Jacek Merkel: Zapisałem się na wojnę

Maciej Sandecki
2009-06-22 aktualizacja: 2009-06-22 18:04
A A A Drukuj
fot. Sławomir Kamiński / AG
  • Jacek Merkel
Przychodzą do mnie i mówią, że jestem agentem służb od CIA, poprzez Mosad, do KGB i SB. I co mam zrobić? Mogę tylko zadumać się nad ułomnością ludzkiej natury - mówi w pierwszym od lat wywiadzie Jacek Merkel
ZOBACZ TAKŻE


Maciej Sandecki: Lech Wałęsa niedawno na jednej z rocznicowych konferencji powiedział: "Był człowiek, który bardzo mi pomagał i zrobił ogromnie dużo dla Solidarności i wolnej Polski. Nikt go jednak dzisiaj nie zaprasza na takie konferencje. Tym człowiekiem jest Jacek Merkel". Dlaczego pana nie zapraszają?

Jacek Merkel: A dlaczego mają mnie zapraszać? Nie jestem nikim znanym, nie pełnię żadnej ważnej funkcji w państwie. Jestem tylko skromnym inżynierem zajmującym się swoimi interesami.

Niech pan nie żartuje. Może to dlatego, że pana nazwisko niektórym źle się kojarzy?

- Może i się komuś źle kojarzy, nie wiem. Różnym ludziom różne nazwiska źle się kojarzą. To nie mój problem, to nie może być mój problem.

Cofnijmy się więc o 20 lat. Był pan wtedy jednym z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy, mówiło się, że jego "prawą ręką". To panu m.in. Wałęsa zlecił zorganizowanie strajku w Stoczni w 1988 r.

- Po wyjściu z internowania miałem jeden jasno wyznaczony cel - doprowadzić do ponownego zalegalizowania Solidarności. To był cel główny. Tego celu nie udało się osiągnąć inaczej, niż jednocząc wszystkie siły opozycyjne wokół jednego lidera i pod jednym szyldem. I to Lech Wałęsa był liderem niekwestionowanym. Oczywiście można sobie wyobrazić, że tym liderem byłby kto inny. Uważam jednak, że wtedy doszłoby do podziału na 15 różnych frakcji i przez to byśmy przegrali. Stanowczo przeciwstawiałem się wtedy działalności stricte politycznej pod szyldem Solidarności. Uważałem to za nieskuteczne i głupie. Tylko Wałęsa był gwarantem jedności i osiągnięcia głównego celu. Nie było innej osoby, która mogłaby go pod tym względem zastąpić. Byłem działaczem podziemnej Solidarności i ściśle współpracowałem z Wałęsą. Zakładałem, że walka z komunizmem będzie trwała wiele lat. "Nie ma wolności bez Solidarności", i tyle. Ja nie chcę za dużo mówić o mojej roli w strajkach z 1988, bo ona jest historycznie znana. Mówię to bez popadania w megalomanię, ani bez fałszywej skromności. Byłem jednym z głównych organizatorów tych strajków i one się udały.

Niektórzy dzisiaj mówią, że w roku 1988 komunizm już właściwie upadł i nie trzeba było siadać z komunistami do Okrągłego Stołu. Wystarczyło trochę poczekać i przejąć władzę.

- Błąd logiczny. To dzisiaj wiemy, jak biegły wydarzenia, ale gdy one się działy - różnie mogły przebiegać. Rzeczywistość nie ma jednego reżysera. Łatwo mówić takie bzdury z perspektywy czasu! Podobnie można twierdzić, że wielki mistrz niepotrzebnie wiódł pobożnych braci pod Grunwald, bo wystarczyło przeczytać "Krzyżaków", aby wiedzieć, czym to się skończy. Zapewniam, że nikt nie był wtedy taki mądry, że przewidywał to wszystko, co stało się w roku 1989. Bo tego przewidzieć się nie dało. Prawda jest taka, że w 1988 r. obie strony były już wycieńczone walką. Gdyby udało się wtedy zorganizować strajki z udziałem miliona osób, to komuniści schowaliby się do mysiej dziury, ale takich strajków zrobić się nam nie udało. Droga, którą obraliśmy w 1988 i 1989 r., była najlepszą z możliwych. Nikt nie miał wtedy lepszego pomysłu. Jeśli nie Okrągły Stół, to co? Mieliśmy strzelać do siebie na ulicy?

