Ekolodzy nie chcą Marszu Śledzia

Maciej Sandecki
2009-07-24 aktualizacja: 2009-07-25 09:12
A A A Drukuj
Fot. Dominik Sadowski / AG
Przez Zatokę Pucką za tydzień po raz kolejny przejdą uczestnicy tzw. Marszu Śledzia. - Ten projekt zagraża przyrodzie - alarmują ekolodzy z WWF. - To eko-terroryści - odpowiada organizator Marszu.
ZOBACZ TAKŻE
Pomysłodawcą i organizatorem Marszu Śledzia jest Ryszard Tyślewicz, żołnierz, weteran misji w Iraku, który sam siebie nazywa Pierwszym Śledziem. Po raz pierwszy marsz odbył się w 2002 roku, razem z Tyślewiczem wzięły w nim udział wtedy jeszcze trzy osoby. Z roku na rok impreza stawała się co raz bardziej popularna, w ostatniej edycji rok temu uczestniczyło w niej już blisko 100 osób. Marsz ma silne wsparcie lokalnych władz, uczestniczy w nim m.in. sam prezydent Gdyni Wojciech Szczurek, a także samorządowcy z Gdyni, Jastarni i Kosskowa. Gminy te sponsorują też przemarsz. Co w nim niezwykłego? Uczestnicy maszerują przez morze, a konkretnie przez unikatową przyrodniczo płyciznę na Zatoce Puckiej. Jak podają organizatorzy, ma on kilka etapów - na przemian maszeruje się po dnie morskim i płynie. W połowie drogi uczestnicy docierają do tzw. Ryfu Mew, piaszczystej mielizny, gdzie odbywa się tzw. etap próby - uczestnicy muszą spróbować surowego śledzia i popić alkoholem. Potem, przy asekuracji ratowników, płyną jeszcze kilkaset metrów do brzegu. Marsz jest niezwykły ze względu na otoczenie. Jego trasa biegnie bowiem przez dawny poligon morski, a uczestnicy napotykają po drodze liczne wraki statków. Obecnie jest to obszar Nadmorskiego Parku Krajobrazowego, chroniony europejskimi dyrektywami systemu Natura 2000. I to właśnie niepokoi ekologów z międzynarodowej organizacji WWF.

- Ten marsz zagraża przyrodzie - mówi Paweł Średziński z WWF Polska. - Jego uczestnicy rozdeptują Ryf Mew, unikatową piaszczystą łachę, która jest naturalnym schronieniem, "łóżkiem" dla wielu zwierząt. To jedyne miejsce gdzie bałtyckie foki mogłyby znaleźć wytchnienie, bo na otwartych plażach są płoszone przez plażowiczów. Ryf to też siedlisko łabędzi, kormoranów, mew, rybitw, czapli, sieweczek, biegusów i kaczek. Czy ktoś z nas chciałby, aby po jego kanapie odbywał się spacer dziesiątków lub setek ludzi?

WWF atakuje przy tym Urząd Morski w Gdyni, który nadzoruje ten teren, za to, że wydaje zgodę na Marsz Śledzia. W specjalnym oświadczeniu ekolodzy piszą, że Urząd powinien zabronić przemarszu, a tymczasem dał się "złapać na haczyk", bo uczestniczą w nim lokalni politycy. - Nie złapałem się na żaden haczyk - odpowiada Andrzej Królikowski, dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni. - Szanuję zdanie ekologów, ale nie przesadzajmy. Ten marsz nie odbywa się codziennie, ale tylko raz do roku i nie jest to jakaś wielka, masowa impreza. Gdyby takie grupy chciały tamtędy chodzić codziennie, to byśmy na to nie pozwalali.

- Oświadczenie WWF to obraza dla uczestników marszu - odpowiada ekologom Ryszard Tyślewicz. - To my bardziej dbamy o przyrodę tego miejsca, bo w czasie marszu zbieramy śmieci z brzegów i Ryfu Mew. Od lat apelujemy też o usunięcie niebezpiecznych pozostałości po poligonie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pewne środowiska nastawione na pseudo ekologię, a może i eko-terroryzm oraz rozgłos medialny, pozazdrościły przychylności mediów dla marszu.

- Po co te inwektywy wobec pro-przyrodniczych działaczy WWF? - pyta prof. Krzysztof Skóra, ekolog ze Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego w Helu. - Ja też nie rozumiem idei tego marszu. Ten typ kultu wyższości i fizycznego panowania człowieka nad każdym skrawkiem świata do mnie intelektualnie nie dociera. Maszerujące "śledzie" znajdą swoich nielegalnych naśladowców, a Urząd Morski nie będzie wstanie wyegzekwować ograniczeń. Ryf Mew to unikatowe siedlisko przyrodnicze i jako rezerwat może być większym skarbem mojego regionu niż tego rodzaju happening.

Polecamy - Głupota odwiedza plażę pod postacią brawury i alkoholu





Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów