Marek Wąs: Pamięta Pan pierwsze strzały na Westerplatte?
Ignacy Skowron: Na własne oczy je widziałem. Tego dnia miałem obchód, byłem zastępcą dowódcy warty na wartowni nr 2. Około czwartej czterdzieści podchodzę do żołnierza i pytam: "Julian, co słychać na Gdańsku". "Nic panie kapralu, spokój". "Daj mi lunetkę" - poleciłem. Patrzę prosto, na kanał, w prawo, w lewo, i w tym momencie błysk. Pierwszy pocisk spadł na bramę kolejową. Zaraz następne, mur rozwalony. Zaczął się pierwszy atak.
Odpierał go Pan z wartowni nr 2?
- Tak, zabrałem się za jeden z dwóch naszych karabinów maszynowych. Niemcy nacierają, my mieliśmy za zadanie osłaniać bramę i wartownię nr 1. Ten pierwszy atak jeszcze nie był tak zaciekły jak następne, więc udało się ich odrzucić, chociaż byliśmy bardzo rozgorączkowani. Do dziesiątej rano uspokoiło się. My też doszliśmy do siebie. Poszły słuchy, że płynie angielska flota. Po półtorej godzinie okazało się, że płyną, ale niemieckie okręty.
Drugi dzień.
- Zaczęli strzelać rano, tak jak pierwszego września. Trzy ataki do południa, coraz gorsze. O siedemnastej słyszymy szum. Samoloty, ponoć prawie 50 maszyn, zrzucili prawie dwieście bomb. Nasi ludzie stali się spokojni, jakby obojętni, bo w kółko powtarzało się to samo: pociski, samoloty, bomby, znowu pociski.
Jakie przez te siedem dni były warunki życia?
- Cały czas przesiedziałem na wartowni. Teren pod ciągłym ostrzałem, ale cały zryty bombami, i po tych dołach, dziurach, można było jakoś przejść. Już drugiego dnia samoloty zrobiły straszne spustoszenie. Koszary rozbite, nasza wartownia naruszona. Łączność kablowa też od tych bomb zerwana, więc rozkazy musieli odtąd przenosić łącznicy. A my przez te siedem dni bez ciepłego jedzenia, bez gorącej wody, nie umyci. Najgorszy był brak snu, bo żadnych zmian nie było, wszyscy czuwali non stop. Niemcy zmieniali atakujące oddziały, my nie mogliśmy. Gdyby nie to wymęczenie może można by się było i dłużej bronić.
Widział Pan w tym czasie majora Sucharskiego? Docierały jakieś informacje z kraju?
- Majora nie widziałem aż do ostatniego dnia, on dowodził całością. Z kraju tylko raz przyszła wieść przez łącznika, że Rydz Śmigły o nas w radio mówił, że wszystkich obrońców awansuje do najniższego stopnia oficerskiego i daje Virtuti Militari. To chyba piątego dnia było.
Dzień kapitulacji.
- Rano zaczęły się bardzo silne ataki z wszystkich stron. Z moździerzy do nas walili. Z naszej jedenastki w wartowni nr 2 wszyscy przeżyli, ale tego dnia jeden żołnierz został ranny, jak pocisk spadł tuż przed okienkiem strzelniczym. Tak już byliśmy wymęczeni, że powiedzieliśmy sobie - to już będzie z nami koniec, tego dnia już nie wytrzymamy. Ale uspokoiło się, około dziesiątej idzie łącznik i pyta "Kto tu jeszcze żyje? Bo major wydał rozkaz, że się poddajemy." Patrzymy, idzie major Sucharski z grupą żołnierzy. Poszliśmy za wszystkimi, kazali iść nad kanał, czapki i płaszcze rzucić na ziemię. Stamtąd nadpłynęła motorówka, na niej czternastu Niemców. Połowa trzymała nas na muszce, reszta robiła rewizje i zdjęcia. Zaczęła się niewola. Ale to dobra decyzja była, o kapitulacji, wielu żołnierzy dzięki niej uniknęło śmierci.
Ignacy Skowron, ur. w 1915 r. w Osinach pod Kielcami. W 1938 r. rozpoczął służbę wojskową w 4. Pułku Piechoty Legionów w Kielcach. Od marca 1939 r. stacjonował na Westerplatte. Po kapitulacji trafił do stalagu pod Królewcem, potem pracował w niemieckim majątku ziemskim. Do domu wrócił w 1941 r. Po wojnie pracował jako robotnik na kolei. Odznaczony Virtuti Militari. Mieszka pod Kielcami, ma sześcioro dzieci i 34 wnucząt i prawnucząt
Wszystko o obchodach upamiętniających wybuch II Wojny Światowej na Westerplatte