Kumpel Carlosa był tutaj

Roman Daszczyński
2007-03-22 aktualizacja: 2007-03-22 00:00
A A A Drukuj
Fot. Damian Kramski / Agencja Ga
Głucha cisza zapadła po kradzieży brylantów na targach biżuterii Amberif w Gdańsku. Policja i prokuratura wiedzą tak dużo, że są już blisko sprawcy i nie chcą go spłoszyć? A może wiedzą tak mało, że prawie nic?
Tomasz Kłoczewiak jest prezesem Stowarzyszenia Rzeczoznawców Jubilerskich w Warszawie. W czwartek 15 marca był w Gdańsku na targach Amberif. Jego stoisko znajdowało się w pobliżu stoiska firmy Benelux Diamonds.

- Wszyscy zaczynali pracę od dziewiątej, żeby przygotować swoje ekspozycje na godzinę rozpoczęcia handlu, na dziesiątą - opowiada Kłoczewiak. - Zauważyłem, że ekipa Beneluksu nie wystawia swojej oferty, ale żadnego zamieszania nie było.

W południe do Kłoczewiaka zadzwonił kolega z miasta.

- Co tam u was się dzieje? Naprawdę diamenty za półtora miliona dolarów ukradli?

- Nic o tym nie wiem - odparł całkowicie zaskoczony Kłoczewiak.

- Żartujesz? Przecież radio o tym trąbi.

Ile było brylantów?

Szlifierze diamentów są elitą wśród speców od obróbki kamieni szlachetnych. Przyuczanie do zawodu trwa dwa lata i tylko nieliczni dostają do ręki coś więcej niż jubilerską drobnicę. Szlif diamentowy ma swoje zasady bez względu na wielkość bryły.

Polska takich fachowców nie ma - po prostu importuje gotowe już brylanty. Przedstawiciele Benelux Diamonds przyjechali do Gdańska z Antwerpii - europejskiej stolicy handlu diamentami. To była ich czwarta wizyta w Gdańsku.

- Nie wiem, skąd się wzięła informacja, że to był jedyny wystawca diamentów na naszej imprezie - mówi Tomasz Hołdys, wiceprezes Międzynarodowych Targów Gdańskich. - Takich wystawców było kilku. I można powiedzieć, że uczestnicy Amberifu to sprawdzone firmy. Nie można wykupić u nas boksu wystawowego, przychodząc od tak z ulicy. Trzeba mieć renomę w środowisku.

Hołdys nie zna jednak szczegółów oferty przywiezionej do Gdańska przez Benelux Diamonds. - To sprawa tej firmy i jej kontrahentów - zapewnia. - My tylko organizujemy warunki do handlu.

Z komunikatu policji wynika, że łup złodzieja to 230 diamentów. Głównie drobnica, w żargonie jubilerskim "mela", 1-, 2-milimetrowej średnicy brylanciki. Takich kamieni nie kupuje się na sztuki, lecz na karaty. A jeden karat to 200 miligramów. Cena w zależności od wielkości meli od 350 do 600 dolarów za karat. Towar może nie najdroższy, ale najłatwiej go upłynnić.

Było też kilkadziesiąt stosunkowo dużych kamieni. Największy z nich - o średnicy centymetra, czyli 4 karaty, za jakieś 50 tysięcy dolarów.

- Widziałem ich stoisko, nie wiem, skąd się wzięła informacja, że łupem złodzieja padło 230 brylantów - mówi Kłoczewiak. - Na pewno było tego dużo więcej.

Okoliczności kradzieży stały się tematem towarzyskich rozmów nie tylko wśród jubilerów. Z braku rzetelnej informacji - krążą domysły.

- Rozmawialiśmy o tym trochę w gronie uczestników targów - przyznaje Kłoczewiak. - To nie była improwizacja. Jest więcej niż prawdopodobne, że ktoś zrobił rozeznanie na targach rok temu. Przygotował się perfekcyjnie i na pewno nie działał sam.

Zagadki z pawilonu

Stoisko Benelux Diamonds znajdowało się w tzw. Pawilonie Złotym. Na noc brylanty zostawiono w pomieszczeniu depozytowym, które zlokalizowane jest w tej samej hali. Korzystało z niego kilkudziesięciu wystawców. Pod względem organizacyjnym nie wszystko chyba było idealnie - bywało, że po zakończeniu handlu do depozytu szedł tłum wystawców z kosztownościami. Godzina czekania w kolejce. Szef firmy ochroniarskiej Thor, która obsługuje targi, nie chciał jednak o tym rozmawiać.

Co do złodzieja - szczupły, jakieś 180 centymetrów wzrostu. Typ śródziemnomorski. Nie umiał mówić po polsku, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Był miły i na luzie. Podobno dysponował oryginalnym dokumentem uprawniającym do odbioru kosztowności i elektroniczną kartą umożliwiającą dostęp do skrytki. Depozyt otwierany był od dziewiątej - tak, by wystawcy mieli czas na przygotowanie swoich ekspozycji na godzinę dziesiątą. Złodziej w każdej chwili mógł zostać nakryty przez prawdziwych właścicieli kosztowności. Jeśli rzeczywiście dysponował skradzionym dokumentem i kartą elektroniczną, to musiał się liczyć, że ich właściciel zauważy stratę i podniesie alarm.

Wejścia do pawilonu były dwa - z dworu i z Hali Bursztynowej. Nawet jeśli złodziej dał się zarejestrować kamerom monitorującym teren targów, zrobił to tak, że nie widać jego twarzy. Portret pamięciowy sporządzono na podstawie zeznań świadków jego wizyty w depozycie.

Jedyny konkretny dowód, jaki wpadł w ręce policjantów, to teczka, do której sprawca kradzieży zabrał klejnoty. Porzucono ją pod sklepem w Rumi. Policjanci łamią sobie głowę, dlaczego właśnie tam, ale nie wiążą wielkich nadziei z tym wątkiem. Pewnie padło na Rumię, bo to miasto nie ma nic wspólnego z ucieczką złodzieja. Ślady zostały zatarte, spece od dowodów zapachowych też nic istotnego nie znajdą.

Śledztwo nadzoruje prokurator Joanna Reptowska, szefowa Prokuratury Rejonowej Gdańsk Oliwa.

- Nie możemy informować o naszych ustaleniach - zapewnia prok. Reptowska. - Przesłuchaliśmy kilkudziesięciu świadków, a kolejni będą dopiero zeznawać, więc mogliby się zasugerować informacjami uzyskanymi za pośrednictwem mediów. Chcemy tego uniknąć. Przed nami dużo pracy, będzie potrzebna pomoc prawna z zagranicy. To może być długie i żmudne śledztwo.

Szczęście w nieszczęściu

Kierownictwo MTG drżało o skutki diamentowego skandalu. Kto poniesie skutki finansowe? Pewnie nie Benelux Diamonds, bo kamienie były ubezpieczone. Nie ma jednak wątpliwości, że firma ubezpieczeniowa będzie szukała tych, którzy swoimi zaniedbaniami mogli przyczynić się do sukcesu złodzieja. Do Gdańska mają przyjechać belgijscy detektywi.

Ucierpi marka imprezy? Amberif to największe w świecie targi bursztynu, na które przyjeżdża 8 tysięcy kupców z 40 krajów. Gdy wchodzi się do Hali Bursztynowej, dosłownie słychać szelest odliczanych banknotów. Incydent z diamentami nie popsuje tych interesów - tym bardziej że zagraniczni dziennikarze nie podjęli tematu, bo wartość diamentów była stosunkowo mała.

Kilka dni przed kradzieżą w Gdańsku z renomowanego banku ABM Amro w Antwerpii "wyparowały" brylanty za 28 mln euro. Belgijska policja wie, że wykrywalność tego typu kradzieży jest znikoma, więc od razu zadeklarowała 2 mln euro nagrody za pomoc w odszukaniu sprawcy. Chodzi o mężczyznę latynoskiej urody. Przez ostatni rok był stałym klientem banku jako Carlos Hector Flomenbaum z Argentyny. Branża - diamentowa. Dostał elektroniczną kartę umożliwiającą dostęp do skrytki. I nikomu do głowy nie przyszło, jaki może zrobić z tego użytek.









Podziel się

  • 11 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów