W maju w "Gazecie" opublikowaliśmy tekst ">>Stop<< dewastacji Półwyspu Helskiego". Po spotkaniu zorganizowanym przez wojewodę Romana Zaborowskiego napisaliśmy o tym, jak mocno urzędnicy różnych instytucji przejęli się postępującą degradacją półwyspu. Sami wymieniali swoje grzechy: tolerowanie samowoli budowlanych, patrzenie przez palce na niszczące cenne trzcinowiska kempingi, obojętność stróżów prawa wobec nielegalnie parkujących aut. - Koniec lenistwa. Teraz się za to zabierzemy - powtarzali odważnie po spotkaniu. Dodawali, że Polski nie stać na dalszą bezczynność, bo stracimy nie tylko unikalną przyrodę, ale i miliony euro - bo Bruksela może ukarać nasz kraj za brak należytego nadzoru nad chronionym obszarem Natura 2000.
I co? I nic. Mija kolejny sezon, a na Helu nadal nikt nie ściga niszczących przyrodę kierowców, przepełnionym kempingom także "włos z głowy" nie spadł, ważne jest tylko to, by kręciły się lokalne biznesy. Od urzędników wciąż słyszymy, że trzeba pracować nad "kompleksowym programem ochrony".
O tym, co dzieje się na półwyspie, dyskutowaliśmy w "Gazecie" od dawna. Uznaliśmy, że nie można się temu przyglądać, trzeba zacząć działać.
Stowarzyszenie "Przyjaciele Helu" i Stacja Morska Uniwersytetu Gdańskiego w ubiegłym roku rozpoczęły kampanię: "Zatoka Pucka i Półwysep Helski - zapraszamy zimą, wiosną... i jesienią". Plakaty mają zachęcać turystów, by zamiast tkwić w korkach latem, przyjechali tu poza sezonem. Idea piękna, ale nie wierzę, by odniosła sukces. Choć byśmy powiesili milion takich plakatów, to nie przesuniemy terminu wakacji szkolnych, nie zmienimy w Polsce klimatu, ani tradycji letniego wypoczynku nad morzem.
Nie oszukujmy się: dziś najwięcej szkód wyrządzają na Helu samochody. Jest ich zbyt dużo, w stosunku do liczby miejsc parkingowych. Kierowcy pozostawiają więc auta często na noc na łąkach i wydmach, niszcząc je. Z niewiadomych przyczyn, policja nie potrafi poradzić sobie z tym problemem.
I to powinien być krok pierwszy - skuteczną egzekucją prawa liczba aut na Półwyspie Helskim powinna być ograniczona. Do tego nie potrzeba żadnych specjalnych akcji, trzeba tylko regularnie wyjeżdżać na patrole.
O kroku drugim chcemy w tym tygodniu dyskutować. W jaki sposób powinniśmy ograniczać liczbę aut na Półwyspie? Gdzie powinny znajdować się parkingi i węzły przesiadkowe? Jak zmodernizować linię kolejową i trasy tramwajów wodnych, by możliwy był komfortowy dojazd na półwysep? Kiedy są możliwe takie zmiany? Co z autami mieszkańców, deskami surferów i przyczepami kempingowymi? Odpowiedzi na te pytania będziemy szukać wspólnie z ekspertami, urzędnikami i turystami.
Jestem pewny, że zaraz odezwą się głosy: nie słuchajcie tych ekowariatów z "Gazety", wszędzie ustawiliby zakazy wjazdu, a z Helu zrobili zamknięty rezerwat!
Nic z tych rzeczy. Nie odkrywamy Ameryki: na całym świecie na cennych przyrodniczo obszarach wprowadza się ograniczenia w ruchu aut. Przykładem może być choćby Zermatt w szwajcarskich Alpach, do którego dojeżdża się pociągiem, a podróżuje po nim elektrycznymi busami. I nikt tam nie narzeka na brak turystów.
Choć takich stref w Polsce jeszcze nie ma, to nie powinniśmy się bać, że turystów zabrakłoby na Helu.
Bo ludzi, którzy - zamiast budek z goframi, plażowych dyskotek i pewności, że ich auto zawsze stoi pod nosem - doceniliby czyste powietrze i niecodzienny widok ulicy, po której przez cały dzień mogą biegać dzieci, wciąż przybywa. I co ważne, za taki widok są oni skłonni płacić więcej, niż przywiązani do aut konsumenci gofrów.
PISZCIE: helbezauta@gazeta.pl
NR TEL. 194 84
ZAPRASZAMY DO DYSKUSJI NA BLOGU: helbezauta.blox.pl