Śledzie, nie idźcie tą drogą

Mikołaj Chrzan
2009-07-28 aktualizacja: 2009-07-29 11:33
A A A Drukuj
Trasa marszu liczy ok. 10 km. W części trzeba ją pokonać wpław.
Zdjęcie z sierpnia 2007 r. Fot. Dominik Sadowski / AG
W sobotę sto osób wyruszy kolejny raz na Marsz Śledzia przez Zatokę Pucką. O ile kibicowałem pierwszej edycji wycieczki przez płyciznę, to uważam, że kontynuowanie tego projektu jest pozbawione sensu - pisze Mikołaj Chrzan
ZOBACZ TAKŻE
Marsz Śledzia to pieszo-pływacka wyprawa przedzielającą Zatokę Pucką płycizną między Kuźnicą a Rewą. Przeciwko IX edycji marszu zaprotestowała oficjalnie znana na całym świecie organizacja ekologiczna WWF (World Wild Fund). Ekolodzy zarzucili organizatorom marszu, że rozdeptują Ryf Mew (zwany też Mewią Rewą) - czyli ostoję fok i wodnego ptactwa, na chronionym obszarze Natura 2000. - Czy ktoś z nas chciałby, aby po jego kanapie spacerowały dziesiątki lub nawet setki ludzi? - pyta Paweł Średziński z WWF Polska. Sens marszu podważył także prof. Krzysztof Skóra ze Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego w Helu.

Radosław Tyślewicz, pomysłodawca marszu, który nadał sobie miano "Pierwszego Śledzia", odpowiedział ekologom listem, w którym nie przebierał w słowach: "Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze pewne środowiska nastawione na pseudoekologię, a może i ekoterroryzm oraz rozgłos medialny pozazdrościły przychylności mediów dla marszu (...). Nie jesteśmy statystami w skansenie ekstremalistów zmierzających do ekoholokaustu ludzi, a szczególnie nas Polaków, żyjących nad Zatoką Pucką i Gdańską".

Bez komentarza pozostawiam słowa o ekoholokauście i - w podtekście - antypolskim nastawieniu ekologów. To sprawa do głębokiej refleksji dla tych, którzy działaniom Tyślewicza patronują: dyrektora Urzędu Morskiego, prezydenta Gdyni, burmistrzów Jastarni i Kosakowa.

Chciałbym skupić się na tym, po co właściwie jest ten marsz. Tyślewicz wylicza na stronie internetowej (www.marszsledzia.pl) cele: •  zaznajomić uczestników z „wyjątkową ciekawostką przyrodniczo-turystyczną”, •  zapoznać ich z zasadami bezpiecznego wypoczynku na wodzie i „przełamać bariery w kontaktach z ratownikami WOPR” •  wreszcie „poprzez zapoznanie grona osób ceniących sobie aktywny wypoczynek na łonie natury, świadomych ekologicznie, bardzo chcę, aby udało się usunąć z mielizn pozostałości poligonu lotniczego z okresu PRL-u i tym samym w pełni przywrócić ten obszar przyrodzie oraz dla bezpiecznej turystyki i rekreacji”.

Są lepsze sposoby na oglądanie przyrodniczych ciekawostek niż przemierzanie ostoi zwierząt stuosobową chmarą. Nie słyszałem o tym, by ktoś potrzebujący pomocy na wodzie miał "barierę w kontakcie z ratownikami". I jeśli rzeczywiście trzeba by posprzątać mielizny (choć nie ma informacji, by z powodu pozostałości po poligonie cierpiały zwierzęta), to można to zrobić skuteczniej niż przez proces "zapoznawania grona osób".

O co więc tak naprawdę chodzi? Może jednak nie o ekologię, a o to, o czym Tyślewicz pisał w poprzednich latach, czyli o „zaznajomienie uczestników z jedynym w swoim rodzaju zakątkiem naszej Zatoki Gdańskiej, który może stać się główną atrakcją turystyczną porównywalną z »Morskim Okiem « w Tatrach.”

Droga do Morskiego Oka to najpopularniejszy szlak turystyczny w Tatrach. I tutaj przechodzimy do sedna sprawy: jednorazowe przejście grupki ludzi (w pierwszym marszu brały udział cztery osoby) żadnym zagrożeniem nie będzie. Co innego, gdy szlak przez ostoję zwierząt przemierzany jest regularnie i to nie przez cztery, a setkę osób. I właśnie dlatego przeciw Marszowi Śledzia zaczęli protestować ekolodzy.

Tyślewicz zdążył już nazwać znaną od lat rybakom płyciznę na trasie marszu "wyspą Radzia". Do soboty zostało jeszcze kilka dni. Dlatego apeluję: panie Radku, ma pan już swoją wyspę, może czas pomaszerować ze śledziami inną trasą?

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów