Nie zgadzam się z dziwacznym obyczajem, że o umarłym mówi się dobrze lub w ogóle. Nie chodzi o prokuratorskie oskarżenia, czy sędziowskie wyroki. Jedyny możliwy sąd jest tematem wielkiego obrazu Memlinga - do obejrzenia w Muzeum Narodowym w Gdańsku. Istnieje jednak jeszcze coś takiego jak prawda żywych i nie da się jej bezkarnie lekceważyć.
Zabawny jest arcybiskup Głódź, gdy mówi o prałacie Jankowskim jako wiernym synu Kościoła - bo taki nie buntuje się i nie ośmiesza swojego biskupa, tak jak ośmieszał abpa Gocłowskiego.
Tragikomiczny jest europoseł Jacek Kurski, gdy mówi, jakie honory księdzu Jankowskiemu się należały i jakie to niesprawiedliwe, że ich nie dostał. Prałat sam sobie przyznawał odznaczenia, nawet wieszał je na mundurze, w którym wyglądał jak Elton John. A jeśli nie dostał orderu Orła Białego - to przede wszystkim z rąk śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale, jakim cudem miał dostać, skoro IPN doszedł do wniosku, że prałat był informatorem SB, pseudo "Delegat"? Kurski udaje, że o tym nie wie.
Bulwersują też stwierdzenia komentatorów, że prałat nie był antysemitą, lecz prowokatorem. Ale czyż ten kapłan nie wiódł maluczkich ku przepaści, jaką jest nienawiść? Jego ekscesy szkodziły imieniu Polski za granicą.
Co do domniemanej pedofilii. Jako reporter miałem do czynienia z cierpieniem rodziców, którym ks. Jankowski wyprowadził z domu 12-14-letnich synków-ministrantów. Nie zdeprawował? A jak można nie zdeprawować takich dzieci, jeśli obsypywane są pieniędzmi i prezentami?
Fakt, że prałat Jankowski dał też wsparcie materialne wielu osobom - choć godzi się pamiętać, że dobra, które rozdawał, nie były jego własnością.
Co do roli odegranej w Sierpniu - wszystko prawda. Nawet, jeśli kulisy tamtych wydarzeń były bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje.