany. Wypłynęli dopiero cztery dni później.
Oto wyjątki z dziennika pokładowego trwającego rejsu.
31 lipca 2008 r.
Jak wiadomo -żeby dojść do celu -najpierw trzeba spełnić warunek podstawowy -wyjść z domu. Właśnie wyruszyliśmy i jedziemy z Warszawy do Gdyni. My -to znaczy trójka, która będzie uczestniczyła we wszystkich trzech rejsach - Janusz Zbierajewski - kapitan, Robert Krzemiński, który przez kilka miesięcy był głównym organizatorem całej imprezy, a teraz będzie bosmanem i Robert Stańczyk -oficer. Podróż poniekąd wymusza wspomnienia. A podczas tych dwóch edycji zebrało się już małe co nieco. W głowie przewijają mi się różne sceny Przypominam sobie: Jarka, ksywka Gniady, który wychylił głowę z kabiny nawigacyjnej i - słysząc głosy na pokładzie rufowym -zapytał: -Czy tu jest ktoś, kto widzi? -Tak, ja widzę -odpowiedział jeden z siedzących na rufie członków załogi. -To się ciesz! -skomentował Jarek i schował się do nawigacyjnej.
Prawdę mówiąc -było to dla nas zaskoczeniem. Do tej pory mieliśmy minimalne (żeby nie powiedzieć -żadne) doświadczenie w kontaktach z grupą niewidomych i to specyficzne poczucie humoru Gniadego utwierdziło nas w przekonaniu, że niewidomy jest takim samym człowiekiem, jak widzący, tyle tylko, że nie widzi. Baśkę -która weszła na fokmaszt, przeszła przez bocianie gniazdo, zeszła na drugą burtę i - po chwilowym osłupieniu, kiedy dotarło do niej, czego dokonała - odtańczyła taniec indiański krzycząc: Byłam na góóóórzeeee! Heńka, który pracuje w hospicjum i prawie codziennie ktoś umiera na jego rękach i dla którego udział w rejsie stał się metodą odreagowania stresów i - jak sam mówi - "naładowaniem akumulatora". Bożenę, która po utracie wzroku przez 6 lat nie odważyła się wyjść sama z domu, a po rejsie do Amsterdamu przysłała nam SMS-a: "Pokazaliście mi, jak można żyć. Dziękuję". Justynę, która jednym zdaniem pomogła mi tak dużo zrozumieć: "Nie próbuj mi tłumaczyć, że jesteś w czerwonej kurtce, bo ja i tak nie wiem, jak wygląda kolor czerwony". Ryśka, który -razem ze swoim widzącym przyjacielem Staszkiem - bierze udział we wszystkich możliwych maratonach i który codziennie po pokładzie przebiegał w ramach treningu parę kilometrów w tę i z powrotem. Po rejsie stwierdził: "żeglarstwo jest fajne, ale jednak maratony są fajniejsze".
5 sierpnia 2008 r.
Minęła północ. Już wiemy, że w środku nocy, parę minut po 2.00 wypływamy.
7 sierpnia 2008 r.
55 stopni i11 minut N, 013 stopni 16 stopni 32 minuty E (południowe wybrzeże Szwecji ok. 50 mil morskich za Bornholmem w kierunku zachodnim). Neptun już w pierwszych godzinach rejsu pokazał próbkę swych możliwości. Ponad połowa załogi została wyłączona na pewien czas z wszelkich prac pokładowych. Choroba morska nie wybierała -chorowali zarówno widzący jak i niewidomi. Jeden z nich, Darek z Kamiennej Góry, zwany u nas "Dareckim", po paru godzinach, parafrazując znany żart, wspomina: "rzygałem dalej niż widzę", wzbudzając tym salwę śmiechu.
Kiedy z nieba lał się deszcz, a fala zalewała śródokręcie, załoga w pośpiechu wciągała na siebie przeciwwodne akcesoria. Furorę zrobiła Ola "Ciężarówka' ("Ciężarówka" -ponieważ jest aktualną mistrzynią świata osób niewidomych w trójboju siłowym, czyli rwaniu, ciągnięciu, podnoszeniu różnych ciężkich rzeczy), która dopiero na "Zawiszy" zorientowała się, że mama kupiła jej buty do chodzenia po wodzie -z dziurą na pięcie, aby woda lepiej się z nich wylewała - a nie chroniące przed wodą.
Po paru godzinach wiatr i fala posztormowa wyraźnie zelżały, a rano zaświeciło piękne słońce, więc humory na dzielnym "Zawiszy" zdecydowanie się poprawiły. Ciężej dotknięci chorobą morską marzyli tylko o tym, żeby jak najszybciej gdzieś wysiąść, a teraz zaczęli odkrywać piękno żeglarstwa. Stan euforii trwał krótko, ponieważ bosman zagonił wszystkich do roboty. Trzeba usunąć wspomnienia złej pogody. Szorowaliśmy pokład, łazienki, toalety, odkurzaliśmy kubryk i messę. Pod czujnym okiem bosmańskim zrobiliśmy klar całego statku. A teraz przygotowujemy się do uczczenia urodzin Dominiki. Z kuchni dochodzi wspaniały zapach pieczonej szarlotki
Zasada projektu Roczenia: połowa obsady "Zawiszy Czarnego" to osoby niewidome i niedowidzące, połowa ludzie pełnosprawni plus doświadczone na morzu kierownictwo - kapitan, bosman i oficerowie. Nazwał swój projekt "Zobaczyć morze".
To taki żart słowny, żeby zagrać światu na nosie - tłumaczy Roczeń. -Zawsze bawi mnie konsternacja moich rozmówców, gdy powiedzą do mnie "zobacz" lub "widziałeś?". Tymczasem ich "ojej, przepraszam" jest niepotrzebne. Słowo "zobaczyć" wcale nie jest zarezerwowane dla osób widzących. Ja też widzę, tylko rękoma.
Pierwszy (bałtycki), rejs na przełomie maja i czerwca 2006r. trwał 11 dni, drugi (po Bałtyku i Morzu Północnym) 21 dni. Trzeci -znów bałtycki -trwa już cały miesiąc, przez pokład w trzech turach po 10 dni przewinie się aż 96 osób, w tym 48 niewidomych z Polski i Europy.
-Medycyna nie opisała dotąd choroby "Zawisza Czarny", a jest ona nieuleczalna. Ja choruję od ponad 30 lat i w pełni rozumiem, że zapadł na nią Romek Roczeń i połowa załogantów, która dotąd z nami płynęła - mówi kapitan Janusz Zbierajewski. - Pomysł rejsu z niewidomymi wydawał mi się szalony i nie podjąłbym się go poprowadzić, gdyby nie to, że pływałem wcześniej z Romkiem. Pomyślałem, że skoro on jest w stanie zrobić wszystko, co każdy inny żeglarz, poza wypatrzeniem okrętu na horyzoncie, to dlaczego dla połowy niewidomej załogi miałby to być problem? Uczestnicy pierwszego rejsu, zarówno niewidomi, jak i widzący, powalili mnie na obie łopatki swoją postawą i szybkim przystosowaniem do nowej sytuacji. I tak jest za każdym razem. Bo integracja na "Zawiszy" następuje błyskawicznie, także dlatego że załoga śpi we wspólnym kubryku, nie ma tu podziału na kabiny. Ile ja się tu nauczyłem nowego na tych rejsach...
Kapitan Zbierajewski nauczył się na przykład, że sternik wcale nie musi stać przed kołem sterowym w nocy - bo jeśli nie widzi, to właściwie po co ma stać?
Niewidomi robią na wachtach dokładnie to samo, co ich widzący partnerzy na służbie. Sprzątają, pomagają stałej załodze w miarę potrzeb i nawigują -dzięki zainstalowaniu na jachcie mówiącej wersji kompasu.
Załoga przed wyjściem w morze została przeszkolona. Wszyscy dowiedzieli się, do czego która lina służy i jak stawia się trzy żagle na "Zawiszy". Pełnosprawnej części załogi pokazano wszystko palcem na pokładzie. Niewidomi jeździli palcem po opasłym tomisku, w którym, na kształt alfabetu Braille'a, wydziurkowano sylwetkę jachtu, jego olinowania i poszczególnych urządzeń.
Zaokrętowali się 1 sierpnia. Na pierwszą kolację (tradycyjnie już) podano salceson. Mieli wypłynąć następnego dnia. Niestety, awaria jednego z agregatów trochę pokrzyżowała im plany. Wypłynęli dopiero cztery dni później.
Oto wyjątki z dziennika pokładowego trwającego rejsu.
31 lipca 2008 r.
