Jedno piwo, 6-latek nie żyje. Kulisy tragedii pod Gdańskiem
06.01.2012
aktualizacja: 2012-01-06 12:17
Przed południem wypił piwo, poszedł z dzieckiem na spacer, a potem wsiadł do auta.
ZOBACZ TAKŻE
- Tragedia pod Gdańskiem: jeep w stawie, 4 osoby nie żyją (14-01-12, 17:54)
- Nietrzeźwy kierowca wjechał na chodnik. 6-latek nie żyje (31-12-11, 17:27)
SERWISY
Pięcioosobowa rodzina na sylwestrowym spacerze. Ostatni dzień grudnia, ale na dworze wiosna: pełne słońce, ani śniegu, ani deszczu. I siedem stopni ciepła. Grzech nie korzystać z takiej pogody. Szybko się ściemni. Wieczorem główna atrakcja dla dzieciaków: fajerwerki.
On - świetny facet, właściciel prywatnej firmy, znany instruktor kajakarstwa. Ona - wspaniała matka i żona. I ta mała trójka, którą wychowują na mądrych, dzielnych ludzi. Wit ma 6 lat. Bliźniaki Tymon i Lila - po cztery.
Jest prawie godzina 14.40. Idą przy ruchliwej trasie Starogard - Gdańsk. Dwieście metrów prostej drogi. Dopiero niedawno zakończono przebudowę, wszystko jest nowe: szeroki chodnik, ścieżka rowerowa, asfaltowa nawierzchnia drogi, wysokie krawężniki, znaki.
To dzieje się w ułamkach sekund. Osobowe auto pędzi w stronę Gdańska. Wyprzedza motocyklistę. Powinno jechać najwyżej 50 na godzinę, bo to teren zabudowany, ale wyciska znacznie więcej. 80, 90, 110? Samochód wyskakuje z drogi na chodnik. Kierowca nie panuje nad sytuacją. Auto przeleciałoby pewnie przez chodnik i stoczyło się ze skarpy, ale nowe i mocne drogowe bariery sprawiają, że dzieje się inaczej. Pojazd leci wzdłuż drogi jak pocisk przez prawie siedemdziesiąt metrów. Zmiata wszystko, co jest na chodniku.
Opowieść tego, który ratował
Rafał dociera do tego miejsca najwyżej minutę po wypadku. Dopiero co zrobili zakupy w pobliskim Lidlu.
- Zjeżdża się z górki, wprost w tę dolinkę z drogą i chodnikiem - opowiada Rafał. - Coś się stało, to było od razu jasne. Samochód na chodniku, wokół jakby porozrzucane worki z zakupami. Ale wysiedliśmy z naszego auta, i zobaczyliśmy, że to są dzieci.
Czteroletnia dziewczynka leży na jezdni i płacze. Żona Rafała podbiega do niej, żeby przytulić i okryć swoją kurtką.
Chłopiec leży na chodniku. Nieruchomo. Sina główka, zalana krwią buźka. Z trudem oddycha. Ktoś go już ułożył na boku, w tak zwanej bezpiecznej pozycji.
Na boku leży też ojciec dzieci, z otwartym złamaniem nogi. Kość przebiła spodnie.
Matka raz staje, raz kuca przy barierce, kilka metrów dalej. Skołowana. Nie wie, co się stało.
Trzecie dziecko, czteroletni chłopczyk, stoi między rannymi - zapłakany. Ktoś go bierze na ręce, przytula, i już nie wypuszcza do przyjazdu karetki pogotowia.
- Poznaliśmy, że to rodzice Wita, który chodzi z naszą córką do klasy - mówi Rafał. - Ten mały leżał teraz przede mną nieprzytomny. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Połyskujące ciemną zielenią alfa romeo stoi rozbite na chodniku, przy samej barierce. Prawe przednie koło było urwane. Maska samochodu pogięta tak, jakby odcisnęły się na niej dwa ciała dorosłych i tuż obok dwa lub trzy mniejsze - dzieci. Szyba rozbita.
Oczekiwanie na ekipy ratownicze trwa osiem-dziesięć minut. Krótko, ale czas wlecze się niemiłosiernie. Ranna matka zaczyna wołać w stronę męża: - Marcin! Boże! Marcin! Wstań! Słyszysz?! Czemu nie wstajesz?!. Rafał podchodzi do niej.
- Jesteście po wypadku - objaśnia. - Mąż jest przytomny, będzie dobrze. Czy mam mu coś przekazać?
- Niech pan mu powie, że go bardzo kocham.
Rafał powtarza to rannemu. Słowa drżą.
Po chwili przyjeżdża straż pożarna. Po niej pierwszy ambulans, i następny. Dzieci zabiera śmigłowiec. Przez cały ten czas nikt nie zwraca uwagi na kierowcę rozbitego auta. Dopiero po wszystkim Rafał uświadamia sobie, że widział dużego mężczyznę z zaawansowaną łysiną. Ten facet stał roztrzęsiony obok. Gdy Rafał pochylił się nad nieprzytomnym Witem, zza pleców usłyszał cichy głos, coś jakby: - Boże, co ja zrobiłem. To się nie dzieje naprawdę.
On - świetny facet, właściciel prywatnej firmy, znany instruktor kajakarstwa. Ona - wspaniała matka i żona. I ta mała trójka, którą wychowują na mądrych, dzielnych ludzi. Wit ma 6 lat. Bliźniaki Tymon i Lila - po cztery.
Jest prawie godzina 14.40. Idą przy ruchliwej trasie Starogard - Gdańsk. Dwieście metrów prostej drogi. Dopiero niedawno zakończono przebudowę, wszystko jest nowe: szeroki chodnik, ścieżka rowerowa, asfaltowa nawierzchnia drogi, wysokie krawężniki, znaki.
To dzieje się w ułamkach sekund. Osobowe auto pędzi w stronę Gdańska. Wyprzedza motocyklistę. Powinno jechać najwyżej 50 na godzinę, bo to teren zabudowany, ale wyciska znacznie więcej. 80, 90, 110? Samochód wyskakuje z drogi na chodnik. Kierowca nie panuje nad sytuacją. Auto przeleciałoby pewnie przez chodnik i stoczyło się ze skarpy, ale nowe i mocne drogowe bariery sprawiają, że dzieje się inaczej. Pojazd leci wzdłuż drogi jak pocisk przez prawie siedemdziesiąt metrów. Zmiata wszystko, co jest na chodniku.
Opowieść tego, który ratował
Rafał dociera do tego miejsca najwyżej minutę po wypadku. Dopiero co zrobili zakupy w pobliskim Lidlu.
- Zjeżdża się z górki, wprost w tę dolinkę z drogą i chodnikiem - opowiada Rafał. - Coś się stało, to było od razu jasne. Samochód na chodniku, wokół jakby porozrzucane worki z zakupami. Ale wysiedliśmy z naszego auta, i zobaczyliśmy, że to są dzieci.
Czteroletnia dziewczynka leży na jezdni i płacze. Żona Rafała podbiega do niej, żeby przytulić i okryć swoją kurtką.
Chłopiec leży na chodniku. Nieruchomo. Sina główka, zalana krwią buźka. Z trudem oddycha. Ktoś go już ułożył na boku, w tak zwanej bezpiecznej pozycji.
Na boku leży też ojciec dzieci, z otwartym złamaniem nogi. Kość przebiła spodnie.
Matka raz staje, raz kuca przy barierce, kilka metrów dalej. Skołowana. Nie wie, co się stało.
Trzecie dziecko, czteroletni chłopczyk, stoi między rannymi - zapłakany. Ktoś go bierze na ręce, przytula, i już nie wypuszcza do przyjazdu karetki pogotowia.
- Poznaliśmy, że to rodzice Wita, który chodzi z naszą córką do klasy - mówi Rafał. - Ten mały leżał teraz przede mną nieprzytomny. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Połyskujące ciemną zielenią alfa romeo stoi rozbite na chodniku, przy samej barierce. Prawe przednie koło było urwane. Maska samochodu pogięta tak, jakby odcisnęły się na niej dwa ciała dorosłych i tuż obok dwa lub trzy mniejsze - dzieci. Szyba rozbita.
Oczekiwanie na ekipy ratownicze trwa osiem-dziesięć minut. Krótko, ale czas wlecze się niemiłosiernie. Ranna matka zaczyna wołać w stronę męża: - Marcin! Boże! Marcin! Wstań! Słyszysz?! Czemu nie wstajesz?!. Rafał podchodzi do niej.
- Jesteście po wypadku - objaśnia. - Mąż jest przytomny, będzie dobrze. Czy mam mu coś przekazać?
- Niech pan mu powie, że go bardzo kocham.
Rafał powtarza to rannemu. Słowa drżą.
Po chwili przyjeżdża straż pożarna. Po niej pierwszy ambulans, i następny. Dzieci zabiera śmigłowiec. Przez cały ten czas nikt nie zwraca uwagi na kierowcę rozbitego auta. Dopiero po wszystkim Rafał uświadamia sobie, że widział dużego mężczyznę z zaawansowaną łysiną. Ten facet stał roztrzęsiony obok. Gdy Rafał pochylił się nad nieprzytomnym Witem, zza pleców usłyszał cichy głos, coś jakby: - Boże, co ja zrobiłem. To się nie dzieje naprawdę.
1
2
następne »
- 345 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
75 głosów
-
Przyzwolenie społeczne na:
kretu23
06.01.12, 15:26
picie i jazdę po pijanemugnojenie i szczucie pacjentów na lekarzy i farmaceutówrozwiązywanie Rodzinnych Domów Dzieckarozrost biurokracji zgodnie z prawem Parkinsona przetargi i ich »
-
Jedno piwo, 6-latek nie żyje. Kulisy tragedii p...
greg.waw
06.01.12, 15:58
Moim zdaniem siedzieć powinien przede wszystkim projektant drogi. Przez tego kierowcę zginęła jedna osoba, a z powodu nieprawidłowego projektu drogi może zginąć jeszcze wiele osób.Wina »
-
tragedia,
wiesscar
06.01.12, 18:13
co zrobic: przebudowac technicznie samochody: predkosc maksymalna 60km/h (poza karetkami, pojazdami policji, strazy pozarnej, sluzb i wladz tzw.R-ki), nic innego nie pomoze,»
Najczęściej czytane24 htydzień







