Portret księdza prałata Henryka Jankowskiego (1936-2010)

Marek Wąs
2010-07-12 aktualizacja: 2010-07-13 12:09
A A A Drukuj
Fot. Tomasz Wierzejski / AG
W wieku 74 lat zmarł w Gdańsku kapelan Solidarności
Ostatniego wywiadu udzielił "Gazecie" w kwietniu, tuż po katastrofie smoleńskiej. Wrócił właśnie z Warszawy, gdzie w Pałacu Namiestnikowskim modlił się przed trumną prezydenta i jego małżonki. Wrócił zmęczony, ledwie wchodził po schodach, na piętro, do swoich pokoi na plebanii kościoła św. Brygidy w Gdańsku. Ale nie chciał pomocy, wspiął się sam, opadł w fotelu i jak zawsze, ze swadą, zaczął pierwszy: "Oni mają się pojednać! Wałęsa z Gwiazdą, nie tylko podać sobie ręce, tylko naprawdę wybaczyć!" Potem wspominał dawnych towarzyszy walki - Annę Walentynowicz, Macieja Płażyńskiego, Arama Rybickiego - wszyscy odeszli przed nim.

To nie był już ten ksiądz Henryk Jankowski, który w sierpniu 1980 r. odprawiał msze w strajkującej stoczni gdańskiej. Ani ten z lat 80, dzielnie wspierający opozycję, zawsze u boku Lecha Wałęsy, którego w każdej chwili mógł spotkać los taki, jak księdza Jerzego. Ani ten prałat z lat 90. - organizujący w Wielkanoc antysemickie groby Pańskie, w śmiesznych, białych mundurach, obwieszony orderami. To był stary, schorowany człowiek, który ma pełną świadomość, że zbliża się do końca swojego życia.

- Arcybiskup obiecał mu, że spocznie w bazylice św. Brygidy - szepnął na ucho jeden z księży, gdy wychodziliśmy od prałata. - On odpowiedział, że nie trzeba, że może być gdziekolwiek, ale widać, że się ucieszył.

Urodził się 18 grudnia 1936 r. w Starogardzie Gdańskim, w rodzinie kupieckiej. Miał ośmioro rodzeństwa, w tym siostrę bliźniaczkę. Po wojnie skończył gimnazjum i zaczął pracować w urzędzie skarbowym. W 1958 r. wstąpił do seminarium duchownego. Święcenia kapłańskie przyjął 21 czerwca 1964 r. Od początku związany z Gdańskiem. Najpierw jako wikariusz w parafii Ducha Św., potem w św. Barbarze, od 1970 r. był proboszczem parafii św. Brygidy, z którą związał się do śmierci.

W tym czasie kościół był ruiną. Niespełna 40-letni ksiądz od razu dał się poznać jako świetny administrator. W czasach, gdy zdobycie materiałów budowlanych graniczyło z cudem, podniósł świątynię z ruin. Opowiadał nam, jak zawoził partyjnym bonzom wędzone węgorze z rodzinnych stron, żeby dostać przydział na cegły. Kościół odbudował, a przypadek sprawił, że w granicach jego parafii znalazła się gdańska stocznia im. Lenina.

Do 1980 r. ks. Jankowski nie współpracował z gdańską opozycją - WZZ, KOR, Młodą Polską. Ale w sierpniu 1980 r., gdy strajk był na skraju załamania, to do niego zwrócili się robotnicy, aby odprawił dla nich mszę. Ksiądz był ostrożny, zażądał zgody biskupa, a ten sekretarza wojewódzkiego PZPR. Ale strajkujący byli nieugięci i 17 sierpnia ks. Henryk Jankowski odprawił tą pierwszą mszę przed bramą stoczni, która miała zmienić całe jego życie.

Od tej chwili nie opuścił już Solidarności. W stanie wojennym wspierał związek i Lecha Wałęsę, choć był obiektem nieustannych szykan i prowokacji ze strony SB. Jego plebania stała się oazą wolności dla prześladowanych działaczy opozycji, ale również dla zwykłej młodzieży, która podpadła SB udziałem w demonstracjach. Wyrósł na jedną z legend opozycji, choć musiał występować zarówno przeciw reżimowi Jaruzelskiego jak i patrzących nieprzychylnie na jego działalność kościelnych hierarchów.

Po okrągłym stole pozostał w Brygidzie, Wałęsa nie zabrał go do pałacu prezydenckiego. Mówiło się, że zostanie kapelanem Wojska Polskiego, bo zawsze miał słabość do munduru, ale i tej nominacji nie doczekał. I chyba to sprawiło, że zaczął prowokować. Odsunięty na boczny tor prałat, w latach 90 prałat zaczął udzielać coraz bardziej kontrowersyjnych wypowiedzi. Co rok w Wielkanoc, media opisywały wystrój grobu Pańskiego w św. Brygidzie, zazwyczaj o antysemickiej wymowie. Przyjaciele z lat 80. przekonywali, że prałat specjalnie prowokuje, by zwrócić na siebie uwagę. Bo przecież w tym samym czasie prowadził szeroką działalność charytatywną. Zawsze miał talent do pozyskiwania sponsorów i do biznesu. Zaczął produkować wino i wodę mineralną z własnym wizerunkiem, rozpoczął budowę gigantycznego ołtarza z bursztynu. Przy czym każda uboga rodzina, która zwróciła się do Niego o pomoc, otrzymywała ją. Mało kto wiedział, że dzięki Jego pośrednictwu i zabiegom dziesiątki dzieci z gdańskich domów dziecka otrzymało nowe rodziny, w Polsce i za granicą.

W 1997 r. ówczesny arcybiskup ks. Tadeusz Gocłowski ukarał go wreszcie zakazem głoszenia kazań za słowa homilii, że nie można tolerować mniejszości żydowskiej w polskim rządzie". Koniec kariery prałata zaczął się w 2004 r., gdy matka jednego z ministrantów oskarżyła go o molestowanie syna. Sprawa była niejasna, z pewnością prałat udzielał finansowego wsparcia chłopcu i jego rodzinie, być może zachował się nieodpowiadzialnie. Ostatecznie prokuratura uwolniła go od zarzutu, ale ksiądz Jankowski musiał pożegnać się z probostwem.

Od tego momentu zniknął z pierwszych stron gazet. Mógł pozostać na swojej plebanii, ale przeprowadził się z wygodnego apartamentu do skromniejszych pomieszczeń na piętrze. Zaczął poważnie chorować, coraz więcej czasu spędzał w szpitalach. W ostatnich latach miał duże trudności z poruszaniem się i kłopoty z pamięcią. Bardzo przeżył czas, gdy niektóre media zaczęły sugerować, że w latach 80 mógł być kontaktem operacyjnym SB. Mimo kontrowersji, które budził w ostatnich latach, przyjaciele nie opuścili go. Do końca pozostawał w zażyłych stosunkach zarówno z Anną Walentynowicz jak i z Lechem Wałęsą. Po Jego apelu Wałęsa udał się na mszę żałobną Pani Ani, usiadł w ostatnim rzędzie.

Ks. prałat Henryk Jankowski odszedł po ciężkiej chorobie 12 lipca 2010 r. w Gdańsku.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów