Jakoś nie trafiają do mnie argumenty, że to będzie świetna promocja miasta w Europie. Trzeba zaciągnąć pożyczki na 15 lat - a to oznacza, że w dużej mierze będzie je spłacać nowe pokolenie gdańszczan.
Na Chełmie często mijam miejską pływalnię, która od rana do późnego wieczora jest pełna. Mieszkańcy stawali w nocnych ogonkach, by kupić karnety wstępu. Amatorzy kąpieli zjeżdżają na
Chełm z całego miasta i okolic. Podobne pływalnie powinny być w każdej dzielnicy Gdańska. Za pieniądze na budowę stadionu dałoby się ich postawić 50. W rzeczywistości wystarczyłoby dziesięć - za resztę można by stworzyć nowe przedszkola.
Stadion jest koniecznością, od kiedy zaangażowaliśmy się w międzynarodowe przedsięwzięcie pod nazwą
Euro 2012. Godzi się jednak zapytać, co gdańszczanie będą z tego mieli, poza dwoma tygodniami piłkarskiego karnawału? Nie chodzi o stosunkowo niewielką grupę kibiców - ci na pewno są zadowoleni. Chodzi o tzw. milczącą większość.
Odpowiedź leży za naszą zachodnią granicą. Niemcy mają kilkanaście takich stadionów jak ten szykowany dla Gdańska. Mają też jednak Bundesligę i niższe klasy rozgrywkowe, których możemy im na razie tylko pozazdrościć. Czterdzieści tysięcy widzów na hitowym meczu to nic wyjątkowego. Występ ulubionej drużyny jest dla miasta radosnym świętem. Przy klubach działają na wielką skalę szkoły piłkarskie dla chłopców w różnych grupach wiekowych. Setki, tysiące juniorów. Ta młodzież patrzy z uwielbieniem na dorosłych, ćwiczy z myślą o tym, by kiedyś do nich dorównać. Dorówna niewielu, ale prawie wszyscy nauczą się obowiązkowości, ciężkiej pracy, odwagi i pewności siebie.
I na to Gdańsk musi postawić. Tylko jak to zrobić w półświatku polskiej piłki? Trzeba zwrócić się o pomoc do Niemców, wysyłać tam na staże trenerów i administratorów obiektu. Owoce przyjdą najwcześniej za 10 lat, ale bez nich ten stadion nie będzie miał sensu.