Wiadomo, że 43-letni bosman sztabowy Dariusz Szymański był bardzo doświadczonym ratownikiem. W sobotę kilka minut po godz. 8 przygotowywał się do objęcia dyżuru ratowniczego. To rutynowe ćwiczenia.
- Codziennie rano, gdy zmieniają się załogi dyżurnego śmigłowca ratowniczego, załoga obejmująca dyżur wykonuje próbę śmigłowca. Sprawdzana jest maszyna, procedury łączności oraz wykonuje się elementy pilotażu i podejmowania rozbitków - mówi Bartosz Zajda, rzecznik prasowy dowódcy Marynarki Wojennej.
Jednym z wykonywanych elementów w ramach takiej próby jest opuszczanie i podejmowanie ratownika. Właśnie w trakcie wykonywania tego elementu oblotu Dariusz Szymański spadł na ziemię.
Dlaczego doszło do tego wypadku? Zawiódł sprzęt, czy może doszło do błędu ze strony ratownika albo kogoś innego z ekipy śmigłowca? Z jakiej wysokości spadł ratownik?
- Za wcześnie na takie spekulacje. To wszystko wymaga wyjaśnienia przez prokuraturę i Komisję Badania Wypadków Lotniczych. W chwili obecnej można jedynie przypuszczać, że, gdy doszło do wypadku, śmigłowiec znajdował się na wysokości między 15 a 20 metrów, bo manewr opuszczania i podejmowania ratownika wykonuje się zwykle na takich właśnie wysokościach - mówi rzecznik dowódcy MW.
Po wypadku Dariusza Szymańskiego przetransportowano śmigłowcem do szpitala w Gdańsku Oliwie. W drodze do szpitala opiekował się nim lekarz pokładowy. O godzinie 8.25 ciężko ranny mężczyzna był już na oddziale ratunkowym. Niestety, pomimo wysiłków lekarzy, zmarł po czterech godzinach na stole operacyjnym.
Od razu po wypadku miejsce zdarzenia zabezpieczyła Żandarmeria Wojskowa, na miejscu zjawił się także wojskowy prokurator i specjaliści ds. bezpieczeństwa lotów. W sobotę sprawa została również skierowana do specjalnej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Nieoficjalnie udało się nam ustalić, że formalnie komisja zacznie pracować od poniedziałku.
Dariusz Szymański miał 43 lata. W Marynarce Wojennej służył od 1990 roku. Przez 18 lat był ratownikiem pokładowym na śmigłowcach ratowniczych typu "Anakonda", Mi-14PS i Mi-2 RM (przelatał na nich w sumie prawie tysiąc godzin). W międzyczasie, przez dwa lata, był również instruktorem w Ośrodku Szkolenia Nurków i Płetwonurków Wojska Polskiego. Uczestniczył w wielu akcjach ratowniczych na morzu i na lądzie ratując życie innym. Np. za udział w akcji ratowania powodzian w 1997 roku został odznaczony Krzyżem Zasługi za Dzielność.
- Na pewno w kraju i za granicą są dziesiątki osób, które mogą powiedzieć, że bosman Szymański uratował im życie - dodaje Bartosz Zajda.
Porucznik marynarki, pilot Sebastian Bąbel, przez cztery lata latał z Szymańskim w jednej załodze śmigłowca.
- Ja jako pilot, on jako ratownik. Mogę to powiedzieć bez odrobiny przesady - on był jednym z najbardziej doświadczonych ratowników w Polsce. Miał wszystkie niezbędne do tego cechy - ogromną wiedzę i warunki fizyczne. To był bardzo wysportowany, doskonale zbudowany i silny mężczyzna - mówi porucznik Bąbel. - Poza tym był bardzo lubiany. Miał poczucie humoru i potrafił rozbawić wszystkich. W ostatnią środę np. oprowadzaliśmy po lotnisku wycieczkę przedszkolaków. Dzieciaki były wniebowzięte gdy brał je na ręce i podrzucał. Jego śmierć to autentycznie wielka strata dla wszystkich. Nie mam jednak kompletnie żadnych przypuszczeń, dlaczego doszło do tego wypadku. To wielka niewiadoma, tym bardziej, że wcześniej o podobnym wypadku nigdy nie słyszałem. Sprzęt jakim dysponował Darek był najwyższej jakości. Podobny posiadają alpiniści. Powinien więc zapewnić mu sto procent bezpieczeństwa.