Jak wiadomo -żeby dojść do celu -najpierw trzeba spełnić warunek podstawowy -wyjść z domu. Właśnie wyruszyliśmy i jedziemy z Warszawy do Gdyni. My -to znaczy trójka, która będzie uczestniczyła we wszystkich trzech rejsach - Janusz Zbierajewski - kapitan, Robert Krzemiński, który przez kilka miesięcy był głównym organizatorem całej imprezy, a teraz będzie bosmanem i Robert Stańczyk -oficer. Podróż poniekąd wymusza wspomnienia. A podczas tych dwóch edycji zebrało się już małe co nieco. W głowie przewijają mi się różne sceny Przypominam sobie: Jarka, ksywka Gniady, który wychylił głowę z kabiny nawigacyjnej i - słysząc głosy na pokładzie rufowym -zapytał: -Czy tu jest ktoś, kto widzi? -Tak, ja widzę -odpowiedział jeden z siedzących na rufie członków załogi. -To się ciesz! -skomentował Jarek i schował się do nawigacyjnej.
Prawdę mówiąc -było to dla nas zaskoczeniem. Do tej pory mieliśmy minimalne (żeby nie powiedzieć -żadne) doświadczenie w kontaktach z grupą niewidomych i to specyficzne poczucie humoru Gniadego utwierdziło nas w przekonaniu, że niewidomy jest takim samym człowiekiem, jak widzący, tyle tylko, że nie widzi. Baśkę -która weszła na fokmaszt, przeszła przez bocianie gniazdo, zeszła na drugą burtę i - po chwilowym osłupieniu, kiedy dotarło do niej, czego dokonała - odtańczyła taniec indiański krzycząc: Byłam na góóóórzeeee! Heńka, który pracuje w hospicjum i prawie codziennie ktoś umiera na jego rękach i dla którego udział w rejsie stał się metodą odreagowania stresów i - jak sam mówi - "naładowaniem akumulatora". Bożenę, która po utracie wzroku przez 6 lat nie odważyła się wyjść sama z domu, a po rejsie do Amsterdamu przysłała nam SMS-a: "Pokazaliście mi, jak można żyć. Dziękuję". Justynę, która jednym zdaniem pomogła mi tak dużo zrozumieć: "Nie próbuj mi tłumaczyć, że jesteś w czerwonej kurtce, bo ja i tak nie wiem, jak wygląda kolor czerwony". Ryśka, który -razem ze swoim widzącym przyjacielem Staszkiem - bierze udział we wszystkich możliwych maratonach i który codziennie po pokładzie przebiegał w ramach treningu parę kilometrów w tę i z powrotem. Po rejsie stwierdził: "żeglarstwo jest fajne, ale jednak maratony są fajniejsze".
5 sierpnia 2008 r.
Minęła północ. Już wiemy, że w środku nocy, parę minut po 2.00 wypływamy.
7 sierpnia 2008 r.
55 stopni i11 minut N, 013 stopni 16 stopni 32 minuty E (południowe wybrzeże Szwecji ok. 50 mil morskich za Bornholmem w kierunku zachodnim). Neptun już w pierwszych godzinach rejsu pokazał próbkę swych możliwości. Ponad połowa załogi została wyłączona na pewien czas z wszelkich prac pokładowych. Choroba morska nie wybierała -chorowali zarówno widzący jak i niewidomi. Jeden z nich, Darek z Kamiennej Góry, zwany u nas "Dareckim", po paru godzinach, parafrazując znany żart, wspomina: "rzygałem dalej niż widzę", wzbudzając tym salwę śmiechu.
Kiedy z nieba lał się deszcz, a fala zalewała śródokręcie, załoga w pośpiechu wciągała na siebie przeciwwodne akcesoria. Furorę zrobiła Ola "Ciężarówka' ("Ciężarówka" -ponieważ jest aktualną mistrzynią świata osób niewidomych w trójboju siłowym, czyli rwaniu, ciągnięciu, podnoszeniu różnych ciężkich rzeczy), która dopiero na "Zawiszy" zorientowała się, że mama kupiła jej buty do chodzenia po wodzie -z dziurą na pięcie, aby woda lepiej się z nich wylewała - a nie chroniące przed wodą.
Po paru godzinach wiatr i fala posztormowa wyraźnie zelżały, a rano zaświeciło piękne słońce, więc humory na dzielnym "Zawiszy" zdecydowanie się poprawiły. Ciężej dotknięci chorobą morską marzyli tylko o tym, żeby jak najszybciej gdzieś wysiąść, a teraz zaczęli odkrywać piękno żeglarstwa. Stan euforii trwał krótko, ponieważ bosman zagonił wszystkich do roboty. Trzeba usunąć wspomnienia złej pogody. Szorowaliśmy pokład, łazienki, toalety, odkurzaliśmy kubryk i messę. Pod czujnym okiem bosmańskim zrobiliśmy klar całego statku. A teraz przygotowujemy się do uczczenia urodzin Dominiki. Z kuchni dochodzi wspaniały zapach pieczonej szarlotki
8 sierpnia 2008 r.
57 stopni 39 minut N, 010 stopni 53 minuty E (za parę mil na trawersie będziemy mieli Skagen). Planowaliśmy zawinąć do Skagen, ale nadal na łeb na szyję gnamy do Bergen, aby zdążyć na rozpoczęcie regat The Tall Ships'Races 2008. ...(Wczoraj) wieczorem odbył się wieczór norweski, na którym czwórka niewidomych Norwegów opowiadała o sobie, Norwegii, kulturze norweskiej oraz regionalnej kuchni. Zaśpiewali nam najbardziej znane norweskie piosenki.
12 sierpnia 2008 r., Bergen
Z powodu małej ilości czasu, szkolenie załogi musiało się odbyć w ulewnym deszczu. Nie byli z tego zadowoleni, ale nie było wyjścia. W Bergen panuje specyficzny klimat -występuje tu największa na świecie amplituda opadów. Norwegowie żartują, że w Bergen są tylko trzy słoneczne dni w całym roku. Na II etapie rejsu mamy na pokładzie już tylko jednego gościa z zagranicy. Tym razem jest to poddany Królowej Brytyjskiej o imieniu Jeff. Zaraz po przyjeździe przechrzcił naszego "Zawiszę" na "Black Charliego", tłumacząc, że wymowa imienia sławnego patrona jachtu jest dla niego niemożliwa.
Podsumowując tę część projektu - załoga spędziła 109 godzin w Gdyni, 103 w morzu i 14 w Bergen. Jesteśmy szczęśliwi i nic tego nie zakłóci. Oczywiście, mogło być piękniej.
Rezygnacja z odwiedzenia wszystkich portów po drodze to przykra konieczność, ale i tak jesteśmy
dzielniejsi
Kończymy paradę, płyniemy na linię startu regat (The Tall Ships` Races 2008). W tegorocznej
edycji regat startują 62 ekipy. Zostały one podzielone ze względu na wielkość i ożaglowanie na4 kategorie. "Zawisza" znalazł się w klasie B, wraz z 15 innymi jednostkami. (...) Dwa razy dziennie... musimy podawać swoją pozycję, po czym organizatorzy podają nam miejsce w rankingu. "Zawisza" jest ciężką jednostką wybitnie antyregatową, więc każda pozycja powyżej ostatniej będzie dla nas zwycięstwem.
19 sierpnia 2008 r.
Przy sile wiatru 7 w skali Beauforta i trzymetrowej fali Morza Północnego "Zawisza Czarny" wchodzi do portu w Den Helder, Holandia. (...) Właśnie zakończyły się regaty (...), w których brał udział "Zawisza" z 70 procent załogi poniżej 25. roku życia, w tym 16 osobami niewidomymi. Po ośmiu dniach nieprzerwanej żeglugi kapitan podjął decyzję o wycofaniu się. Gdybyśmy bowiem czekali na oficjalne zamknięcie mety i możliwość uruchomienie silnika, nasza odległość od portu byłaby tak duża, że weszlibyśmy dopiero na kilka godzin przed wymianą załogi i załoga "regatowa" nie zdołałaby ani obejrzeć miasta, ani innych żaglowców biorących udział w imprezie. W momencie wycofywania się z regat (18 sierpnia, dobę przed zamknięciem linii mety), "Zawisza" plasował się na 10 pozycji na 16 żaglowców w swojej klasie (klasa B).
Telewizja holenderska wyemitowała w wiadomościach relację z naszego wejścia do kanału, co spotkało się z zaskakująco żywym odzewem lokalnej ludności. Nawet w nocy miejscowi odwiedzali nas, z ciekawością sprawdzając, czy faktycznie połowa załogi nie widzi i życząc nam powodzenia w kolejnym, trzecim etapie tego wyjątkowego rejsu.
Dalszy ciąg dziennika pokładowego można śledzić w internecie pod adresem http: //zagle.onet.pl/1594,1500956,artykul.html Zdjęcia do reportażu wykonano podczas rejsu 2007, wtedy to fotoreporterowi "Gazety" Damianowi Kramskiemu udało się zaokrętować na "Zawiszę". Prezentujemy je po raz pierwszy.
57 stopni 39 minut N, 010 stopni 53 minuty E (za parę mil na trawersie będziemy mieli Skagen). Planowaliśmy zawinąć do Skagen, ale nadal na łeb na szyję gnamy do Bergen, aby zdążyć na rozpoczęcie regat The Tall Ships'Races 2008. ...(Wczoraj) wieczorem odbył się wieczór norweski, na którym czwórka niewidomych Norwegów opowiadała o sobie, Norwegii, kulturze norweskiej oraz regionalnej kuchni. Zaśpiewali nam najbardziej znane norweskie piosenki.
12 sierpnia 2008 r., Bergen
Z powodu małej ilości czasu, szkolenie załogi musiało się odbyć w ulewnym deszczu. Nie byli z tego zadowoleni, ale nie było wyjścia. W Bergen panuje specyficzny klimat -występuje tu największa na świecie amplituda opadów. Norwegowie żartują, że w Bergen są tylko trzy słoneczne dni w całym roku. Na II etapie rejsu mamy na pokładzie już tylko jednego gościa z zagranicy. Tym razem jest to poddany Królowej Brytyjskiej o imieniu Jeff. Zaraz po przyjeździe przechrzcił naszego "Zawiszę" na "Black Charliego", tłumacząc, że wymowa imienia sławnego patrona jachtu jest dla niego niemożliwa.
Podsumowując tę część projektu - załoga spędziła 109 godzin w Gdyni, 103 w morzu i 14 w Bergen. Jesteśmy szczęśliwi i nic tego nie zakłóci. Oczywiście, mogło być piękniej.
Rezygnacja z odwiedzenia wszystkich portów po drodze to przykra konieczność, ale i tak jesteśmy
dzielniejsi
Kończymy paradę, płyniemy na linię startu regat (The Tall Ships` Races 2008). W tegorocznej
edycji regat startują 62 ekipy. Zostały one podzielone ze względu na wielkość i ożaglowanie na4 kategorie. "Zawisza" znalazł się w klasie B, wraz z 15 innymi jednostkami. (...) Dwa razy dziennie... musimy podawać swoją pozycję, po czym organizatorzy podają nam miejsce w rankingu. "Zawisza" jest ciężką jednostką wybitnie antyregatową, więc każda pozycja powyżej ostatniej będzie dla nas zwycięstwem.
19 sierpnia 2008 r.
Przy sile wiatru 7 w skali Beauforta i trzymetrowej fali Morza Północnego "Zawisza Czarny" wchodzi do portu w Den Helder, Holandia. (...) Właśnie zakończyły się regaty (...), w których brał udział "Zawisza" z 70 procent załogi poniżej 25. roku życia, w tym 16 osobami niewidomymi. Po ośmiu dniach nieprzerwanej żeglugi kapitan podjął decyzję o wycofaniu się. Gdybyśmy bowiem czekali na oficjalne zamknięcie mety i możliwość uruchomienie silnika, nasza odległość od portu byłaby tak duża, że weszlibyśmy dopiero na kilka godzin przed wymianą załogi i załoga "regatowa" nie zdołałaby ani obejrzeć miasta, ani innych żaglowców biorących udział w imprezie. W momencie wycofywania się z regat (18 sierpnia, dobę przed zamknięciem linii mety), "Zawisza" plasował się na 10 pozycji na 16 żaglowców w swojej klasie (klasa B).
Telewizja holenderska wyemitowała w wiadomościach relację z naszego wejścia do kanału, co spotkało się z zaskakująco żywym odzewem lokalnej ludności. Nawet w nocy miejscowi odwiedzali nas, z ciekawością sprawdzając, czy faktycznie połowa załogi nie widzi i życząc nam powodzenia w kolejnym, trzecim etapie tego wyjątkowego rejsu.
Dalszy ciąg dziennika pokładowego można śledzić w internecie pod adresem http: //zagle.onet.pl/1594,1500956,artykul.html Zdjęcia do reportażu wykonano podczas rejsu 2007, wtedy to fotoreporterowi "Gazety" Damianowi Kramskiemu udało się zaokrętować na "Zawiszę". Prezentujemy je po raz pierwszy.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Arcymaszkary polskiej architektury. Sopot ...
- Poznaj najniebezpieczniejsze ulice ...
- Życie Lecha Wałęsy: Sharon Stone i świat ...
- "Proszę pokazać torbę". Co może sklepowy ...
- Wyjątkowy spacer! Gdańskie zakamarki dla ...
- Motorniczowie pamiętajcie, że ciepły ...
- Pół tony holenderskiej trawy w oponach [wideo]







