Po książki sejneńskiego wydawnictwa "Pogranicze" sięgam chętnie - szczególnie te z serii "Meridian". Jeśli nie kupię, to przynajmniej przekartkuję w księgarni. Nowa rzecz na półce. Patrzę: autor słowacki Václav Pankoviein, zbiór opowiadań "To będzie piękny pogrzeb". Otwieram na chybił trafił i od razu odkrycie. Słowacki pisarz w miniopowiadaniu "Granat" pisze o Gdańsku! Warto zacytować całość:
"Gdy w czasie drugiej wojny światowej Feri Sznelcer był w Gdańsku, na własne oczy widział coś takiego:
Szedł ulicą na przedmieściu. Już ponad pół godziny szukał drogi do portu, kręcił się w kółko i w żaden sposób nie umiał jej znaleźć.
Z naprzeciwka szedł dziadek z babcią.
Feri zatrzymał się przy nich, grzecznie pozdrowił i spytał, jak najszybciej dojdzie do stoczni.
Staruszkowie chętnie mu wytłumaczyli i Feri z wdzięczności poczęstował dziadka papierosem.
- Dziadku, może powiecie, kiedy już się ta wojna skończy? - spytał Feri.
A dziadek odrzekł:
- Nigdy, synu, nigdy.
I każdy poszedł w swoją stronę. Feri nawet dwudziestu metrów nie przeszedł, gdy nad głową zapiszczał mu pocisk z granatnika i zaraz wybuchnął.
Feri rzucił się na ziemię, a kiedy po chwili uniósł głowę, ujrzał, jak babcia biega po ulicy i zbiera dziadka do fartucha".
Dla czytelnika z Pomorza ten tekst jest bogaty w znaczenia - dużo bardziej niż dla Amerykanina czy Szweda. Dużo bardziej nawet niż dla kogoś - powiedzmy - z Wrocławia czy Lublina. Nieprzewidywalność losu, zmiana sensu słów dziadka w ciągu jednej chwili - to zauważy każdy. Ale ktoś, kto zna Gdańsk, zada co najmniej dwa dodatkowe pytania. Jeśli nie mamy do czynienia z literacką fikcją, a chyba nie mamy - kiedy się to działo, i w której części Gdańska?
Pod koniec wojny prawdopodobnie nie. Musiałby to być marzec 1945 i radziecki granatnik - potężna ofensywa Armii Czerwonej. Dziadek z babcią szliby ulicą, a Feri szukałby portu albo stoczni? Wątpię.
Może więc wrzesień 1939? Feri idzie przez Nowy Port, albo gdzieś w rejonie dzisiejszej Gdańskiej Stoczni Remontowej. Obrońcy Westerplatte wrzucają pocisk do lufy moździerza, a ten leci wysoko i daleko. Kilometr, może dwa? Kule, jak mawiają, Pan Bóg nosi.
A może było jeszcze inaczej i pisarz - rocznik 1968 - coś pokręcił? Nie chodziło ani o moździerz, ani o granatnik. I to aliancka bomba przyniosła śmierć, zrzucona na Gdańsk w środku wojny?
Ale najciekawsze być może jest pytanie Feriego: "Kiedy już się ta wojna skończy?". I odpowiedź dziadka, że nigdy. Bo w pewnym sensie wojna w Gdańsku się nie skończyła. Z roku 1945 miasto wyszło potwornie pokiereszowane. Zmieniło się prawie wszystko. Odbudowa w czasach PRL - bardziej lub mniej udana - nie tknęła wielu miejsc. Nie chodzi nawet o sztandarowy przykład - Wyspę Spichrzów. Idzie o te wszystkie bezsensowne pseudoplacyki, które służą głównie psom do wypróżniania. Takich miejsc jest mnóstwo - tak do nich przywykliśmy, że nie zwracamy już nawet uwagi. Patrzę na sporą pustą działkę przy Bazylice Mariackiej. Stała tam kiedyś potężna kamienica - dlaczego dzisiaj jest prowincjonalna pustka? Żeby kościół był lepiej widoczny dla turystów? Wolne żarty.
Nie chcę krytykować tych lub wcześniejszych władz samorządowych Gdańska - nie o to chodzi. Wszyscy przyłożyli rękę do tego, co jest, przez zaniechanie. Ale zbliżają się wybory. Każdy z kandydatów na prezydenta miasta powinien publicznie odpowiedzieć na pytanie: co zrobię i kiedy, by wreszcie zniknęły wojenne przerwy w zabudowie.