Rozmowa z Aleksandrem Masłowskim*
Aleksandra Kozłowska, Jowita Kiwnik: Długa, Ratusz czy Bazylika Mariacka to już klisze. Teraz turyści poszukują nowych, niebanalnych wrażeń. Co im wtedy proponujesz?
Aleksander Masłowski*: Zobaczcie same, gdzie was przyprowadziłem. Jesteśmy na cmentarzu garnizonowym, najstarszym ocalałym cmentarzu w Gdańsku. Bo historię miasta można też poznawać od strony nekropolii i kościołów - tam się najlepiej zachowała. Na przykład tutaj możemy znaleźć groby m.in.: Polaków, Niemców, Tatarów, Rosjan, Francuzów, a nawet Norwega. Pierwsze wzmianki o tym cmentarzu pochodzą z pierwszej połowy XIX w., czyli z czasów po wojnach napoleońskich. Od tamtej pory byli tu chowani wszyscy jeńcy i żołnierze polegli w trakcie kolejnych wojen. Mamy tu choćby grób żołnierzy austriackich z 1866 r., gdzie nagrobek zbudowano z czterech, ponoć oryginalnych, luf ciężkich moździerzy. Nieco dalej stoi pomnik pamięci 14 marynarzy krążownika „Magdeburg”, który zatonął w Zatoce Fińskiej w 1914 r. Do dziś nie wiadomo, czy marynarze wpłynęli na minę, czy sami się wysadzili, żeby nie wpaść w ręce wroga. Co roku kwiaty pod pomnikiem składali marynarze Kriegsmarine. Z tego też powodu do Gdańska w sierpniu 1939 r. przypłynął pancernik Schleswig-Holstein. Wszyscy wiemy, czym zakończyła się ta „kurtuazyjna” wizyta.
Co jeszcze turyści chcą oglądać?
- Coraz popularniejsze są wycieczki tematyczne, które ludzie sami proponują. Na przykład chcą podążać śladem gdańskich Żydów. Zabieram ich wtedy w miejsce, gdzie znajdowała się Wielka Synagoga, czyli tam gdzie teraz ma być budowany Teatr Szekspirowski. Potem idziemy na Długą, gdzie mieszkał Lesser Giełdziński, słynny kolekcjoner, który część swoich zbiorów przekazał miastu. Można je oglądać w Sieni Gdańskiej. I całe szczęście, bo umarł bezdzietnie, a pozostały majątek został zlicytowany. Jeszcze dzisiaj przedmioty z jego kolekcji wypływają na aukcjach internetowych. Pokazuję też miejsce, gdzie stał jeden ze spichlerzy na Wyspie Spichrzów. Mało kto o tym pamięta, ale tam mieściło się jedyne gdańskie getto. Żyło w nim 600 osób. Prowadziłem też szkolną wycieczkę szlakiem łacińskich sentencji - już na Bramie Wyżynnej możemy dowiedzieć się, że „rum podstawą wszystkiego”. A propos rumu - była też wycieczka amerykańskich dziennikarzy śladami gdańskich alkoholi: piwa i Goldwassera przede wszystkim.
Podobno zdarzają się też wycieczki związane z konkretnymi postaciami?
- Właśnie niedawno turysta ze Skandynawii poprosił mnie o spacer śladami... Lecha Wałęsy i Donalda Tuska. Zaczęliśmy od Góry Gradowej, bo stąd dobrze widać stocznię. Byliśmy oczywiście pod pomnikiem Poległych Stoczniowców, pokazałem płot, przez który w 1980 r. skakał były prezydent RP. Gdybym wiedział wcześniej o celu wycieczki, mógłbym załatwić nawet pozwolenie na wejście na teren stoczni i zajrzenie do warsztatu słynnego elektryka. Jeśli chodzi o premiera - pokazałem dom, w którym mieszkał, Liceum nr 1, gdzie się uczył. I zupełnie przypadkowe zdarzenie: weszliśmy odsapnąć do karczmy przy Bramie Oliwskiej, a tam w środku deska do krojenia z wizerunkiem Donalda Tuska, własnoręcznie przez niego podpisana.
A jakieś trasy związane ze słynnymi gdańszczankami?
- Niestety, nie ma ich wiele. Kobiety w dawnych czasach spychane były na margines. Ale mógłbym na przykład zaproponować spacer poświęcony błogosławionej Dorocie z Mątowów. To była tragiczna postać - nierozumiana przez nikogo mistyczka, jedyny brat z ulgą się jej pozbył, gdy tylko na horyzoncie pojawił się kandydat na męża. Ten z kolei chciał piękną żonę, która będzie brylowała w towarzystwie, a ona się do tego kompletnie nie nadawała. Na własną prośbę żywotu dokonała, zamurowana w celi klasztornej w Kwidzynie. Pod okratowanym okienkiem przesiadywał codziennie kanonik, który skrupulatnie spisywał jej objawienia.
Wielu gdańszczan poszukuje swoich korzeni. Potrafisz im w tym pomóc?
- Często przyjeżdżają ludzie, których dziadkowie przed wojną mieszkali w Wolnym Mieście. Jeśli wcześniej dostarczą mi danych: nazwisk, adresów, miejsc pracy, miejsca pochówku - zbieram informacje i wytyczam trasę. Jeśli dom, w którym kiedyś żyli krewni, wciąż istnieje, w 9 na 10 przypadków udaje nam się zajrzeć nawet do ich dawnego mieszkania. Wbrew pozorom dzisiejsi mieszkańcy są zwykle bardzo życzliwi. Oczywiście już na samym początku zaznaczam, że to wyłącznie podróż sentymentalna. Nie ma związku z żadnymi sprawami spadkowymi. Wtedy na stole ląduje kawa, ciasto, stare zdjęcia. Obecni mieszkańcy i potomkowie tych dawnych porównują fotografie, odnajdują różnice w wyglądzie budynku, które poczynił czas.
Najbardziej undergroundowe pomysły?
- Zwiedzanie dzielnic robotniczych. Ludzie ciekawi są, jak mieszkali i jak mieszkają nadal "ludzie pracy". Najlepiej pokręcić się w okolicach stoczni i na tyłach ul. Jana z Kolna. Tam nawet jedna z ulic nosi nazwę: Robotnicza. Czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł wycieczki szlakiem komuny: blokowisk z legendarnym falowcem na czele. Ciekawa mogłaby być też trasa związana z różnymi wyznaniami, które były i nadal w Gdańsku istnieją. Mamy tu przecież meczet, kościoły prawosławne i ewangelickie oraz gminy żydowskie.
Aleksander Masłowski* - od trzech lat zawodowy przewodnik po Trójmieście, rektor Akademii Rzygaczy skupiającej pasjonatów historii miasta. Przygotowuje właśnie autorski przewodnik po cmentarzu garnizonowym. Kontakt: www.pomuchel.com