Po Okrągłym Stole, wyborach czerwcowych, powstaniu rządu Mazowieckiego przestaje pan działać w Solidarności. Idzie pan w politykę, biznes.

- Tak, bo ten cel podstawowy - legalizacja Solidarności - został osiągnięty i postawiłem sobie w życiu nowe cele. Na II zjeździe Solidarności w 1990 r. - który zresztą organizowałem - nie kandydowałem do władz związku. Wkrótce się z nim pożegnałem. Powiedziałem sobie: moja służba w związku się zakończyła. Uznałem, że to nieuczciwe łączyć funkcje związkowe z działalnością polityczną. A ja się wtedy politycznie zaangażowałem po stronie Lecha Wałęsy.

Był pan szefem sztabu wyborczego Wałęsy, a więc na pierwszej linii frontu tzw. wojny na górze. Nie czuł pan bólu, że ludzie Solidarności - Wałęsa i Mazowiecki - stanęli przeciwko sobie?

- Byłem zdumiony, zszokowany, że ktoś wpadł na pomysł, żeby Mazowieckiego wystawić jako kandydata na prezydenta przeciwko Wałęsie! Przecież to Wałęsa dał rządowi Mazowieckiego siłę polityczną niezbędną do jego utworzenia. Wybór Wałęsy na prezydenta wydawał mi się wtedy najbardziej naturalną rzeczą. Tymczasem niektórzy chcieli potraktować go jak misia z Krupówek. Zrobimy sobie z misiem zdjęcie i miś może odejść. To było chore, bo Wałęsa to nie miś, tylko polityk z krwi i kości. Mazowiecki nie powinien kandydować na prezydenta i nie byłoby tej całej wojny.

Po wyborach zostaje pan szefem Kancelarii Prezydenta Wałęsy. Pracuje pan na co dzień z braćmi Kaczyńskimi. Jak się wam układało?

- Normalnie. Z Lechem Kaczyńskim znam się od 1980 r., w stanie wojennym zamknęli nas w jednym więzieniu. Pracowaliśmy razem wiele lat ściśle z Wałęsą. Z Jarosławem znam się dużo mniej, można powiedzieć, że wręcz incydentalnie. Naprawdę nic nadzwyczajnego. Szybko odszedłem z kancelarii, podobnie jak Kaczyńscy. Cechą charakterystyczną prezydentury Wałęsy były częste zmiany personalne. Jedynie chyba Wachowski przetrwał całe pięć lat.

Po odejściu z kancelarii Wałęsy zaczął pan organizować bank Solidarności, zabiegając o fundusze u milionera Dawida T. Chase'a.

- Najpierw była Fundacja Gospodarcza Solidarności. Wymyśliłem ją, jak jeszcze byłem w związku. Zastanawialiśmy się wtedy, jak w warunkach wolnego rynku, rodzącego się kapitalizmu, wykorzystać siłę Solidarności, markę związku w działalności gospodarczej. Było wiele pomysłów, jednym z nich bank. Chase był przyjacielem Solidarności i zgodził się na tę inwestycję. Tak powstał Solidarność Chase D.T. Bank.

Plany były ambitne - duży ogólnopolski bank, oddziały w każdym większym mieście, amerykańska technologia, tanie kredyty. Chyba niewiele z tego wyszło.

- Jak to? Bank powstał. Nie nazywa się co prawda dzisiaj Bank Solidarności, tylko GE Money Bank, ale z powodzeniem działa od lat na polskim rynku. W biznesie nigdy nie ma się gwarancji, że wszystko się uda. To duże ryzyko, wiele firm upada już na samym początku. Z tym bankiem też było wiele problemów. Trudno było przenieść amerykańską tradycję i know-how do realiów postkomunistycznej Polski. Kraju biednych ludzi, niejasnego prawa, pozbawionego przez dziesięciolecia prawdziwej bankowości, a co najważniejsze - dużego kapitału. Przez to wszystko ten bank nie mógł na początku rozwinąć skrzydeł. Z perspektywy czasu uważam jednak, że osiągnął duży sukces, i mam satysfakcję, że miałem w tym swój udział.

Jest pan wtedy prezesem banku, ale z Donaldem Tuskiem i innymi gdańskimi liberałami tworzy Kongres Liberalno-Demokratyczny.

- Kongres zawiązał się w grudniu 1988 r. Po strajkach, a przed Okrągłym Stołem. Ja kongresu nie współtworzyłem. Byłem wówczas w Solidarności. Zakładali go Donald Tusk, Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki i wielu innych. Przystąpiłem do Kongresu jakieś dwa lata później, gdy byłem posłem OKP i razem z Bieleckim i kimś jeszcze założyliśmy w Sejmie koło liberałów. Oczywiście już wcześniej w latach 80. z sympatią patrzyłem na to środowisko. Było mi ideowo bliskie. Byli pragmatyczni i lojalni wobec Solidarności, mieli swój duży wkład podczas strajków w 1988 r. Byłem dumny, że Kongres w 1991 r. dostał się do Sejmu.

Ale dwa lata później poniósł klęskę, a pan był szefem kampanii.

- Zgadza się i ponoszę za to odpowiedzialność. Z dzisiejszej perspektywy widać, że KLD była takim etapem przejściowym na naszej scenie politycznej. Podobnie zresztą jak Unia Wolności i wiele partii z tego czasu. Czyż nie jest tak, że tylko PSL przetrwał do dziś? Ale PSL ma 100 lat. W Unii Wolności byłem bardzo aktywny. Pamiętam, kiedy KLD łączył się z UD, jeden kolega opowiedział mi taką scenę z tego procesu na poziomie lokalnych kół tych partii. Spotkali się. Po jednej stronie ludzie około sześćdziesiątki, w swetrach, z papierosami w ustach. Po drugiej 25-latkowie w drogich garniturach. Przywitali się serdecznie, zjednoczyli, po czym rozjechali. Ci pierwsi tramwajami, a ci drudzy najnowszymi modelami samochodów. I jak taka partia miała przetrwać? (śmiech) Odszedłem z Unii Wolności razem z Donaldem Tuskiem, wygłaszając na koniec szczere, emocjonalne podziękowania. To było rozstanie bez gniewu, naprawdę szczerze życzyłem UW jak najlepiej.

Działał pan w polityce - KLD, UW, ale cały czas jakby na uboczu. Bardziej ciągnęło pana do biznesu. Opowiedzmy o tym. Po banku trafił pan do rady nadzorczej słynnego Universalu, dawnej PRL-owskiej centrali handlu zagranicznego.

- Universal okazał się kolosem na glinianych nogach. Podobnie zresztą jak większość postpeerelowskich central handlu zagranicznego. Poupadały lub zostały wchłonięte przez zagranicznych konkurentów. Universal miał swój bardzo dobry czas, gdy jako jeden z pierwszych wszedł na giełdę. Okazało się jednak, że prowadzenie interesów w warunkach wolnej konkurencji nie jest najmocniejszą stroną PRL-owskiej nomenklatury.

Wiele osób zastanawia się, jak pan znalazł się w tym towarzystwie.

- Byłem w radzie nadzorczej giełdowej spółki, nie w zarządzie. Z drugiej strony można zapytać, jak mieliśmy w Polsce zbudować kapitalizm? Polska na początku lat 90. nie była w takiej sytuacji jak NRD, gdzie państwowe przedsiębiorstwa przejęli biznesmeni z RFN, dysponujący kapitałem i doświadczeniem. Oczywiście można dzisiaj mówić, że trzeba było wywalić wtedy całą komunistyczną nomenklaturę, tylko kim ich zastąpić? Szeregowymi pracownikami? Nie da się z dnia na dzień zrobić z kaprala generała. Siłą rzeczy musieliśmy na początku bazować na ludziach z tamtej strony. Solidarność nie miała armii kadr znających się na finansach, zarządzaniu, bo nikt z nas nie urodził się w kapitalizmie. Musieliśmy jednak wejść do tych spółek i wszystkiego uczyć się od podstaw. Nie byłem zadowolony z tego towarzystwa, ale nie bardzo był wybór.

Universal upadł w atmosferze skandalu, oskarżeń o przekręty.

- Nie brałem udziału w żadnych przekrętach i nikt nigdy nie stawiał mi żadnych tego typu zarzutów. To pytanie nie do mnie.

Prokuratura postawiła jednak panu zarzuty odnośnie działalności w kolejnej spółce, w której pan zasiadał - 4 Media SA.

- Jestem oskarżony o czyn, który nie jest przestępstwem, ale jeszcze wiele miesięcy ta sprawa będzie trwała ze mną w roli oskarżonego, co jest dla mnie dalekie od komfortu. Medialnie przyprawiono mi twarz aferzysty dlatego, że razem ze wspólnikami przejęliśmy zwiędłą spółkę Chemiskór i zmieniliśmy jej profil i branżę. To na wszystkich giełdach świata działanie wręcz rutynowe, ale na giełdzie warszawskiej byliśmy pionierami. Zagrzmiano z oburzeniem - jak śmieliśmy wejść na giełdę, nie pytając o zgodę?

To jednak nie koniec pana potyczek z wymiarem sprawiedliwości. Podał pan do prokuratury Antoniego Macierewicza za to, że opisał pana w swoim raporcie z weryfikacji WSI.

- Umieszczając mnie w tym raporcie, Antoni Macierewicz popełnił przestępstwo. Natychmiast po opublikowaniu raportu zawiadomiłem o tym prokuraturę i spokojnie czekam na dalszy ciąg, którego niestety końca nie widać, bo śledztwo to meandruje wśród nieistotnych wątków - ślepe na istotę sprawy. Obecnie, po dwóch latach, moja, któraś tam z rzędu skarga na przewlekłość postępowania ma być rozpatrzona przez sąd.

Wymieniono pana w tym raporcie, bo zdaniem WSI pański arabski wspólnik, z którym prowadzi pan spółkę Caravana, to agent irackich służb specjalnych.

- A co ma "piernik do wiatraka"? Prezydent RP złożył projekt ustawy wielkości jednej strony papieru, która określa, o czym raport ma być i ma być tylko o tym. Konkretnie o wybranych przestępstwach żołnierzy WSI i ich pomagierów w tych przestępstwach. Brat prezydenta RP zebrał ekscentryczną większość w Sejmie i z tego projektu zrobił ustawę. Napisali i uchwalili dokładnie to, co chcieli. A Macierewicz umieścił w tym raporcie zupełnie inne treści. Na mój temat np. wyłącznie stek bzdur, które nie przestały być bzdurami dlatego, że przystawiono na nich pieczęć "ściśle tajne".

Może to wzięło się z pogłosek, że handlował pan z Arabami bronią?

- Nigdy nie handlowałem bronią. Owszem, po 1989 r. wyrażałem opinie, że polski przemysł zbrojeniowy powinien wykorzystać upadek żelaznej kurtyny i otworzyć się na nowe możliwości. I prawdą jest, że mam wyjątkowe możliwości zawierania takich kontraktów w krajach arabskich. Niestety - moje państwo decyzją swoich właściwych władz odmówiło mi prawa do działania w tej dziedzinie, choć jest to prawo na tyle powszechne, że posiada je w Polsce z górą sto firm. Trudno. Polski przemysł obronny nie będzie realizował tych zamówień, ku uciesze zagranicznych konkurentów. Jeśli o to chodziło - to pełen sukces. Gratuluję.

W raporcie nadano panu pseudonim "Bankier". Czytamy: "UOP realizuje wobec Bankiera przedsięwzięcia, które są kontrowersyjne. Budzą wątpliwości również z powodu celu, który ma być osiągnięty. Bankier zbudował sobie pozycję w sferze interesów i pełni rolę spinacza grup interesów o różnych rodowodach".

- No i co ja mam z tym wspólnego, że być może ktoś gdzieś mnie tak nazwał i scharakteryzował?

Są osoby, które posądzają pana o agenturalną przeszłość za czasów PRL. Podaje ich pan do sądu?

- To z reguły wygląda tak: przychodzi do mnie ktoś i mówi: "Jacek, tylko błagam Cię - nie mów, że ja ci to mówiłem, ale" - i tu pada nazwisko szanowanej postaci - "mówił o tobie, że jesteś agent" - i tu pada nazwa jakiegoś wywiadu - od CIA, poprzez Mosad, do KGB, no i SB oczywiście. No i co ja mam z tym zrobić? Pozostaje zadumać się nad ułomnością ludzkiej natury. Odmiennie wyglądała sytuacja, gdy Andrzej Gwiazda na konferencji z okazji 25-lecia Solidarności powiedział publicznie, że nie tyle byłem agentem, ale wręcz funkcjonariuszem SB w randze kapitana! Gdy przejrzałem nagranie z tą jego wypowiedzią, zdębiałem! Nie mogłem uwierzyć, że takie bzdury opowiada człowiek, który siedział ze mną w jednej celi w więzieniu. Kombatant, którego wielce szanuję, bo niewielu nas było. Napisałem do niego list, możliwie uprzejmy, i poprosiłem, by odwołał swoje krzywdzące mnie, kłamliwe słowa w specjalnym oświadczeniu. Początkowo nie było odpowiedzi. Zareagował, gdy mu potem przysłałem jeszcze ostateczne wezwanie przedsądowe. Zamieścił to oświadczenie w "Rzeczpospolitej" i wykreślił te słowa z tekstu referatu. Zadośćuczynienie nie jest oczywiście adekwatne do krzywdy, ale jak miałem postąpić? Zażądać od szanowanego przeze mnie kombatanta tej samej walki, odszkodowania?

Zaglądał pan do swojej teczki w IPN?

- Nie. Nawet mi to głowy nie przyszło. Wiem, że na mnie donoszono, ale ja nie zapisałem się na sędziego, żeby teraz osądzać kto, z jakich życiowych powodów, czy szantażowany, czy dla pieniędzy, czy z przekonań to robił. Ja w 1980 r. świadomie i ochotniczo zapisałem się na wojnę z komuną. A jak się idzie na wojnę, to trzeba mieć świadomość, że można dostać w dziób, jeśli jest się nie dość czujnym, że przeciwnik czasem uderzy poniżej pasa i że samemu trzeba zadawać ciosy możliwie celne i bolesne - jak na bokserskim ringu. "Pokrzywdzony"? Czyli co - "mamusiu, a on mnie bije"? Mogę być co najwyżej wojennym inwalidą, ale nie pokrzywdzonym. Dzwoni do mnie czasem mój przyjaciel Krzysztof Wyszkowski i wypytuje o jakieś szczegóły sprzed 25 lat, kto, gdzie, na jakim spotkaniu pierwszy wszedł czy wyszedł. Mówię mu: "Krzysiu, ja ci wszystko powiem, co wiem, ale tego nie pamiętam, tych detali, tych szczegółów". Tyle się od tego czasu wydarzyło.

Wróćmy na koniec do polityki. Osiem lat temu był pan w ścisłym gronie osób, które zakładały Platformę Obywatelską. Teraz pana koledzy rządzą krajem, a pana z nimi nie ma. Dlaczego?

- Zgadza się, pomagałem budować tę partię, ale świadomie nigdy się do niej nie zapisałem. Polityka to ciężka harówa! (śmiech) Widocznie jestem człowiekiem, który różne rzeczy rozkręca, a gdy zaczynają działać, bierze się za następne, wyznacza kolejne cele.

Czuję się pan spełniony?

- Wyjątkowo! Cieszę się, że miałem swój udział w obaleniu komunizmu, z 10 lat w Solidarności, zwłaszcza z podziemia, z budowy wolnej Polski, z tego, że działa bank, który zakładałem, jestem dumny z partii, które współtworzyłem - KLD, UW, PO. Czuję się wybrańcem losu, że dane mi było uczestniczyć w tych wszystkich historycznych wydarzeniach. No i oczywiście dumny jestem z trzech córek.

Czegoś pan żałuje?

- Odpowiem tak: każdego dnia stajemy przed wieloma trudnymi wyborami. Musimy ich dokonać, chociaż nie mamy komfortu wiedzy o tym, do czego nas te wybory doprowadzą. Raz okaże się, że podjęliśmy dobrą decyzję, a raz, że złą. No dobra, ale już te decyzje podjęliśmy i nie ma odwrotu.

A niech pan powie jeszcze, czym się zajmuje pańska spółka Caravana?

- O co to ma do rzeczy? Wypełniam wszystkie obowiązki informacyjne wobec państwa i płacę wszystkie należne podatki. Na temat mojej aktywności zawodowej oraz sytuacji rodzinnej nie mam żadnych informacji do wiedzy publicznej. Gdyby jednak trawiła pana ciekawość, zawsze może pan zajrzeć do KRS-u.



Wolność po polsku

To już ostatni odcinek naszego cyklu "Wolność po polsku". Przez ponad tydzień przypominaliśmy w nim ludzi, związanych z Trójmiastem, którzy przed laty - na różne sposoby - mocno zapisali się w naszej pamięci. Próbowaliśmy odpowiedzieć na pytania: co robili przed rokiem 1989? Co przyniosły im czasy przełomu? Co robią dziś? Przedstawiliśmy historie: Adama Hodysza, Olgi Krzyżanowskiej, Anety Kręglickiej, Tadeusza Fiszbacha, Janusza Leksztonia, Jacka Taylora, księdza prałata Henryka Jankowskiego. Opowiadaliśmy je w różnych formach dziennikarskich - portretu, wywiadu, a nawet komiksu.



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów