Roman Daszczyński: Zima to jest taki czas, że żony drżą o swoich mężów wędkarzy lodowych, a rodzice o dzieci, które podczas zabawy mogą się znaleźć w pobliżu zamarzniętych zbiorników wodnych. Jest sposób, żeby zminimalizować to lodowe ryzyko? Maciej Rokus*: - Tak, jeśli ktoś już wchodzi na lód, to najlepiej nie sam. Musi orientować się, kiedy zagrożenie jest największe, jak postępować w razie kłopotów. I nade wszystko powinien mieć na sobie odpowiednie ubranie.
Tak więc kiedy zagrożenie jest największe? - Gdy mamy do czynienia z przeplatającymi się na zmianę okresami mrozu i odwilży. Wtedy lód jest warstwowy, najsłabszy. Kilka tygodni ciągłych wysokich mrozów to sytuacja najbezpieczniejsza. Jeśli przez kilkadziesiąt dni non stop byłoby minus trzydzieści stopni, pokrywa lodowa w jeziorach słodkowodnych miałaby kilkadziesiąt centymetrów. Na Mazurach zdarza się, że miejscowi wjeżdżają na lód samochodami, nawet rybacy ciągnikami w celu połowy ryb spod lodu lub skrócić drogę.
Dla mnie po prostu ryzykanci. - W sumie nikomu nie polecam. Na usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że oni znają te miejsca od dziecka. Wiedzą, gdzie jest mocna, jednolita warstwa lodu, a gdzie mogą być niespodzianki spowodowane przez naturę. Gdzieś na przykład bije podwodne źródło, jest ruch wody, a więc lód powstaje tam wolniej. Gdzieś wpływają ścieki, więc też jest ruch wody i ciut wyższa temperatura. Zresztą w takich miejscach często występują tak zwane oparzeliny, czyli takie ciemniejsze "placki", które są jak znaki ostrzegawcze.
Widać je tylko za dnia. - No tak, wchodzenie na lód po zmroku to w ogóle szaleństwo. Pamiętam, jak raz facet skrócił sobie drogę na rowerze i wpadł do przerębla, o którym nie miał pojęcia, bo rybacy zrobili go kilka godzin wcześniej i nie zabezpieczyli. Stracił rower, ale uratował się.
Zeszłej zimy był taki mróz, że skuł grubym lodem nawet Motławę w Gdańsku. Całe wycieczki spacerowały między Żurawiem a "Sołdkiem" i Ołowianką. W grupie rzeczywiście jest bezpieczniej? - Tak, pod warunkiem, że zachowa się pewne zasady. Takie osoby powinny poruszać się w zasięgu wzroku, zachowując odpowiedni odstęp. Jeśli pod kimś załamie się lód, pozostali muszą natychmiast położyć się i czołgać, ewentualnie turlać. Tonącemu można podać rękę tylko w ostateczności, taki człowiek walczy o życie, z wielką siłą może pociągnąć ratującego za sobą. Najlepiej podać więc gałąź, kurtkę, a nawet szalik. Jeżeli ktoś obserwuje daną sytuację, to powinien natychmiast zawiadomić np. Państwową Straż Pożarną, musi się przedstawić i powiedzieć, gdzie jest i co się wydarzyło. I rzecz podstawowa: nigdy nie wchodzimy na lód z rękami w kieszeni, bo czasem decydują ułamki sekund.
Trzy lata temu na Jeziorze Kortowskim pod Olsztynem pod psem załamał się lód. Dwaj młodzi mężczyźni rzucili się ratować zwierzę. Obaj utonęli, jeden był mieszkańcem Kwidzyna. Pies ocalał. - Prawdopodobnie nie znali tych zasad, o których mówimy. A może znali, ale o nich zapomnieli, bo w takich sytuacjach emocje są ogromne. Generalnie warto pamiętać, że zwierzęta mają swoje futro, pazury i same mogą wyjść z opresji dużo łatwiej niż człowiek. Najlepiej zadzwonić szybko po fachową pomoc, na przykład straż pożarną.
Czy człowiek w zimowym ubraniu ma mniejsze szanse, żeby się samemu uratować? - W typowym ubraniu na zimę oczywiście tak, bo to szybko nasiąka. Buty o kształcie kaloszy nabierają wody i ciągną w dół. Dlatego zachęcam wszystkich, którzy chcą wejść na lód, by odpowiednio się przygotowali. Żeby na przykład mieli przy sobie kolce lodowe, bez których na przykład Skandynawowie nie ryzykują. To prosta rzecz, którą na Allegro można znaleźć za 30 złotych.
Jak wygląda taki sprzęt? - Zwykłe dwa szpikulce z uchwytami, takie króciutkie kijki narciarskie. Są połączone sznurkiem, który zarzucamy na szyję. Takie szpikulce doskonale wbijają się w lód, naprawdę łatwo przy ich pomocy wydobyć się z wody.
Kolce lodowe wystarczą? - Na pewno w znakomity sposób zwiększają szanse na ratunek. Dobrze mieć też jednak na sobie specjalny kombinezon asekuracyjny, który spowalnia utratę ciepłoty ciała w wodzie i ułatwia utrzymanie się na powierzchni. W Polsce coraz więcej wędkarzy lodowych używa takich kombinezonów. To obecnie wydatek poniżej dwustu złotych, za czterysta można mieć już maksymalnie wypasiony. Co z tego, że wypełzniesz z wody na lód, jeśli może cię zabić wyziębienie organizmu, hipotermia. Ważne jest, żeby wyziębionej w topieli osobie nie podawać alkoholu.
Mówi się, że alkohol rozgrzewa. - Ale w takiej sytuacji to byłoby niemal zabójstwo. Alkohol rozszerza naczynia krwionośne i przyspiesza wychładzanie organizmu. Życie ratuje gorąca herbata, solidnie posłodzona. Dlatego na lód warto wybierać się z termosem.
Coś jeszcze warto mieć przy sobie? - Jeśli nie ma kombinezonu, to przynajmniej lekka, niekrępująca ruchów kamizelka asekuracyjna. Naprawdę mały wydatek. Może być też telefon w wodoodpornym etui, z przygotowanym numerem ratunkowym 112. Ale pamiętajmy: człowiek wytrzymuje w lodowatej wodzie kilka do kilkunastu minut. Szanse, by w tak krótkim czasie przyjechała pomoc z odległego miejsca, są znikome. Dlatego zimą zdani jesteśmy na siebie, dobre przygotowanie i zdrowy rozsądek.
Polecamy - Pod Łebą morze odsłoniło wrak drewnianego statku