Roman Daszczyński: Jak to jest być matką szefa polskiego rządu?
- Zwyczajnie. Ot, więcej powodów do dumy. Dwójkę dzieci przyzwoicie wychowałam, Donka i o dwa lata starszą Sonię. Ich ojciec umarł młodo, przeżyliśmy trochę trudnych lat. No więc teraz mam ciut satysfakcji. Z obydwojga jestem dumna.
Naprawdę nic się nie zmieniło w pani życiu, od kiedy syn jest premierem? Może ma pani choć lepszą opiekę lekarską?
- Nie, po co mi? Przez lata byłam sekretarką w Akademii Medycznej w Gdańsku, mam zaufanie do naszych lekarzy. Teraz słyszę, że Wałęsa aż do Ameryki jechał, żeby sobie wstawić rozrusznik serca. Po co? Przecież mamy w Gdańsku świetnych fachowców. Jak w październiku miałam operację, to tutaj, w naszej Akademii Medycznej. I jestem zadowolona.
W październiku Donald Tusk premierem jeszcze nie był, ale znanym politykiem zdecydowanie tak. W szpitalu dali pani choć osobny pokój?
- Nie, mały pokoik z dwoma łóżkami. Ciasno, że szkoda gadać. Ale dajmy spokój. Jestem w domu i żyję życiem zwyczajnego polskiego emeryta.
Zupełnie zwyczajnego?
- No, przecież pan widzi. Stuletni dom z czerwonej cegły wybudowany dla kolejarzy. Żadne luksusy. Trzeba się do mnie gramolić na trzecie piętro. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką, bez żadnych rewelacji. Mieszkamy z córką Sonią, wnuczką Basią i moim drugim mężem zwyczajnie. Dostaję 1100 zł emerytury, reszta domowników dokłada swoje i jakoś wiążemy koniec z końcem.
Zawsze może pani poprosić syna o wsparcie.
- Nie muszę prosić, sam mi daje na rehabilitację. Zresztą niewiele potrzebuję. Wystarczy mi radość, to, że mogę Donka zobaczyć w telewizji. Poza tym on niemal w każdy weekend przyjeżdża do Sopotu i po drodze wstępuje do mnie. Zostawia za drzwiami całe swoje premierowanie.
O czym wtedy rozmawiacie?
- Najmniej o polityce. Głównie sprawy rodzinne. Ostatnio rozmawialiśmy o Michale, moim najstarszym wnuku, który ma plany małżeńskie.
Interesuje się pani w ogóle polityką?
- Tyle co wszyscy. Jak telewizja pokaże coś ważnego albo śmiesznego, to sobie dyskutujemy w rodzinie. Niedawno bardzo mi się podobało, jak na spotkaniu ze studentami ktoś zapytał Donalda, czym się różni od Jarosława Kaczyńskiego. Donek na to: "Wystarczy, że jestem blondynem, czy mam również wstać?".
Ale chyba nie zawsze jest z czego się śmiać? Na przykład Jarosław Kaczyński, który mówi, że premier Tusk ma wilcze oczy albo zęby, że coś złego z niego wychodzi...
- To mnie akurat szczerze rozbawiło.
Przy ataku na "dziadka z Wehrmachtu" już nie było chyba wesoło?
- O nie, bardzo przykro. Nie chodziło o mojego ojca, lecz o teścia - Józefa Tuska - ale powiem szczerze, że Jacka Kurskiego znielubiłam za to, co wygadywał. Jakby nie znał historii Pomorza, nie rozumiał, w jak upokarzającej sytuacji byli tu Polacy podczas wojny. A może jest jeszcze gorzej? Może świetnie zna historię, ale niesprawiedliwie zaatakował, bo zależało mu tylko, żeby Donaldowi zaszkodzić?
Jednak dziadek Tusk służył w Wehrmachcie...
- Gdy III Rzesza zaczęła przegrywać wojnę, wielu zostało z przymusu wcielonych do hitlerowskiej armii. Potrzebowali mięsa armatniego, to brali, kogo popadnie. Politycy, którzy przy okazji wyborów prezydenckich uderzyli w pamięć o moim teściu, są ludźmi podłymi albo potwornie głupimi. Że teść uciekł z Wehrmachtu do polskiego wojska, to już było dla nich mniej ważne. Więc powinni się dowiedzieć, co z nim i jego najbliższymi działo się 1 września 1939.
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto