W sobotę wieczorem Jan P. - znany jako "Tygrys ze Stogów" - bawił się z kolegą w restauracji Browarnia w eleganckim Hotelu Gdańsk przy ul. Szafarnia. Do awantury doszło około godz. 20.
- Młody mężczyzna z Białegostoku stanął w obronie swojej kobiety, którą zaczepiał ten siwy pan. Już po wszystkim dowiedziałem się, że to był ten słynny gangster - opowiada nam anonimowo pracownik restauracji. - Doszło do szarpaniny, potem do wymiany ciosów. Kopnięty w krocze "Tygrys" złapał za kufel od piwa. Chciał chyba nim trafić w głowę rywala, ale kufel wypadł mu i rozbił się na podłodze. Gdy ponownie złapał za rączkę chyba się skaleczył, bo mocno krwawił.
Policję wezwał prezes hotelu Lech Olechnowicz. - Poprosiłem o szybką interwencję, bo sytuacja robiła się coraz bardziej nerwowa. Bałem się o bezpieczeństwo klientów - opowiada. Radiowóz przyjechał dopiero po kilkudziesięciu minutach, a w międzyczasie prezes zadzwonił na komisariat z ponagleniem.
Policjanci siłą wyprowadzili z lokalu "Tygrysa" i jego kolegę. W służbowej notatce, do której dotarliśmy, nie ma jednak nazwiska inicjatora awantury. Funkcjonariusze zapisali tylko, że 59-letniego Jerzego W. zawieźli do domu i przekazali żonie, bo w izbie wytrzeźwień nie było miejsca. Rannego w dłoń napastnika odwieźli natomiast do szpitala wojewódzkiego i tam zostawili. Zanotowali, że był zbyt pijany i nie mógł się przedstawić. Udało nam się jednak ustalić, że już w szpitalu lekarze zidentyfikowali go i zapisali dane.
- Dlaczego "Tygrys" i jego kolega nie zostali przesłuchani? - zapytaliśmy Magdalenę Michalewską, rzecznika Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku.
- Bo właściciel lokalu nie złożył wniosku o ich ściganie. Sprawy zniszczenia prywatnego mienia nie są wszczynane z urzędu - odpowiedziała.
Z naszych ustaleń wynika, że funkcjonariusze gdańskiej KMP popełnili jednak błąd, bo doszło także do zakłócenia porządku publicznego.
- Pijany uczestnik awantury, który nie chciał pokazać dokumentów, mógł być przecież groźnym przestępcą, ściganym listem gończym - tłumaczy jeden z gdańskich prokuratorów. - Jeśli został ranny, policjanci mieli obowiązek zawieźć go do szpitala. Powinni jednak zaczekać aż lekarze udzielą mu pomocy, a potem obowiązkowo ustalić jego dane. Jeśli dalej nie byłoby to możliwe, powinni zatrzymać go do wyjaśniania, a w ostateczności złożyć wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Wczoraj - po naszej interwencji - szef gdańskiej policji Mariusz Darabasz polecił zbadać, czy interweniujący w Hotelu Gdańsk funkcjonariusze złamali procedury.
Niektóre sprawy "Tygrysa"
• W połowie lat 90. został oskarżony o pobicie dyrektora szkoły, w której uczył się jego syn. Sąd uznał, że Jan P. „wyciągnął rękę z kartką papieru, dotknął czoła dyrektora, w wyniku czego ten zachwiał się i spadł ze schodów, doznając złamania prawej ręki". Tygrysa ukarano 1 tys. zł grzywny. • Latem 1996 r. wpadł podczas akcji policji na Stogach. Wyłapano podejrzanych o przemyt kradzionych limuzyn do b. ZSRR. Proces ciągnie się do teraz • W 2003 r. podczas imprezy w Karczmie w Sopocie pobił się z funkcjonariuszami CBŚ. Po bijatyce dwóch agentów znalazło się w szpitalu. Kilka tygodni temu sopocki sąd skazał go za to na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu i 3,5 tys. zł grzywny.
Polecamy - Oddajcie pieniądze za korki