Lwy Marianny: Ta historia to prawdziwy scenariusz filmowy

Bożena Aksamit
11.02.2012 aktualizacja: 2012-02-11 14:35
A A A Drukuj
Fot. Rafa3 Malko / Agencja Gazeta
Jeden z jej doktorantów - Madian dit Tieman Diarra z Mali - nazwał swoją córkę Marianna Sankiewicz
Marianna Sankiewicz-Budzyńska*: Wie pani, co jest w moim długim życiu najważniejsze?

Bożena Aksamit: Nie mam pojęcia.

- Zostałam wychowana według dekalogu i traktowałam to zawsze poważnie, duży wpływ na mnie miało harcerstwo, które uczy braterstwa i odpowiedzialności za kolegów. Działałam w nim od 1936, a trzy lata później, gdy wybuchła wojna, związałam się z harcerką konspiracją.

W życiu ważna jest zwykła uczciwość i przyzwoitość. Miałam dużo szczęścia i spotkałam sporo przyzwoitych ludzi. Byli wśród nich i Niemcy, i Rosjanie, nawet enkawudziści. Polacy - partyjni i bezpartyjni. Często, gdy już nie było nadziei, ratunek przychodził od osób, które zgodnie z logiką nie powinny były pomóc, a pomagały.

Najważniejsi są jednak moi studenci, mnóstwo z nich, to niesamowici ludzie. Prawi, uczciwi i od młodości po dziś działający społecznie. Gdy kończyli studia, bardzo często łożyli na wyjazdy za granicę swoich młodszych kolegów, kiedy zabierałam moich studentów na zagraniczne sympozja i konferencje. Tak jest nadal, jeśli ich poproszę o cokolwiek - nigdy nie odmawiają pomocy. Wielu z nich nadal do mnie pisze lub dzwoni, mimo tego, że los rozrzucił ich po całym świecie.

Są inżynierami dźwięku?

- Nie tylko. Są naukowcami, pracują jako inżynierowie dźwięku, obrazu. Niektórzy odeszli do biznesu. W nauczaniu i wychowywaniu bardzo liczy się bezpośredni kontakt. Spotkanie mistrza i ucznia. Szkoda, że dziś już w uczelniach nie ma warunków do kształtowania takich relacji. Współczesna technologia kształcenia - prowadzona w coraz lepszych warunkach lokalowych i aparaturowych - nastawiona jest na "masową produkcję" inżynierów. Nawet egzaminy ustne stają się rzadkością, bo nie ma na nie czasu. A przecież studia nie mają uczyć tylko umiejętności zawodowych, lecz powinny kształtować osobowość młodego człowieka i dawać umiejętność zbierania oraz przetwarzania informacji, a przez to rozwiązywania problemów, jakie człowiek napotyka w życiu.

Panią studenci ubóstwiają, nie mam co do tego wątpliwości. W zeszłym roku urządzili pani niezwykły jubileusz, powstał o pani wiersz, inni wydali książkę, pamiątkowy znaczek pocztowy, wystąpili do prezydenta Polski o nadanie Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Musieli od pani otrzymać coś niezwykłego.

- Uczyłam ich wewnętrznego zdyscyplinowania i bezinteresownej pracy dla innych. Starałam się im pomagać. To wszystko.

Chyba coś więcej. Jeden z pani doktorantów Madian dit Tieman Diarra z Mali nazywa panią drugą matką i dał swojej córeczce na imię Marianna Sankiewicz.

- Kilka razy w życiu uniknęłam śmierci dzięki pomocy dobrych ludzi, często zupełnie obcych i przypadkowo spotkanych. Mam poczucie, że jestem coś winna bliźnim, że muszę to nieoczekiwane, a tak ocalające mnie dobro odpłacić innym, którzy także są w potrzebie.

Więc ratowała pani studentów z rozmaitych opresji. Bywali niepokorni, czasami nieodpowiedzialni, a PRL nie był dobrym czasem dla takich ludzi.

- Niekiedy te historie nadawałyby się na scenariusz filmowy. Zimą 1971 roku dzwoni do mnie funkcjonariusz SB w Szczecinie i pyta, czy taki a taki jest moim studentem, bo właśnie go osadziliśmy w więzieniu. Ja do tego bezpieczniaka mówię, że to niezwykłe, bo w tym samym więzieniu ja siedziałam. W czasie wojny było tam Gestapo, może on w tej samej celi jeszcze siedzi co ja, moja miała numer 69. Śledczy się zmieszał, a ja zaczęłam mu tłumaczyć, że tego studenta biorę na swoją odpowiedzialności i mają go wypuścić, bo on w czasie przerwy semestralnej powinien egzaminy zdawać, a nie chodzić po kawiarniach. Okazało się, że chłopak spotkał się w kawiarni ze znajomymi i zaczęli rozmawiać o wydarzeniach grudniowych w Trójmieście; podsłuchał ich jakiś "życzliwy" i trafili do aresztu.

Pani życie w ogóle nadaje się na scenariusz.

- Moja rodzina pochodzi z Wileńszczyzny. Rodzice studiowali w Petersburgu. Po Rewolucji Październikowej uciekli do Polski i zatrzymali się czasowo w Przerośli, gdzie przyszłam w 1921 r. na świat. Od 1935 rodzice prowadzili schronisko turystyczne nad jeziorem Wigry. Mimo śmierci ojca w 1936 r. mama z pomocą trzech córek prowadziła schronisko aż do wojny. Chodziłam do gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach, byłam najmłodsza w klasie. Szkoła miała regulamin na dzisiejsze czasy zakonny. Było powiedziane, kiedy mamy nosić buty sznurowane, a kiedy z cholewkami, kiedy w jakich strojach. Wszystko to sprawdzano przy wejściu do szkoły, gdzie stała nauczycielka dyżurna. Stał tam też kosz, do którego wszystkie dziewczyny składały swoje drugie śniadania. Na dużej przerwie kosz wjeżdżał na salę i każda brała pierwszą lepszą kanapkę.

Pani ma 18 lat, gdy wybucha wojna.

- Mama wysłała mnie do swojej siostry do Starogardu Gdańskiego. Ciocia była chora, dwoje dzieci wymagało opieki, a wujka, lekarza, zmobilizowano do wojska. 28 sierpnia 1939 ewakuowano nas do Wilna i tam usłyszałam ową straszną wiadomość: Wojna. Stałam się wówczas odpowiedzialna za czteroosobową rodzinę, a więc musiałam zacząć zarabiać. Szczęśliwie dostałam pracę - roznosiłam 250 egzemplarzy gazety "Głos Wileński" pod wskazane adresy; zaczynałam o świcie, o trzeciej nad ranem, ale dzięki temu mogłam podjąć w ciągu dnia naukę w Instytucie Języków Obcych. Skupiałam się na niemieckim, ale uczyłam się także angielskiego, hiszpańskiego i francuskiego.

I zachorowała pani na tyfus.

- Wiosną w Wilnie była powódź, a potem wybuchła epidemia tyfusu. Gdy leżałam w szpitalu, ludzie wokół mnie umierali jak muchy. Byłam już w tak kiepskim stanie, że odwieziono mnie do kostnicy. Ocalałam, bo sanitariusz zobaczył, że jeszcze żyję i wyniósł mnie stamtąd. W czerwcu 1941 r. Wilno zajęli Niemcy. Zaczęłam pracować jako kelnerka w Soldatenheimie, kantynie dla żołnierzy, która działała w dawnej kawiarni Strahla. Zbierałam tam informacje, którymi interesowała się organizacja harcerska. Do baru przychodzili także żołnierze hiszpańscy, wtedy poznałam Antonia, który później okazał się bardzo pomocny.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy