Pomorskie: Nielegalne przytulisko dla psów zlikwidowane

Jowita Kiwnik
02.11.2009 aktualizacja: 2009-11-03 13:03
A A A Drukuj
50 wygłodzonych i chorych psów znaleźli we wsi Leśna Jania inspektorzy Animalsów. Właścicielka pseudoschroniska tłumaczy, że chciała zwierzętom pomóc. Sprawą zajmie się prokuratura
Leśna Jania to niewielka miejscowość w gminie Smętowo Graniczne, nieopodal Starogardu Gdańskiego. Przytulisko to otoczona betonowym płotem działka, stara ceglana chata, komórka z pustaków i, przypominający przyczepę, domek holenderski. - W środku mnóstwo śmieci, zapchlone szmaty służące za legowisko, bo nie było bud - mówi Paweł Gebert z Ogólnopolskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami "Animals". - Na posesji znaleźliśmy sześć martwych psów, które były zjadane przez pozostałe. Psy żywiły się też szczurami. Nigdzie nie było widać pojemników z karmą. Do wody zwierzęta miały dostęp, lecz w kilku pojemnikach na dnie znajdowały się zdechłe gryzonie.

O tym, że we wsi dzieje się coś niedobrego, Animalsów poinformował anonimowo prawdopodobnie jeden z mieszkańców. Inspektorzy pojechali to sprawdzić. Wrócili z policją, weterynarzem i urzędnikami. Zabrali 10 psów - te najbardziej chore i kilka szczeniaków. Trafiły tymczasowo do schroniska, czekają na miejsce w domach tymczasowych. - Żadna działalność nie została zgłoszona. To prywatna działka, właściciel nie jest u nas zameldowany - tłumaczy Zofia Kirszenstein, wójt gminy. - Wiedzieliśmy, że są tam zwierzęta. Ale nie było skarg. Jedynie, że na działce jest bałagan. We wrześniu wysłaliśmy pracowników, kazali właścicielce posprzątać. Psy widzieli, ale były zdrowe, zadbane. To ostatnio sytuacja musiała wymknąć się spod kontroli.



Właścicielka działki tłumaczy, że sytuacja ją przerosła. - To starsza kobieta, emerytka, mieszka w Gdańsku. Samotna, z tego co wiem, nie ma rodziny. Niemal codziennie dojeżdżała te kilkadziesiąt kilometrów, by psy karmić. Woziła wodę, bo ktoś ukradł pompę. Ja bym jej nie piętnował, tylko pomógł, chciała dobrze, ale sobie nie poradziła - mówi Tomasz Ołtarzewski, powiatowy lekarz weterynarii w Starogardzie Gdańskim. - Najpierw miała kilka psów. Potem ludzie podrzucali kolejne, mówili "jak pani nie weźmie, to utopię", przywiązywali do płotu albo przerzucali przez ogrodzenie.

Czemu nikt nie zauważył problemu? - Przez jakiś czas ta pani dawała sobie radę - wyjaśnia Ołtarzewski. - Psy były szczepione, gmina to kontrolowała. Nie było zaniedbań w stosunku do ustawy. A prawo nie mówi od jakiej liczby zwierząt to już jest schronisko, a nie prywatna hodowla.

Policja skierowała sprawę do prokuratury. Kobiecie grozi do dwóch lat pozbawienia wolności. W poniedziałek nie odbierała telefonu.

Ewa Gebert, prezes Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt "Animals": Właścicielka powinna poszukać pomocy. Powinna zgłosić się do organizacji ochraniających zwierzęta i do władz gminy. Uzyskałaby wsparcie. Policja i inspektor weterynarii w tej sprawie świetnie z nami współpracowali. Przyczyną problemu nie jest starsza pani, która sobie nie poradziła, ale brak schronisk. A gminy podchodzą do tej kwestii po macoszemu: mają podpisane umowy z prywatnymi firmami na wyłapywanie bezdomnych zwierząt i w ten sposób wywiązują się z ustawy o porządku i czystości w gminach. Ale nie wywiązują się z ustawy o ochronie praw zwierząt.

Polecamy - Jak wicemarszałek wybrał się w teren z gospodarską wizytą



Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy