Ale żeby nie było tak ponuro, na stronie "Kocham Sopot" wybrano już hasło ruchu: Nie bądź jak czerstwa bułka, głosuj na świeżego Fułka.
Mit 1. Donald Tusk pomógł wygrać Jackowi Karnowskiemu Premier, owszem, chciał pomóc obecnemu prezydentowi, odkąd stało się jasne, że jego kontrkandydat ma realną szansę na zwycięstwo. Jednak Tusk tak kombinował, że z tej pomocy tak naprawdę niewiele wyszło.
Pierwsza próba pomocy nastąpiła w czasie wizyty w Starogardzie Gdańskim, kilka dni przed II turą. Premier próbował tam wywinąć się intelektualnymi wygibasami w stylu: "Zdania nie zmieniam, ale wolałbym mieszkać w Sopocie rządzonym przez Karnowskiego". Przyciśnięty lekko do muru wypalił, że nie zagłosuje na Karnowskiego. Po sekundzie zaznaczył jednak, że nie dziwi się członkom swojej rodziny, którzy zagłosują.
W świat poszedł mętny komunikat, jedne media podały, że Tusk popiera, większość, że nie popiera. Premier podjął jeszcze jedną próbę. Udzielił dość konkretnego wywiadu do "Kuryera Sopockiego" - małej, sympatyzującej z ratuszem gazety miejskiej. W rozmowie, której nikt nie podpisał, więc nie wiadomo, kto tak naprawdę rozmawia z premierem, Tusk zmieszał z błotem Fułka. Na pytanie, na kogo zagłosuje, prawie odpowiedział, wygłaszając litanię pochlebstw pod adresem Karnowskiego. Sęk w tym, że "Kuryer" ma raptem 2 tys. nakładu. Tymczasem stojąca za Fułkiem lokalna gazeta "Rivera" ukazała się w nakładzie 30 tys. Tam na pierwszej stronie puszczono artykuł, że premier na Karnowskiego nie zagłosuje. Powołując się na jego wypowiedzi w Starogardzie.
W rezultacie do dziś w Sopocie jest wielu wyborców, przekonanych, że Tusk wystąpił przeciwko Karnowskiemu.
Prawdziwe poparcie Karnowski otrzymał od Jerzego Buzka, który wyrwał się z Brukseli i przez cały dzień pod rękę chodził z Karnowskim. To było zrozumiałe i zapewne pomogło.
Mit 2. Fułek to delikatny poeta, a nie twardy polityk Przez lata wiceprezydent Sopotu miał wizerunek mięczaka, wrażliwego człowieka kultury i mało przebojowego polityka. Wydawało się, że szczytem jego marzeń jest spacer po Sopocie w towarzystwie Ireny Santor i wspominanie dawnych, dobrych czasów kurortu.
Coś w nim pękło i coś się w nim zmieniło, gdy zobaczył, że karierę robią młodsi wiekiem i stażem - jak np. Paweł Orłowski. Obudziła się ambicja i chęć walki. Wobec wyborców nadal prezentował się jako zatroskany dobrem wspólnym społecznik. Jednak przygotował się na wojnę. Zdołał zgromadzić po swojej stronie wszystkich niezadowolonych z rządów Karnowskiego, zapewnił sobie solidne finansowe wsparcie. Wyznaczył zadania, umiał słuchać podpowiedzi. W rezultacie przez dwa miesiące prowadził niezwykle udaną kampanię, nie zachowywał się agresywnie, wydawał się stonowany i godny zaufania.
Pierwszym błędem, po wspaniałym wyniku w I turze, było unikanie debat. Nawet trudno wytłumaczyć, czemu to właściwie robił. Żadna z debat, które odbyły się wcześniej, nie miała przełomowego charakteru i trudno było się spodziewać, że jakakolwiek następna byłaby inna. A tak wyszło na to, że obawia się bezpośredniego starcia z Karnowskim.
Na dobre nerwy puściły mu tuż pod koniec i wtedy pokazał temperament. Wyśmiał Tuska i jego poparcie, proponując mu, żeby, skoro Karnowski jest taki dobry zabrał go do rządu. Ironizował, że Karnowskiego nie poparł jeszcze tylko Barack Obama i Benedykt XVI.
Po przegranych wyborach nie stracił rezonu, nie załamał się. Ogłosił, że luźny, powołany trochę pod wybory prezydenckie ruch Kocham Sopot, przekształca w stowarzyszenie, że stanie na jego czele w radzie miasta. Do Karnowskiego wysłał jasny komunikat: interesuje mnie tylko przewodniczenie w radzie miasta. Doskonale wiedząc, że nigdy tego nie dostanie. Słowem Fułek, chce bić się do kolejnych wyborów.
Mit 3. Kocham Sopot to nie partia Wojciech Fułek z uporem maniaka powtarza te słowa, jakby liczył, że powtórzy sukces Platformy Obywatelskiej. Trzej tenorzy, gdy zakładali PO, też mówili, że to nie jest partia tylko ruch. Też mówili, że "chcą wyzwolić energię Polaków" i że mają dość "partyjniactwa" i "polityki". Ale bardzo szybko okazało się, że jeżeli coś wygląda jak partia, zachowuje się jak partia, to jest to partia. Podobnie będzie z Kocham Sopot. Czas wyborów się skończył, zaczęła się twarda rzeczywistość. A tu bez polityki ani rusz. Fułek musi scementować Kocham Sopot, przekształcić go w sprawną organizację. Utrata chociażby jednego radnego to strata większości, którą wraz z PiS może szachować Karnowskiego. To wcale nie będzie łatwe. Fułek twierdzi, że ma już tysiąc członków. Wielu z nich to przypadkowe osoby, które nawet nie zdawały sobie sprawy, że od momentu powstania KS obliczone było na wysadzenie z siodła Karnowskiego. Ilu radnych i ilu członków będzie miał za rok? Albo za 4 lata?
Na razie na Facebooku Fułek zagrzewa swoich zwolenników do walki: Co nas nie zabije, to nas wzmocni - napisał ostatnio. Zaraz potem dodał: - Co nas nie zabije, zabije innych.
A na stronie Kocham Sopot wybrano już hasło: Nie bądź jak czerstwa bułka, głosuj na świeżego Fułka.
Mit 4. Karnowski się skończył Większość obserwatorów sopockiej polityki już od jakiegoś czasu tak właśnie uważała. Przyczyna oczywista - afera sopocka. Nie chodziło jednak o przedłużające się śledztwo czy piętrzące się zarzuty. Karnowski wydawał się ogarnięty manią udowadniania wszystkim, ze jest ofiarą spisku, którego macki sięgają dalej. Szukał dowodów, analizował fakty, godzinami zastanawiał się nad możliwymi scenariuszami. Nawet jego najbliżsi sojusznicy nie mieli już ani siły, ani ochoty tego słuchać, tylko chcieli spokojnie poczekać na rozstrzygnięcie sądowe.
Nic dziwnego, że w kampanię wyborczą Karnowski wkroczył rozkojarzony, bardziej niż nią zajęty szukaniem dowodów spisku. W rezultacie popełniał błąd za błędem. Na przykład: nie wiadomo czemu wystawił się na ostatnim miejscu na liście kandydatów na radnych. Ledwo przeszedł. Gdyby wystartował z pierwszego miejsca w najsilniejszym okręgu, byłby lokomotywą całej listy i zapewne wciągnąłby do rady jeszcze jednego radnego. I nie musiał zastanawiać się teraz jak zdobyć większość w radzie. Takich, mniejszych lub większych pomyłek było wiele. Paradoksalnie uratowała go katastrofa w I turze, bo choć odniósł zwycięstwo to przewaga wyniosła tylko 20 głosów. Gdyby nad Fułkiem miał 6-10 procent przewagi, nie byłoby żadnej mobilizacji i kto wie czy dzisiaj do fotela prezydenta nie przymierzał się Wojciech Fułek.
A tak Karnowski się obudził, rzucił w wir spotkań z mieszkańcami, zadzwonił do wszystkich przyjaciół. Jeżeli, co słusznie zauważył Fułek, w Sopocie nie było Obamy i papieża, to tylko przez przeoczenie. Czy ten skuteczny, skoncentrowany Karnowski pozostanie w Sopocie na dłużej?
Mit 5. Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach I ostatni problem tej i nie tylko tej kampanii - pieniądze na wybory. W mieście takim jak Sopot kandydat powinien wydać nie więcej niż 18 tysięcy złotych. A tymczasem Fułek miał wszystko: spoty wyborcze w telewizji, radiu, tysiące plakatów, ulotek, telebim na głównej ulicy, ogromne biuro w nowoczesnym biurowcu i własną wychodzącą w gigantycznym nakładzie gazetę "Rivera".
Za sztab Karnowskiego też nie dam sobie głowy uciąć, owszem, nie wydawali pieniędzy w tak ostentacyjny sposób, to jednak jak na 18 tysięcy to też sporo zrobili.
Przykre jest to, że te limity wydatków to kolejne prawo, którego w Polsce chyba nikt nie przestrzega, ani nikt nie kontroluje. PKW zachowała się tak, jak gdyby problem jej nie dotyczył. Nie przeprowadzono żadnych kontroli, nie zabezpieczono żadnych dowodów. Za kilka tygodni pełnomocnicy sztabów przedstawią sprawozdania, których nawet nie będzie można zweryfikować.
Gdyby jednak ktoś zapytał mnie, co zadecydowało o zwycięstwie Karnowskiego, to wskazałbym na pozornie nieistotne zdarzenie - zameldowanie w swoim mieszkaniu przez brata Wojciecha Fułka 10 nowych wyborców. Sprawa wyszła na jaw tuż przed ciszą wyborczą, w ostatnim dniu kampanii, dlatego nie trafiła nawet do gazet. Przez kilka godzin informowały za to o niej serwisy internetowe. Ale jakimś cudem w niedzielę wszyscy już o tym słyszeli.
Myślę, że stało się tak, ponieważ to właśnie Fułek i jego "Rivera" oskarżali przedtem Karnowskiego o dopisywanie "obcych wyborców".
Artykuł był mało obiektywny, nie było w nim dowodów, tylko sugestie. Gdy pojawiły się już pewne informacje, że i owszem dopisali, ale nie u Karnowskiego, tylko u Fułka, ludzie odreagowali przy urnach.
Sztab Fułka do ostatniej chwili uważał zresztą, że nie jest to problem, sopoccy emeryci internetu nie mają, a 30 tys. egzemplarzy "Rivery" zrobi swoje. Pomylili się.