Anna Walentynowicz została zwolniona ze Stoczni Gdańskiej 9 sierpnia 1980 r. Suwnicowej wydziału W-2 i działaczce Wolnych Związków Zawodowych brakowało wtedy do emerytury pięciu miesięcy. Bogdan Borusewicz od razu zorientował się, że to doskonały powód do strajku, że stoczniowcy wystąpią w obronie pokrzywdzonej.
14 sierpnia w zakładzie od rana wrzało. Dyrektor Klemens Gniech próbował nakłonić wiecujących robotników do rozmowy. Oni postawili warunek - będą negocjować, jeśli w stoczni pojawi się Walentynowicz. Tłum skandował: "Pa-ni A-nia do sto-czni!". Dyrektorskim dużym fiatem pojechał po nią do Wrzeszcza człowiek Borusewicza Bogdan Felski: - Pani Aniu, załoga stoi, stocznia zatrzymana w pani obronie. Nie będzie rozmów, jeśli natychmiast pani nie przyjedzie.
Wzruszona odpowiedziała: - Oj, Boguś, pójdę się tylko przebrać.
Pani Ania na bramie
Do Polski przyjechała po wojnie z Wołynia dzięki pomocy obcych ludzi, którzy ją przygarnęli. Zaznała jednak u nich także cierpień i biedy. Stocznia dała jej szansę na lepsze życie. To tu ukończyła kurs spawacza. Ale nieszczęścia nie chciały jej opuścić - przeszła ciężką chorobę i śmierć męża.
Zawsze słynęła z odwagi. Nie bała się pytać, gdzie zginęły pieniądze społeczne, nawet gdy było jasne, że zagarnęli je działacze PZPR. Gdy w 1978 r. usłyszała o Wolnych Związkach Zawodowych, nie wahała się. To była organizacja dla niej. Dyrekcja stoczni próbowała zamknąć jej usta, ale rewizje i przenoszenie z wydziału na wydział nie robiły wrażenia na pani Ani. Angielski historyk Timothy Garton Ash nazwał ją "Matką Courage" stoczni - courage znaczy odwaga.
Należała do ścisłego kierownictwa Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. 16 sierpnia, kiedy upadał "mały strajk", wraz z Aliną Pienkowską, Henryką Krzywonos i Ewą Osowską stanęła przy bramie i zatrzymała stoczniowców opuszczających zakład. Tego samego dnia rozpoczął się jej konflikt z Lechem Wałęsą. Zarzuciła mu zdradę, ponieważ chciał przerwać protest.
Jesienią 1980 r. spór z Wałęsą nasilił się. Walentynowicz miała żal, że nie dopuszczono jej do udziału w wizycie delegacji "Solidarności" u prymasa Stefana Wyszyńskiego, ostro i publicznie krytykowała lidera związku. Wiosną 1981 r. usunięto ją z kierownictwa "S" z powodu "niegodnego reprezentowania".
Od tej pory Walentynowicz na własny sposób ocenia wydarzenia i bohaterów Sierpnia, między innymi zarzuca Wałęsie powiązania z SB. Nie zmieniła zdania, nawet gdy sąd uznał, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe. Lech Wałęsa stanowczo odpiera zarzuty, ale nie pisze pozwu.
- Kogoś innego dawno podałbym do sądu za takie oszczerstwa. Ale pani Ani mi nie wypada skarżyć. Jeszcze powiedzieliby, że emerytce chcę zaszkodzić, chociaż ona tym swoim szkalowaniem narobiła wiele szkód - mówi dziś pierwszy lider "Solidarności".
Pod specjalnym nadzorem
Walentynowicz była szczególnie pilnowana przez służby specjalne. Instytut Pamięci Narodowej ujawnił dokument, z którego wynika, że w październiku 1981 r. SB chciała jej podać furosemidum - preparat powodujący silne odwodnienie organizmu. Tajna notatka została sporządzona w jednym egzemplarzu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Ostatecznie bezpieka zrezygnowała z tego planu.
Za to już dzień przed ogłoszeniem stanu wojennego wydano decyzję o internowaniu Walentynowicz. Zatrzymano ją 18 grudnia. Do lipca 1982 r. była przetrzymywana w Gołdapi. Miesiąc później została aresztowana i skazana na siedem miesięcy więzienia. Wyszła na wolność w marcu 1983 r., ale cieszyła się nią tylko do grudnia. Wówczas trafiła ponownie do aresztu za próbę wmurowania na terenie kopalni Wujek tablicy upamiętniającej ofiary pacyfikacji zakładu. Dostała cztery miesiące.
Powrót do stoczni
W 1991 r. starała się o ponowne przyjęcie do Stoczni Gdańskiej. Do uzyskania emerytury brakowało jej roku pracy, ponieważ Zakład Ubezpieczeń Społecznych zgubił gdzieś 8 lat z jej stażu. Miała wówczas 62 lata, z czego 39 przepracowała w stoczni. Ówczesna dyrekcja zaproponowała jej przyjęcie na okres próbny. Odmówiła i wywalczyła angaż na stałe. Po roku nabyła prawa emerytalne i pożegnała dyrektora słowami: - Odchodzę, tym razem na dobre i pierwszy raz z własnej woli.
Odszkodowanie za krzywdy
Kiedy na początku 2005 r. sąd cywilny w Gdańsku uznał, że składane przez Walentynowicz roszczenia rekompensaty za represje w latach 1978-83 przedawniły się, premier Marek Belka postanowił przyznać jej specjalną emeryturę. Odmówiła. - Od tego rządu niczego nie chcę, walczę tylko o należne mi odszkodowanie - argumentowała.
W innej sprawie toruński sąd przyznał słynnej opozycjonistce 70 tys. zł za utratę pracy, uwięzienie i szykany. - Jej poczucie krzywdy było długotrwałe i tym dotkliwsze, że zawsze walczyła o sprawiedliwość dla innych - uzasadnili sędziowie.
Tekst ukazał się w cyklu: NARODZINY SOLIDARNOŚCI dodatek do NARODZINY SOLIDARNOŚCI, dodatek do GW Trójmiasto (Gdańsk) nr 180, wydanie z dnia 04/08/2005 , str. 8