Obchody przejdą do historii przede wszystkim jako spektakl nienawiści i wyrywania sobie zasług z Sierpnia'80. Wszystko to jest zaprzeczeniem znaczenia historycznego i semantycznego słowa "solidarność", co próbowała wytłumaczyć zebranym na uroczystym zjeździe związku Henryka Krzywonos. Ale chyba tylko jej wystąpienie było czymś, czego przed tymi obchodami nie dało się przewidzieć.
Wystąpienie Jarosłwa Kaczyńskiego, który podobnie jak komuniści 30 lat temu próbował skłócić doradców z robotnikami; powtarzane przez Janusza Śniadka populistyczne zarzuty pod adresem rządu Donalda Tuska; wystąpienia premiera i prezydenta Bronisława Komorowskiego - wszystko już było. Nihil novi sub sole.
Co więcej,
obchody pełne gwizdów przewidywał
Lech Wałęsa, a potem przyjął to bez zaskoczenia premier Tusk. Pamiętał, co działo się i rok i dwa lata temu. Mam wrażenie, że wszyscy uczestnicy i organizatorzy obchodów 30-lecia "S" wiedząc co się stanie nie zrobili nic by temu zapobiec. Dreptali w miejscu, czekając na to, jak w tym roku ostry będzie już przysłowiowy "zgrzyt w obchodach".
Ten chocholi taniec próbowali przerwać 31 sierpnia przywódcy historycznej "S", m.in. Bogdan Borusewicz i Bogdan Lis. Zaapelowali do władz państwowych, by wzięły na siebie odpowiedzialność za organizację następnych obchodów Sierpnia'80. To jednak musztarda po obiedzie, poza tym aż strach pomyśleć jak by to wyglądało, gdyby władze państwowe były w rękach PiS. Ale nawet jeśli ta idea jest warta dyskusji, to takie pomysły powinny powstawać na długo przed świętem, a nie w czasie jego trwania.
Niestety, zwykli ludzie przestają się interesować rocznicą podpisania Porozumień Gdańskich. To, co kiedyś powstało z autentycznego oddolnego ruchu społecznego dziś staje się imprezą elit politycznych i związkowych. Dlatego wystąpienie Henryki Krzywonos było jak
powiew świeżego powietrza w zatęchłej atmosferze zaplanowanych przemówień. Być może dzięki niej wielu ludzi zwróciło w ogóle uwagę na te obchody i przypomniało sobie odwagę ludzi "S" sprzed 30 lat.
To był najwspanialszy moment święta 30-lecia "S", bo jeden prosty człowiek wystąpił przeciwko kłamstwu uwielbianego przez tłum polityka, a tak naprawdę przeciwko ludziom, którzy akurat na tej sali dzierżyli władzę.
Ta spontaniczność, naturalność może być wskazówką na przyszłość dla organizatorów święta. Obchody powstania "S" trzeba za wszelką cenę wyrwać z rąk polityków. To zadanie trudne, ale może się udać, jak od kilku lat pokazują obchody 11 listopada. Dziś to dzień kolorowych baloników, a nie zakrwawionych flag.
Teoretycznie tak powinno też być w ostatni dzień obchodów 30-lecia "Solidarności", 31 sierpnia na trenie Stoczni Gdańsk, gdzie Europejskie Centrum Solidarności przygotowało widowisko "
Solidarność. Twój Anioł Wolność ma na imię" w reżyserii Roberta Wilsona.
Na pewno próbowano połączyć uroczystą akademię rocznicową, kulturę wysoką wierszy recytowanych przez Susan Sontag czy Lou Reeda z przebojami gwiazd popu jak Macy Gray, aż po ludyczną radość na widok sztucznych ogni. Czyli dla każdego coś miłego za jedyne 9 mln zł.
Nie będę dyskutował o poziomie tego widowiska ani kosztach, bo byłoby to
bicie leżącego. Ale na miły Bóg niech mi ktoś np. wytłumaczy, dlaczego zebrani na koncercie nie dowiedzieli się kim są i za co zostali nagrodzeni na scenie ludzie wspierający "S" na Zachodzie, albo dlaczego wiersze w języku angielskim nie zostały przetłumaczone na polski?
Te niedociągnięcia można poprawić. Problem z obchodami jest poważniejszy. Bardzo źle się stanie, jeśli dziś wylejemy żale i się rozejdziemy, a w przyszłym roku będzie tak samo. Musimy nauczyć się zupełnie nowego patrzenia na to święto, wyciągnąć wnioski z tegorocznej klęski. Inaczej prezydent Bronisław Komorowski nadal będzie musiał nas przekonywać, że: "solidarność, to jest wolność. Wolność to jest radość z bycia wolnym(...)". Dumy i radości nie można wprowadzić dekretem, ale można stworzyć warunki, by łatwiej było je poczuć.